fbpx
Prezentacja drużyn TdF 2024 we Florencji. Fot. Materiały Prasowe ASO.

Kronika Tour de France 2024

Codziennie przed etapem publikuję podsumowanie poprzedniego dnia na Tour de France 2024 oraz zapowiedź aktualnego etapu. Poniżej znajdziecie treść postów, która w całości będzie kroniką wydarzeń na tegorocznej Wielkiej Pętli.

Nagłówki są linkami do postów na facebooku (i zarazem do komentarzy i dyskusji, które się pod nimi wywiązywały).

Dzień przerwy, Gruissan

Wypoczęci, zrelaksowani, gotowi na wielki finał Tour de France? Dzień wolny upłynął na analizowaniu tego, co wydarzyło się w Pirenejach, ewentulanie na dywagowaniu o tym, co jeszcze przed nami. 

W obu przypadkach wnioski są niejednoznaczne, choć patrząc na to, jak Tadej Pogacar pojechał w ostatni weekend, scenariusz, wedle którego przegrywa ten wyścig jest mało prawdopodobny. 

Trzeci tydzień zaczyna się podobnie jak drugi: od płaskiego etapu dla sprinterów. Choć kolarze nie pojadą bezpośrednio wzdłuż wybrzeża, prognozowany jest mocny, boczny wiatr. I tak, wiem, że straszenie wiatrem pojawia się niemal przed każdym dniem, podczas którego zawodnicy mają jechać w otwartym terenie, ale wiele wskazuje na to, że to nie będzie tak spokojny etap jak tydzień temu. 

Tym bardziej, że jest to de facto ostatnia szansa dla sprinterów, zatem nawet jeśli drużyny walczące w klasyfikacji generalnej nie będą podkręcały tempa, mogą to zrobić Alpecin, Intermarche, Areka i Lotto (choć trzeba pamiętać, że Alpecin stracił już dwóch pomocników Philipsena). I to ich rywalizacja może spowodować, że jeśli faktycznie będzie mocno wiało, peleton się podzieli.

W związku z tym polecam śledzić doniesienia z trasy i w razie potrzeby włączyć transmisję, gdyby działo się coś ciekawego. Starty ostry zaplanowano na 13.30, premia lotna przed 90km trasy powinna być osiągnięta około 15.40 a finisz w Nimes (po pokonaniu niespełna 190km) zaplanowany jest około 17.35.

Końcówka jest dość prosta i szeroka, zatem ostatni finisz tegorocznego Touru powinien być rozegrany w dość komfortowych i równych warunkach. 

Etap 15: Loudenville – Plateau de Beille, 197,7km

Tadej Pogacar na dwóch pirenejskich etapach nie pozostawił złudzeń, kto jest najmocniejszym kolarzem tegorocznego Tour de France. W niedzielę ekipa Visma Lease a Bike po porażce w sobotę wzięła sprawy w swoje ręce. Można się zastanawiać, czy to dobrze, czy to niedobrze, ale realnie cóż innego mieli zrobić. 

W związku z mocną pracą od samego startu w opałach byli sprinterzy, którzy do końca walczyli, by zmieścić się w limicie czasu (Demare czy Cavendish dzięki pomocy swoich kolegów z drużyn dojechali do mety z około trzyminutowym zapasem). 

Ciężki dzień w biurze mieli również uciekinierzy, którzy kolejny raz nie dostali szansy na walkę o zwycięstwo etapowe. Mocne tempo przez cały dzień sprawiło, że do podnóża Plateu de Bielle dojechali z niewystarczającą przewagą. 

Sam podjazd rozpoczął się od mocnej pracy Matteo Jorgensona, który rozprowadził Vingegaarda do ataku ok. 10km przed metą. Na kole Duńczyka bez problemu utrzymywał się jednak Pogacar, który odpalił przyspieszenie na nieco ponad 4km przed finiszem.

O ile Vingegaard ewidentnie rośnie w siłę – jest z dnia na dzień coraz szybszy pod górę, o tyle to samo dzieje się z Pogacarem. Jego kolejne ataki są coraz mocniejsze i podczas pierwszego kilometra jest w stanie coraz bardziej odjeżdżać swojemu głównemu rywalowi. 

Patrząc na to bez dostępu do danych, wydawać się może, że Pogacar jest klasą dla siebie a pozostali zawodnicy są gorzej przygotowani czy niedysponowani. Tymczasem poziom całej, szeroko pojętej czołówki jest w tym roku wybitny. Pogacar, owszem, zdemolował rekord podjazdu o 3 i pół minuty (rekordu uzyskanego przez Pantaniego podczas “Touru Wstydu” w 1998r), ale szybciej Plateau de Beille niż Pantani podjechali i Vingegard i Evenepoel a cała pierwsza dziesiątka niż Armstrong w 2002r. 
W klasyfikacji generalnej Pogacar ma więc ponad trzy minuty przewagi nad Vinegaardem, ten z kolei trzyma bezpieczny dystans do Evenepoela, który przy gorszej dyspozycji wydaje się być pewnym kandydatem do trzeciego miejsca na podium.

A na koniec drugiego dnia przerwy mam dla Was podsumowanie w formie audio/video dostępne na youtube i platformach podcastowych. Dzięki wielkie za wspólne śledzenie tego Touru i od jutra działamy dalej :)

Etap 14: Pau – Pla d’Adet 151,9km

Choć do końca tego Tour de France został jeszcze tydzień myślę, że śmiało pokuszę się o stwierdzenie, że mamy trzecią z rzędu Wielką Pętlę, która będzie najlepszym wielkim tourem sezonu. Jest tempo, są rekordy, jest stawka i jest suspens. Właściwie niczego więcej nie trzeba.

Czternasty etap, pierwszy z dwóch pirenejskich kończących drugi tydzień zmagań na francuskich szosach dał nam zwycięstwo Tadeja Pogacara i umocnienie się go na pozcji lidera wyścigu. Zanim do tego doszło, działo się sporo. 

Tak jak w poprzednich dniach od samego startu szedł pełen gaz, ucieczka formowała się długo i ostatecznie były to dwie grupy liczące ponad dwudziestu śmiałków. Girmay pilnował Philipsena na premii lotnej (powiększył przewagę o cały punkt), Gaudu ścigał się z Lazkano na premiach górskich (na Tourmalet lepszy był Lazkano, na Hourquette d’Ancizan Gaudu) a najwięcej sił w końcówce zachował Ben Healy, który początek finałowego podjazdu jechał w tempie liderów generalki. Michał Kwiatkowski, który również podjął próbę zabrania się do odjazdu jechał czujnie i dojrzale, ale na ostatnich kilometrach brakło mu sił. 

Tu pojawi sie “gwiazdka”, ponieważ jazdę ekipy UAE trzeba wziąć w pewien nawias. Z zewnątrz wszystko wyglądało na perfekcyjnie zaplanowane i wykonane, masterclass jazdy drużynowej. “Man of the day” był zdecydowanie Nils Politt, który prowadził peleton przez wiele kilometrów, następnie do pracy wzięli się Soler i Sivakow. Na ostatnim podjeździe tempo nadawał Almeida a następnie do przodu odjechał Adam Yates. Nadawaniem tempa zajął się wtedy Jorgenson, który zużył w ten sposób energię i nie mógł pomóc swojemu liderowi gdy zaatakował Pogacar. Ten przyspieszył na nieco ponad 4km przed metą, szybko doganiając Yatesa, który pociągnął go przez kilka minut, umożliwiając utrzymanie przewagi nad Vingegaardem. Gdy zaczęło robić się mniej stromo, Pogacar przyspieszył i zaczął powiększać różnicę nad rywalami by na mecie zameldować się 39” przed Vingegaardem, 1’10” nad równo jadącym Evenepoelem i 1’19” nad Carlosem Rodriguezem. 

Praca całej drużyny, nietypowe zagranie taktyczne, wykorzystanie terenu do maksimum by zdobyć przewagę nad najgroźniejszymi konkurentami. Tyle tylko, że w wypowiedzi po etapie Pogacar powiedział, że wysłanie Yatesa do ataku i jego własne przyspieszenie to była instynktowna improwizacja – przed startem planowali dojechać razem do ostatniego kilometra i tam próbować mocnym, krótkim przyspieszeniem zdobyć kilka metrów i powlaczyć o wygraną etapową i bonifikatę.

Tymczasem stosunkowo wczesny atak dał zbudowanie przewagi nad Vingegaardem do niemal dwóch minut w klasyfikacji generalnej a mocne tempo od podnóża podjazdu zakończone czterokilometrowym przyspiszeniem skutkuje ustanowieniem nowego rekordu na Pla d’Adet.

Poprzednie, bliskie sobie czasy Jaskuły i Romingera z 1993r oraz Armstronga z 2001r zostały poprawione o dwie minuty (bez 2-4 sekund). Prędkość Pogacara uzyskana na finałowym podjeździe to około 1830m/h przez 27’ i szacowaną moc 6,8w/kg.

Ale uwaga! Rezultaty lepszy od dotychczasowych rekordów uzyskała… pierwsza czternastka: Pogacar, Vingegaard, Evenepoel, Rodriguez, Ciccone, Buitrago, A.Yates, Jorgenson, Gall, Gee, Landa, Almeida i S.Yates! Wolniejszy od Jaskuły, Romingera i Armstronga był dopiero Carapaz. Grubo.

Przechodząc do zapowiedzi tego, co dzisiaj, trzeba zastanowić się, ile wczorajszy etap kosztował poszczególnych zawodników. Pogacar znów zużył sporo energii, do czego również ustosunkował się w powyścigowej wypowiedzi, gdzie podkreślił, że taki już jest i nie zamierza się zmieniać. 

Fakt, że Vingegaard za nim nie nadążył ma spory sens – po kilku dniach z rzędu w wysokim tempie i po kumulacji przewyższenia na trasie nie był w stanie utrzymać tempa Pogacara (choć sam zaprezentował bardzo dobrą dyspozycję). Jestem daleki od wyciągania wniosków po jednym dniu (tak jak nie wyciągałem ich po etapie w Masywie Centralnym), ale biorąc pod uwagę miesięczną przerwę w treningach, powinniśmy raczej spodziewać się kontynuacji tego, co zobaczyliśmy wczoraj niż odwrócenia ról. Nawet mając w pamięci, że Pogacar jechał w Giro. 

Niedzielny etap poza tym, że rozgrywany jest w dniu święta narodowego Francji (zatem należy spodziewać się jeszcze więcej kibiców, miejmy nadzieję, że nie będą obrzucać kolarzy chipsami, co zrobił jeden z typów stojących wczoraj przy trasie), to królewski odcinek Tour de France 2024: 

Prawie 200km, sześć premii górskich i meta na Plateau de Beille. Łącznie około 4800m przewyższenia ze wspinaczką trwającą około 42-43 minuty na koniec. Jeśli ktoś ma problem z gospodarowaniem energią, to zostanie to zweryfikowane właśnie dziś. 

Ukształtowanie trasy daje większe szanse ucieczce: start pod górę zapewne spowoduje, że zobaczymy kolarzy rozgrzewających się na trenażerach, długie przejazdy dolinami zwiększają szanse śmiałków ze względu na to, że w peletonie raczej będą oszczędzać zasoby na finałowy podjazd. 

Start ostry zaplanowano na 12.05, trzeci z rzędu podjazd czyli Portet d’Aspet czołówka powinna osiągnąć około 13.50, u podnóża Col d’Agnes powinna znaleźć się około 15.20 a finałowy podjazd rozpocząć o 16.40. Finisz zatem planowany jest mniej więcej na 17.20.

Etap 13: Agen – Pau, 165,3km

Wczoraj rozpoczęliśmy od informacji o wycofaniu z wyścigu Primoza Roglica. A potem było tylko ciekawiej!

Niemal przed każdym etapem prowadzącym w bardziej płaskim, otwartym terenie słyszeliśmy zapowiedzi rywalizacji na rantach i w końcu nadszedł ten dzień!

Zanim jednak peleton został porwany, od samego startu szedł pełen gaz. Kolejny raz na mecie zawodnicy zameldowali się przed najszybszym planowanym harmonogramem, co może wpłynąć na przebieg rywalizacji w Pirenejach.

Co więcej, mogliśmy obserwować kilka ciekawych rozwiązań taktycznych. Do dużej i mocnej (m.in. z Kwiatkowskim, van der Poelem, Fuglsangiem, Powlessem, Cortem, Abrahamsenem, w sumie 23 kolarzy) ucieczki zabrał się nie kto inny jak Adam Yates! Obecność siódmego zawodnika klasyfikacji generalnej była nie w smak kolarzom Ineosu, Quick Stepu i Vismy, co przełożyło się na wysokie tempo jazdy.

Być może ekipa UAE zdecydowała się na taki ruch by podmęczyć swoich rywali, ponieważ z wyścigu wycofał się Juan Ayuso, który zachorował na covid. Już od kilku dni widać było, że jego dyspozycja słabnie, zapewne było to spowodowane chorobą. Pytanie, czy wirus zdążył przenieść się na innych członków drużyny, tak jak było to w przypadku zawodników Bahrain – Victorious (wycofał się m.in Bilbao) i jak wpłynie to na formę Pogacara i jego pozostałych pomocników. 

A ponieważ mniej więcej w tym samym czasie zaczęło mocno wiać, peleton się porwał, za sprawą kolarzy Vismy, Quick Stepu i UAE. W pewnym momencie główna grupa podzieliła się na cztery mniejsze, ponieważ jednak z tyłu nie został nikt istotny dla klasyfikacji generalnej, taka gonitwa nie trwała zbyt długo.

(Prawie) wszystko się zjechało i nieco przetrzebiona czołówka zaczęła zmierzać w stronę finiszu. Bardzo czujni byli kolarze UAE, doprowadzający Pogacara w czołówce na kilkaset metrów przed metą. Na szczęście dla niego do kraksy doszło po drugiej stronie rozpędzającej się grupy sprinterów a sam lider wyścigu postanowił wziąć udział w sprincie i zają na tym etapie dziesiąte miejsce. To dziwne i trudne do wytłumaczenia, zwłaszcza w kontekście nadchodzących etapów w Pirenejach, gdzie będzie się liczył każdy dżul energii.

Z niewielkiej grupy, która po tych wszystkich perturbacjach rywalizowała na kresce najszybszy był Philipsen, co pozwoliło mu zredukować stratę do Girmaya do poziomu 75 punktów. Wciąż będzie mu bardzo trudno odebrać Erytrejczykowi zieloną koszulkę, ale realnie wczoraj zrobił wszystko, by nadal być o nią w grze.

A co dzisiaj?

Dzisiaj jeden z bardziej wymagających etapów wyścigu. Zaledwie 152km, ale aż 4500m przewyższenia, z czego zdecydowana większość skumulowana jest na ostatnich osiemdziesięciu.

W programie mamy przełęcz Tourmalet (podjeżdżaną od tej samej strony co rok temu na Vuelcie, w sumie 19km, 7,4%, najtrudniej i najbardziej stromo jest w końcówce, gdy zawodnicy będą już powyżej 2000m n.p.m.), następnie nieco mniejszy, ale nieregularny podjazd Horquette d’Ancizan (8,2km i 5,1%, ale w połowie jest krótki zjazd i wypłaszczenie, więc sam pojdazd jest wyraźnie cięższy) a po zjeździe i kilku kilometrach w dolinie mamy finisz na podjeździe Pla d’Adet: 10,6km, 7,9%, z czego dla odmiany najtrudniejsze są pierwsze kilometry. 
Teoretycznie wyścig wjeżdża w teren sprzyjający bardziej Vingegaardowi niż Pogacarowi. Z drugiej strony Słoweniec, jeśli potrafi się samokontrolować, może pozwolić sobie na defensywną jazdę i ewentualnie walkę o bonifikatę na mecie. Równocześnie Remco Evenepoel może myśleć o obronie miejsca na podium, tyle tylko, że rok temu na Vuelcie podczas etapu z Tourmalet poniósł sromotną porażkę.

Mając w pamięci, że oprócz walki w klasyfikacji generalnej mamy z tuzin dobrych górali, którzy mają większe straty, ale spokojnie mogą powalczyć o wygraną etapową, zapowiada się znakomity dzień.

Start ostry o 13.20, premia na Tourmalet około 15.45, godzinę wcześniej, u podnóża podjazdu premia lotna (być może Alpecin będzie próbował rozprowadzić na nią Philipsena a to wiązałoby się z utrudnionym zawiązaniem ucieczki). Rekord Tourmalet od tej strony należy do Vingegaarda i wynosi 50’54”.

Na Horquette d’Ancizan czołówka powinna być około 16.30 a na mecie niespełna godzinę później. Finałowy podjazd ma nieco inny przebieg niż w przeszłości, należy szacować, że najlepsi kolarze pokonają go w około 27’.

Kiedy zatem najlepiej włączyć transmisję? Myślę, że u podnóża Tourmalet, czyli mniej więcej o piętnastej.

Etap 12: Aurillac – Villeneuve-sur-Lot, 203,8km

Biniam Girmay z trzecią wygraną etapową, bardzo blisko wygrania klasyfikacji punktowej, Primoz Roglic leżący w kraksie, poturbowany i ze stratą w klasyfikacji generalnej a Arnaud Demare i Mark Cavendish relegowani z wyników sprintu. Czyli niby kolejny dzień na tourze a mimo to pełen wydarzeń wpływających na losy całego wyścigu.

[AKTUALIZACJA] Primoz Roglic wycofał się z wyścigu. Tak jak napisałem poniżej przewidując tę sytuację, jego obrażenia okazały się na tyle poważne, że po przebytych badaniach i ocenie stanu zdrowia nie będzie kontynuował jazdy w tegorocznym Tour de France.

Znów było szybko i poniżej najszybszego, planowanego harmonogramu co powoduje, że podczas weekendowych, pirenejskich etapów zawodnicy będą podmęczeni. Co więcej, kumulacja wysokiego tempa, nerwowości przy rywalizacji o zabranie się do ucieczki, wysokich temperatur, presji na drużyny, które jeszcze nic w tym wyścigu nie osiągnęły powoduje, że dochodzi do kraks.

W pierwszej części etapu blisko poważnych problemów był Tadej Pogacar, na szczęście dla niego i dla całej imprezy uniknął upadku. Mniej szczęścia miał Primoz Roglic, który na kilkanaście kilometrów przed metą boleśnie upadł. Połęczenie obrażeń i niekorzystnej sytuacji – było to w momencie, gdy peleton rozpędzał się już przygotowujac finisz spowodowało, że do mety dojechał prawie dwie i pół minuty za czołówką.

Trzeba przyznać, że choć upadki Roglica stały się rodzajem memu – to zawodnik, który często uczestniczy w różnych incydentach wyścigowych – w tej sytuacji faktcznie można mówić o zbiegu kilku nieszczęśliwych okoliczności.

Owszem, ekipa RedBull Bora Hansgorhe nie jechała całkiem z przodu peletonu, natomiast znajdowała się po drugiej stronie szosy niż sytuacja, od której rozpoczął się ciąg niefortunnych zdarzeń. Realnie za winnego powinien być uznany ogranizator – betonowy separator był słabo oznaczony co prawdopodobnie spowodowało upadek Lutsenki. Ten przewrócił się pod koła drużyny Roglica powodując upadek czwartego – do tego momentu – zawodnika klasyfikacji generalnej. Gdy to piszę nie ma jeszcze komunikatu drużyny, ale należy rozważać możliwość, że Roglic wycofa się z wyścigu, jeśli nie dziś, to jutro. Jego obrażenia nie wyglądały dobrze a mimo całej drużyny oddanej mu do pomocy, nie prowadzili pościgu w wysokim tempie, co sugerowałoby, że Słoweniec naprawdę poważnie się potłukł. 

Blisko było również do kraks na finiszu. Nie wiem, co Wout van Aert ma w sobie takiego, że kolejni rywale spychają go do barierek. Tym razem zrobił to Arnaud Demare, którego za faul spotkała relegacja, podobnie jak Cavendisha, który objeżdżając pomocnika Demare zajechał drogę Coquardowi.

Mimo braku w czołówce van der Poela (został zatrzymany przy kraksie Roglica) i stracie dwóch pomocników: Sorena Kragha Andersena i Jonasa Rickaerta (nie zmieścili się w limicie czasu) Philipsen był bardzo szybki w samej końcówce, ale zła pozycja sprawiła, że nie nawiązał rywalizacji z Girmayem, który bardzo pewnie wygrał swój trzeci etap. Biorąc pod uwagę, że Erytrejczyk był również lepszy od Belga na premii lotnej, mając w perspektywie jeszcze tylko dwa etapy sprinterskie i ponad 100 punktów przewagi, realnie Girmay musi tylko ukończyć wyścig by wygrać zieloną koszulkę. (Technicznie rzecz ujmując, Philipsen musiałby wygrać dzisiaj i we wtorek a Girmay w ogóle nie punktować by nadrobić tę stratę).

A co dzisiaj? Dzisiaj, tak jak wspomniałem, realnie przedostatnia szansa dla sprinterów. Czy to oznacza nudę? Trochę tak a trochę nie. Po pierwsze rozrywki powinni nam dostarczać kolarze tacy jak Abrahamsen, który wczoraj odrobił kilka punktów w klasyfikacji górskiej do Pogacara i dziś pewnie na jednej z dwóch premii czwartej kategorii zechce zdobyć choć jeden by jeszcze na jeden dzień objąć prowadzenie w rywalizacji o koszulkę w grochy. Do tego mamy Anthony’ego Turgis, który mimo faktu, że drużyna Total Energies została okradziona z rowerów (!) i traci sporo punktów do Girmaya i Philipsena, ucieczkami chce włączyć się do rywalizacji o koszulkę zieloną.

Druga część trasy jest nieco bardziej pagórkowata, na dystansie 165km uzbiera się znów około 2000m przewyższenia, z czego większość na ostatnich sześćdziesięciu. Meta w Pau, mieście, które jest trzecią pod względem liczby goszczenia u siebie etapów Touru powinna jednak dać szansę specjalistom od finiszu z dużej grupy. Tym bardziej, że tak jak wspomniałem nie mają już oni przed sobą zbyt wielu okazji by popisać się swoimi umiejętnościami. 

Start ostry o 13.50, premia lotna na 88km około 15.40 a finisz około 17.30. Ze względu na ukształtowanie terenu ostatnia godzina powinna być całkiem ciekawa.

Etap 11: Evaux-Les-Bains – Le Lioran, 211km

Ależ to współczesne kolarstwo nas rozpieszcza. Od dobrych kilku lat mamy przynajmniej kilka dni w sezonie, które przejdą do historii tego sportu, będą opisywane w książkach i wspominane jako coś wyjątkowego.

Kolejny rok z rzędu zawodnicy jadący w Tour de France zapewnili nam imponujące widowisko, jadąc bezkompromisowo i dostarczając nam rewelacyjnej rozrywki. Nawet, jeśli z racjonalnego punktu widzenia nie miało to za wiele sensu. 

Długi, 211km etap prowadzący przez Masyw Centralny od startu rozgrywany był w bardzo wysokim tempie. Pierwszym 80km pokonano ze średnią prędkością 50km/h, kolejne próby zawiązania ucieczki kończyły się niepowodzeniem. Ostatecznie, gdy na czele uformowała się grupka, z której przede wszystkim kolarze EF Easy Post (Carapaz i Healy) liczyli na sukces, drużyna UAE nie pozwoliła im zwiększyć przewagi na więcej niż dwie minuty.

Cały dzień zmierzał w stronę przygotowania ataku Tadeja Pogacara. I tam, gdzie miał nastąpić, nastąpił. Na ok. 650m przed szczytem Puy Mary Słoweniec przyspieszył, zrywając z koła wszystkich rywali. Do szczytu było jednak niedaleko, przewaga, jaką zdobył nie była duża.

Podobnie jak na etapie z Galibier, zaczął ją jednak powiększać na zjazdach, mocno pracując na wyjściach z zakrętów i dłuższych odcinkach na wprost.

Vingegaarda z kolei doścignął Roglic, który przeprowadził Duńczyka przez zjazdy, słabnąc jednak na kolejnym podjeździe.

Col de Pertus okazał się kluczowym wzniesieniem etapu. To tam Pogacar, Roglic i bardzo konsekwentnie i dojrzale jadący Evenepoel nieco zwolnili za to Vingegaard odpalił atomowe przyspieszenie doganiając przed szczytem Pogacara. 

O ile kluczowe 2km Puy Mary Pogacar pojechał 5 sekund szybciej niż Vingegaard, 9 niż Roglic i 12 niż Evenepoel, bijąc przy tym rekord podjazdu o 7” a u podnóża Pertus był około pół minuty przed rywalami, o tyle na Pertus Vingeaard był (czas podjazdu 12’2”) 31” szybszy niż Pogacar i 47” szybszy niż Evenepoel z Roglicem!

To przyspieszenie lidera Vismy jest porównywalne (z zachowaniem skali i części sezonu – na TdF wszyscy są oczywiście szybsi) z tym, co prezentował wiosną, przed wypadkiem, na Tirreno – Adriatico, gdy na podjeździe San Giacomo przez 11’45” odjechał Juanowi Ayuso na 1’12”. Szacunki dają temu wysiłkoi ok. 6,7-6,8W/kg pod koniec ciężkiego, długiego etapu po około dwudziestominutowej gonitwie na Puy Mary i zjazdach!

Gdyby dramaturgii było mało, Pogacar wzywał serwis neutralny po bidon, być może miał problemy z przerzutką (choć w jego wypowiedziach nie pojawiło się żadne odniesienie zarówno do – sugerowanego przez wielu ekspertów – niedożywienia, jak i do ewentualnych kłopotów ze sprzętem). Na zjazdach miał za to kilka “momentów”, gdzie podbiło mu koło na nierówności a także narzekał na upał. Choć jak sam zauważył jak na takie warunki, w których zazwyczaj idzie mu gorzej, pojechał bardzo dobrze.
Jeśli ja miał szukać przyczyn jego porażki (przede wszystkim prestiżowej – przegrana na finiszu z Vingegaardem w terenie który teoretycznie miał sprzyjać Pogacarowi po całodziennej pracy jego ekipy), skupiłbym się na nadmiernej pracy wykonanej na zjazdach z Puy Mary, nienajlepszą taktykę drużyny UAE (dość szybko odpadli Ayuso i Almeida) oraz, choć dostarczyła nam wiele rozrywki, po prostu zbyt ofensywną jazdę. 

Pamiętajmy, że to Pogacar jest wciąż liderem z wyraźną przewagą nad rywalami i nie musiał atakować. Zrobił to, bo po prostu “jest Pogacarem”.

Z kolei za plecami liderów konsekwentny Evenepoel doścignął Roglica i nawet wyprzedził go na ostatnim zjeździe. Co w sumie okazało się słuszne, bo Roglic na jednym z ostatnich zakrętów upadł. Ciekawostką jest, że na tym etapie miała zastosowanie strefa ochronna 3km i mimo straty Primozowi zaliczono czas Remco, choć upadek był ewidentnie efektem jego błędu a nie zdarzenia losowego (widać wyraźnie, że nie poślizgnął się na mokrym asfalcie, lecz przed nim).

Na mecie Vingegaard zalał się łzami wzruszenia, wspominając cały ból i strach, który towarzyszył mu od feralnego upadku w Kraju Basków. Z kolei Pogacar niemal od razu mu pogratulował, co jest kolejnym gestem szacunku między tymi dwoma rywalami.

Ich postawa zarówno na szosie jak i poza nią jest wyjątkowa, trudno więc się dziwić, że Tour de France pod ich panowaniem cieszy się tak wielką popularnością.

A gdyby tego było jeszcze mało, mieliśmy fetowanie Romaina Bardeta przez tłumy kibiców, van Aert cudem uniknął poważnej kontuzji ratując się podczas zbyt szybko pokonanego zakrętu a kolarze Cofidisu walczyli z zatruciem.

“What a day” jak mawia klasyk.

W klasyfikacji generalnej Vingegarrd na skutek bonifikat po takim właśnie dniu odrobił jednak tylko sekundę. Drugi wciąż jest jednak Evenepoel, tracący do lidera 1’6”, Vingegaard ma 1’14” a Roglic 2’15”. Piąte miejsce zajmuje Almeida (4’20”), szóste Carlos Rodriguez (4’40”) siódme Landa (5’38”), ósme Adam Yates (6’59”) a na dziewiąte spadł Ayuso (7’9”). Pierwszą dziesiątkę zamyka Ciccone (7’36”).

A co dziś?

Dziś chwila relaksu, choć nie do końca. Etap teoretycznie płaski z prawdopodobną rozgrywką sprinterską, ale na dystansie prawie 204km (kolejny długi dzień) uzbiera się ponad 2000m przewyższenia. Teren więc bardziej wymagający niż dwa dni temu, premia lotna usytuowana jest mniej więcej w połowie trasy.

Zobaczymy, czy po wczorajszej gonitwie (kolarze wyraźnie wyprzedzili najszybszy planowany harmonogram) ekipy sprinterów będą miały siłę by kontrolować peleton. W tej fazie wyścigu może być wielu chętnych do zabrania się w ucieczkę, jednak jest to realnie trzecia od końca szansa na finisz z dużej grupy.

Start ostry o 12.50, premia lotna około godziny 15.20, finisz około 17.30. Ostatni kilometr jest całkiem prosty, bez rond, łuków i zakrętów.

Etap 10: Orlean – Saint-Amand-Montrond, 187,3km

OMG, ależ to było nudne. Poza taktyczną ucieczką przed lotną premią na wczorajszym etapie nie działo się absolutnie nic. 

No dobrze, by oddać kolarzom co kolarskie, były momenty, gdy przygotowywali się do ewentualnej rywalizacji na wietrze, ale warunki nie były do tego sprzyjające. W związku z tym każdy, kto spędził przy tym etapie więcej niż godzinę zasługuje na złoty numer dla “najbardziej walecznego kibica”. 

To był do pewnego stopnia wirtualny dzień przerwy i rozruch przed kolejnymi etapami. 

Finisz z peletonu rozegrano bez żadnych dram. Drużyna Alpecin – Deceuninck tym razem perfekcyjnie rozprowadziła Jaspera Philipsena. Mathieu van der Poel zrobił co miał zrobić a Philipsen z wyraźną przewagą dowiózł zwycięstwo do mety. Co do zasady nie było przepychanek, nie było kontrowersji, belgijski sprinter może jeszcze nie ma tego touru w pełni rozliczonego, ale nie można go już traktować jako jednego z przegranych.

Należy jednak zauważyć, że Biniam Girmay robi co może by utrzymać prowadzenie w klasyfikacji punktowej. Zarówno na lotnej premii jak i na finiszu był tylko jedno miejsce za Philipsenem, w związku z tym jego przewaga to wciąż 74 punkty.

Szukając jakichkolwiek ciekawych wydarzeń mogę jeszcze wspomnieć, że mimo sprzyjającego terenu tym razem zupełnie nie powiodło się rozprowadzenie Cavendisha. Ballerini i Morkov zajęli miejsca na czele peletonu rozpędzając grupę, ale nie zauważyli, że ich lider został kilkanaście pozycji z tyłu. W związku z tym na ok. kilometr przed metą przerwali pracę a Cavendish nie wziął udziału w walce o etapowe zwycięstwo.

A co dzisiaj?

A dzisiaj miejmy nadzieję, że rekompensata za wczoraj. Długi etap w Masywie Centralnym o dystanie 211km i przewyższeniu 4300m. Co ważne, z bardzo wymagającą końcówką: ostatnie 50km to kolejne wymagające podjazdy: strome, nieregularne zachęcające do ataków.

Z kolei pierwsza część wcale nie jest płaska: to ciągłe zmiany terenu, które będą wchodziły kolarzom w nogi, powodując, że wspomniana końcówka będzie jeszcze bardziej wymagająca.

To jest ta faza wyścigu i taki profil etapu, który jest wręcz stworzony dla licznej ucieczki mocnych kolarzy klasycznych i górali, którzy mają już duże straty w klasyfikacji generalnej. Równocześnie ostatnie 50 (a realnie więcej) kilometrów to teren perfekcyjny dla Pogacara i Evenepoela, którzy potrafią wygrywać ciężkie, górzste jednodniówki po długich, kilkudziesięciokilometrowych atakach. 

Biorąc pod uwagę, że przed wjazdem w Pireneje na zawodników czekają jeszcze dwa płaskie etapy, oczekiwanie, że dziś zobaczymy ofensywną jazdę jest uzasadnione. 

Co więcej, dojazd do premii lotnej na 65km również wcale nie jest łatwy i należy spodziewać się rywalizacji Alpecinu z Intermarche o kontrolę ucieczki i wypracowanie pozycji dla Girmaya i Philipsena.

A jeśli w związku z tym pójdzie gaz od samego startu, cięższych sprinterów czeka ciężki dzień w biurze i walka o zmieszczenie się w limicie czasu. 

Start ostry o 11.30, premia lotna około 13.10 a u podnóża Col de Neronne, poprzedzającego Puy Mary, najcięższego podjazdu dzisiejszego dnia, który symbolicznie rozpoczyna decydującą część etapu czołówka powinna pojawić się około 15.45 i to jest pora, o której najpóźniej włączyć transmisję.

Dzień odpoczynku, Orlean

Choć pierwsza część Tour de France była długa i zawierała w sobie przynajmniej kilka etapów, które mogły wykluczyć wielu zawodników, mam dobrą wiadomość. Póki co z wyścigu wycofało się zaledwie czterech kolarzy. Po dziewięciu dniach rywalizacji tak niewiele “DNFów” mieliśmy ostatnio w… 1991r a mniej dopiero w 1977!

A okazji do kraks było wiele: górzyste otwarcie wyścigu we Włoszech czy etap “gravelowy”, którego wiele ekip bardzo się obawiało.

Jedynym pechowcem w Troyes był Alexander Vlasov, który upadł łamiąc kostkę nie na szutrach a na sekcji asfaltowej.

W dniu przerwy, jak to w dniu przerwy mieliśmy kilka konferencji prasowych, wywiadów i podcastów. Geraint Thomas zwycięzcy Touru upatruje nie w Pogacarze a w Vingegaardzie. Remco Evenepoel słusznie zauważa, że choć jest zadowolony ze swojej jazdy, pierwszy poważny test czeka zawodników dopiero w Pirenejach. Roglic stwierdza, że faktycznie mogłoby być lepiej, ale taki np. Simon Yates stracił więcej, a w ogóle to cieszy się, że dojechał aż do dziewiątego etapu. A Vingegaard odbija piłeczkę i na zaczepki Evenepoela o “braku jaj” odpowiada, że po prostu jeździ mądrze i zwraca uwagę, że jego forma rośnie. Przypomina też, że rok temu w drugiej części wyścigu dołożył Pogacarowi aż siedem minut w ciągu dwóch dni. Z kolei Wout van Aert żartuje z oskarżeń o zachowawczą jazdę drużyny Visma nazywając na stravie przejażdżkę w dniu odpoczynku “Defensive strategy, even on a rest day”.

No ale dość już tych przekomarzanek, pytanie “a co dzisiaj” musi w końcu paść. 
A dzisiaj proszę państwa najbardziej płaski etap tego touru. Zatem po dniu odpoczynku kolarze mają okazję spokojnie wejść w rytm wyścigowy. Muszą jednak zachować czujność,  bo takie etapy jak dziś często kończą się niespodziewanymi kraksami, które miewają poważne konsekwencje. Lepiej więc nie dać się uśpić i kontrolować tempo zamiast powoli przemierzać szosy środkowej Francji (nota bene dziś, zależnie jak mierzyć oczywiście, Tour de France przejeżdża właśnie przez środek tego kraju).

Z uśpieniem problem możemy mieć za to my. Start jest o 13.05, pierwsza premia lotna na 57km około 14.40 i jest szansa, że do tego momentu drużyny sprinterów będą trzymały peleton w ryzach.

Należy się spodziewać ucieczki, ale ze względu na to, że okazje dla sprinterów (ze szczególnym uwzględnieniem Jaspera Philipsena) zaczynają się kończyć (realnie z dzisiejszą są jeszcze cztery), powinna zostać doścignięta. Nic nie wskazuje również, że niewielka górka w końcówce (szczyt 7km przed metą) zaburzy rozprowadzenie, za to pewien chaos mogą wprowadzić zakręty między 2 a 1km przed kreską.

Finisz zaplanowany jest około 17.30, ale wiele zależy od tego, jak kolarze podejdą do dzisiejszego dnia: mogą być zarówno wyraźnie przed jak i po czasie (no ależ wam pomogłem ;) ), zatem warto śledzić sytuację na trasie i dla świętego spokoju włączyć transmisję przynajmniej o 16.45.

Etap 9, 07.07: Troyes – Troyes, 199km

Wow, ależ to był dzień! Szutrowe drogi wokół Troyes stały się areną rewelacyjnej rywalizacji, zarówno o zwycięstwo etapowe jak i w klasyfikacji generalnej.

Mieliśmy trzy mocne ataki Pogacara, atak Evenepoela, Roglica, który zaplątał się w złej części peletonu i musiał gonić wraz ze swoimi pomocnikami przez kilkanaście kilometrów, Vingegaarda, który miał defekt i jechał na rowerze Tratnika a następnie niczym cień podążał za Pogacarem pokazując chłodną głowę i dobrą dyspozycję.

Do tego taktyczne rozgrywki w ucieczce zakończone skutecznym finiszem Antony’ego Turgis. To kolejny piękny moment: specjalista wymagających klasyków, który od kilku sezonów stawiany jest w gronie faworytów Flandrii i Paryż-Roubaix idealnie odnalazł się na szutrowych drogach, jechał czujnie, podejmował właściwe decyzje i miał odpowiedni poziom szczęścia. Dzięki temu sięgnął po swoje pierwsze zwycięstwo w World Tourze i zapewnił sukces drużynie Total Energies. Mimo posiadania zamożnego sponsora z branży energetycznej, to ich pierwszy wygrany etap w Tourze od 2017r. Przy okazji to pokazuje, jak cenne i trudne do zdobycia jest takie osiągnięcie. Wygrane etapowe w Wielkiej Pętli nie leżą na ulicy i każde jest na wagę złota!

Na uwagę zasługuje też, po raz kolejny, taktyka i jej wykonanie przez drużynę UAE. Choć byli silni, kontrolowali sytuację, za sprawą Nilsa Politta byli w stanie zadbać o odpowiednią pozycję Pogacara przed kluczowymi sektorami szutrów, realnie przegrali z drużyną Visma Lease a Bike. Przy lepszym rozegraniu sprawy, większym zaangażowaniu np. Alemidy lub Ayuso myślę, że dało się zgubić i Roglica a być może i Vingegaarda.

Duńczyk bowiem jedyne co był w stanie zrobić to reagować na przyspieszenia Pogacara i Evenepoela a bezcenną robotę wykonał dla niego Jorgenson. W związku z tym, choć etap był świetny i znakomicie się go oglądało, dla faworytów generalki skończył się remisem (duże straty zanotował jedynie Simon Yates). 

A co dzisiaj?
A dzisiaj dzień przerwy. W związku z tym mam dla Was podsumowanie pierwszej części Tour de France 2024, w wersji zarówno podcastowej jak i youtube.

Dzięki wielkie za cały pozytywny feedback, który dostałem od Was w ostatnich dniach a już jutro rano wracam z zapowiedzią kolejnego etapu!

Etap 8, 06.07: Emur-En-Auxois – Colombey-Les-Deux-Eglises, 183,4km

Po ośmiu dniach wyścigu po raz pierwszy mamy kolarza, który wygrał więcej niż jeden etap tego Touru. Biniam Girmay po etapie, który był pełen emocji “dla koneserów” nie tylko stanął na podium, ale też zbudował wyraźną przewagę w klasyfikacji punktowej. Choć do końca wyścigu jeszcze dwa tygodnie, scenariusz, że to Erytrejczyk ją wygra wydaje się w tym momencie bardzo prawdodpoodbny. Zwłaszcza, że w wyścigu nie jedzie już Mads Pedersen.

O co chodzi z tymi “emocjami dla koneserów”? Czy to eufemizm by ukryć fakt, że etap był nudny i poniżej oczekiwań? Nie do końca. Działo się bowiem wiele, ale nie były to spektakularne akcje, ataki czy zaskakujące rozstrzygnięcia.

Ochotę na wygraną mieli przede wszystkim kolarze EF Easy Post. Od początku próbowali zbudować akcję dla Bena Healy’ego, uczestnicząc w ucieczce z Jonasem Abrahamsenem. Gdy jednak stwierdzili, że nie ma to za dużego sensu, zostawiając Norwega by ten jechał przez ponad 160km samotnie przed peletonem, wrócili do koncepcji w końcówce.

Ostatnie kilkanaście kilometrów nie było jednak tak trudnych jak wydawało się przed etapem i o zwycięstwo walczyła spora grupa mocnych (w sensie tych, którzy sprawnie przejeżdżają przez niewielkie górki) sprinterów, takich jak Girmay, Philipsen i de Lie.

W międzyczasie trochę wiało i padało, co wprowadziło pewną nerwowość w peletonie. Po raz kolejny Tadej Pogacar, choć sam pilnował dobrej pozycji w grupie, został bez pomocników przy sobie i musiało minąć nieco czasu, zanim kolarze teamu UAE kolektywnie znaleźli się blisko czoła peletonu.

Spośród różnych komunikatów, które udostępniane są w transmisji jako uatrakcyjnienie i przerywnik (zazwyczaj nudnych i niewiele wnoszących) zdecydowanie wczoraj zabrakło mi reakcji na tę sytuację z samochodu UAE ;).

Co zaś do samego finiszu, to Girmay wraz z pomocnikami rozegrali go perfekcyjnie. I nawet, jeśli prawdodpobnie najmocniejszy był Arnaud de Lie, młodemu Belgowi po raz kolejny dał się zamknąć, co wystarczyło na trzecie miejsce. 

A co dzisiaj?

Dzisiaj jeden z etapów, które mogą okazać się kluczowe dla losów całego wyścigu. Albo etap, który kompletnie nie spełni pokładanych w nim oczekiwań ;)

200 (właściwie 199)km rudna wokół Troyes, na której zawodnicy pokonają 33km po szutrowych drogach przez winnice. Sektorów gravelowych jest 14, niektóre z nich dodatkowo prowadzą pod górę. Bardziej górzysta jest jednak pierwsza część etapu.

Opinie co do trudności tych sektorów są różne. Dwa lata temu nie spowodowały one zbyt dużej selekcji w Tour de France kobiet, natomiast pamiętając tamtą relację trzeba wziąć pod uwagę, że są to jednak bardziej nierówne szutry niż te na Strade Bianche.

Rywalizacja o zwycięstwo etapowe między kolarzami specjalizującymi się w klasykach (wszyscy będą dziś patrzeć na Mathieu van der Poela) może mieć wpływ na to, co będzie działo się między zawodnikami walczącymi w klasyfikacji generalnej. Jeśli faktycznie na szutrach pójdzie pełen gaz, peleton będzie się dzielił i ktoś może zostać: albo przez błąd, nieuwagę lub defekt.

Ze względu na to, że Tadej Pogacar wygrywał już i Strade Bianche i Ronde van Vlaanderen a na brukowanym etapie Tour de France był w stanie zgubić swoich rywali, jego notowania stoją zdecydowanie najwyżej. Z kolei uwagę musi zachować Primoz Roglic, któremu często zdarzają się nieplanowane przygody a także Remco Evenepoel, który z czołówki ewidentnie najgorzej zjeżdża a na szutrowym etapie Giro d’Italia był w poważnych opałach.

Może być też tak, że mocne drużyny skontrolują peleton na tyle, że nie wydarzy się nic ważnego i zamiast zapowiadanej “epickiej batalii” (wybaczcie makaronizm) zobaczymy finisz z peletonu.
Zatem by nie sugerować wam poświęcania całej niedzieli na ślęczenie przed ekranami sugeruję rzucanie okiem na sytuację co jakiś czas i włączenie się standardowo 50-60km przed metą. Będzie wtedy jeszcze i tak 7 sektorów szutru a jeśli Pogacar zdecyduje się na atak z daleka, to prawdopodobnie mniej więcej tam.

Niezależnie od sportowej rywalizacji należy spodziewać się w peletonie gestów żałoby. Niestety wczoraj podczas równolegle do Tour de France rozgrywanego Tour of Austria po wypadku na jednym ze zjazdów zginął dwudziestopięcioletni, norweski kolarz Andre Drege.

Finisz dziś zapowiedziany jest nieco później, około godz. 18.00, na siódmy od końca sektor szutrowy czołówka wjedzie około 16.55.

Etap 7, 05.07: Nuits-Sans-Georges – Gevrey-Chambertin, 25,3km

Czy przedwyścigowe marzenia kibiców właśnie się spełaniają? Zanim w Kraju Basków Vingegaard, Evenepoel i Roglic leżeli w kraksie, kolektywnie marzyliśmy o konfrontacji wielkiej czwórki, czyli wspomnianych kolarzy i Tadeja Pogacara.

Po pierwszych etapach we Włoszech oraz po przejeździe przez Galibier, równie kolektywnie zaczęliśmy pomijać Roglica jako ewentualnego kandydata do zwycięstwa. 

Tymczasem jazda indywidualna na czas, nie bez kozery nazywana “etapem prawdy” daje właśnie wynik-spełnienie marzeń, czyli czterech faworytów na czterech pierwszych miejscach zarówno podczas samej próby jak i w klasyfikacji generalnej. Co również ważne, z niewielkimi różnicami

Remco Evenepoel wygrywa 25,3km czasówkę mimo problemów ze sprzętem: albo realnych albo wyimaginowanych. Na ostatnim odcinku trasy Remco na chwilę zwolnił i zaczął wzywać samochód techniczny, ponieważ wydawało mu się, że z tylnego koła uchodzi powietrze. Gdy okazało się, że jednak nie, z duszą na ramieniu wrócił do właściwego tempa i utrzymał prowadzenie nad autorem drugiego najlepszego rezultatu, czyli Pogacarem. 

Mimo wspomnianych kłopotów Evenepoel był najszybszy na każdym z odcinków trasy poza zjazdem. Tam stracił i do Pogacara i do Roglica.

Z kolei Roglic rozpoczął wolniej, notując czwarte międzyczasy na pierwszym odcinku płaskim oraz podjeździe, najszybciej zjeżdżał i był drugi na płaskim dojeździe do mety. To tam minimalnie zgasł Pogacar, który na każdym pomiarze był drugi, dopiero końcówkę pojechał minimalnie wolniej od Roglica, ale i tak był wyraźnie szybszy od Vingegaarda.

Koniec końców czasówka kończy się wygraną Evenepoela, 12 sekund przed Pogacarem, 34 sekundy przed Roglicem i 37 przed Vingegaardem. Nieco więcej można było spodziewać się po Carlosie Rodriguezie, który choć był najlepszy z kolarzy Ineosu, do Remco stracił 1’27”.

Z kolei pomocnicy Pogacara: Almeida i Ayuso zajęli odpowiednio 8. (+57”) i 15. (+1’15”) miejsce.

To wszystko oznacza, że w klasyfikacji generalnej Pogacar ma 33” przewagi nad Evenepoelem, 1’15” nad Vingegaardem i 1’36” nad Roglicem. Kolejni zawodnicy tracą już ponad dwie minuty a dziesiąty Vlasow 4’36”. 

Choć to Pogacar sukcesywnie buduje przewagę, nic nie jest jeszcze pewne. Zarówno na etapie szutrowym w tę niedzielę jak i na odcinkach Pirenejskich w następny weekend można stracić wyraźnie więcej niż to, co teraz rozdziela “wielką czwórkę”.

I choć Evenepoel uważa Pogacara za niedoścignionego faworyta, wszystko jeszcze może się wydarzyć: kolarze zarówno dosłownie jak i metaforycznie do Paryża, pardon do Nicei mają jeszcze bardzo daleko. 

A co do samego zwycięzcy etapu i wicelidera, czyli Remco Evenepoela myślę, że warto zauważyć jak spokojny był podczas wywiadu przed wejściem na podium. Młody Belg musiał tej zimy wykonać ogromną pracę z psychologiem, ponieważ tak ogarniętego w sytuacji pełnej emocji (skompletowanie etapów we wszystkich wielkich tourach, wygrana czasówki na Tour de France, pokonanie Pogacara, umocnienie dobrej pozycji w generalce, problemy techniczne na trasie) nie widziałem go chyba nigdy. A co dzisiaj?

Cóż, dzisiaj ciekawy etap, można by powiedzieć, że trochę transferowy, trochę klasyczny, trochę dla uciekinierów a trochę dla sprinterów.

Kolarze pokonają 183km na północ, głównie przez winnice po bocznych, pagórkowatych drogach. W sumie uzbiera się niespełna 2500m przewyższenia, ale szosa niemal cały czas będzie prowadziła w górę lub w dół.

Oznaczonych premii będzie tylko pięć, ale podjazdów o długości od kilometra do czterech uzbiera się przynajmniej dwadzieścia.

A to oznacza idealny teren dla ucieczki: drużynom sprinterów trudno będzie kontrolować sytuację. Nawet, jeśli końcówka powinna sprzyjać zawodnikom takim jak van der Poel czy Pederesn.

Warto więc co jakiś czas zaglądać na doniesienia z trasy a transmisję włączyć przynajmniej 60km przed metą, czyli w okolicach ostatniej oficjalnej premii górskiej. Czołówka powinna znajdować się tam ok. godz 16.05, finisz niemal jak zawsze zaplanowany jest około 17.30. 

Etap 6, 04.07: Macon – Dijon, 163,5km

Szósty etap Touru i szósty zwycięzca. Przynajmniej z tej perspektywy wczoraj nie było nudy. Nie ukrywajmy jednak – to nie był najbardziej porywający dzień. Z zapowiadanej rywalizacji na wietrze nie wyszło za wiele, choć trzeba przyznać, że kolarze podjęli pewne próby.

W pewnym momencie, gdy peleton po wjeździe w otwarty teren się podzielił,  Tadej Pogacar został odizolowany od swoich pomocników. Ponieważ jednak nie wiało zbyt mocno, cała akcja trwała w sumie kilka minut, różnica między grupami wynosiła nie więcej niż 20 sekund i drużynom Vismy i RedBulla nie udało jej się powiększyć, zatem dość szybko wszyscy znów jechali razem.

Było też sporo kraks na zwężeniach, co wiąże się z obserwacją, że organizatorzy chyba zmniejszyli liczbę marshalli, którzy do tej pory stali przy wysepkach zwężeniach o rondach z flagami na rzecz tablic informacyjnych lub świetlnych. Co może do pewnego stopnia wymagać większej uwagi od kolarzy i w efekcie doprowadzać do większej liczby kraks, ale to tylko obserwacja, nie fakt. 

Sam finisz najlepiej rozegrali kolarze Jayco Al Ula. Dobrze wykorzystali fakt, że pomocnicy Cavendisha pogubili się zanim czołówka dotarła do ostatniego kilometra a kolarze Uno-X wytracali impet na kilkaset metrów przed metą. Lider Jayco Al Ula, Dylan Groenewegen zajął idealną pozycję na kole Arnaud de Lie, który rozpoczął finisz zza pleców kolarzy Alpecinu. Groenewegen de facto rozprowadzony przez de Lie skutecznie wykończył finisz po lewej stronie drogi, którą miał tylko dla siebie. I choć z ujęcia kamery od frontu wydawało się, że potrzebna będzie analiza fotofiniszu, jego przewaga była dość wyraźna.

Tymczasem po prawej stronie szosy Jasper Philipsen, którego tym razem dobrze rozprowadził van der Poel, choć miał sporo miejsca i prostą drogę do mety, zepchnął Wouta van Aerta w stronę barierek, za co został relegowany z drugiego miejsca. I choć siarczyste “fuck”, jakie rzucił tuż za metą dotyczyło niepowodzenia w sprincie, może być faktycznie wkurzony sam na siebie – agresywna i niebezpieczna jazda skutkuje odebraniem punktów co poważnie utrudnia walkę o zieloną koszulkę, którą pewnie utrzymuje Biniam Girmay.

W ramach “cycling trivia” muszę oczywiście wspomnieć jeszcze o okularach Scicon Groenewegena, które tym razem miał na nosie podczas finiszu. Aerodynamiczna osłona budzi kontrowersje, głównie estetyczne, jest elementem dyskusji i bohaterem memów. Tyle tylko, że Oakley oferuje podobne rozwiązanie w swoim modelu Kato od kilku lat. Druga “aero obserwacja” dotyczy miejsca, w którym zawodnicy przewożą radio: podczas rozegranych finiszy 2:1 prowadzą kolarze, którzy radio mają umieszczone pod koszulką z przodu (Cavendish i Groenewegen), z tyłu miał Girmay i ma Philipsen. Nie, żeby było to decydujące dla porażek Philipsena a tym bardziej dla jego rozpychania się na finiszach, ale kto wie ;)

A co dzisiaj?

Dzisiaj jeden z kluczowych dni dla klasyfikacji generalnej. 25,3km jazda indywidualna na czas. Nie za długa, za to w niełatwym terenie. Choć profil wygląda na płaski, prowadzące przez winnice drogi zawierają w sobie podjazd, którego pierwszy kilometr ma 7%, następnie się wypłaszcza by ostatnie 500m znów zmienić na 6% stromizny. Do tego zjazdy są kręte i dopiero ostatnie 6km prowadzi po płaskiej, szerokiej szosie do mety. 

Kluczowy będzie więc odpowiedni pacing i technika jazdy.

Choć w stawce mamy Bissegera, Kunga czy Thomasa, realnie najlepszymi czasowcami, szczególnie w takim terenie są Evenepoel, Pogacar i Roglic. W podobnych próbach dobrze radzi sobie również Ayuso, nie wolno też zapominać o kolarzach Vismy. W normalnych okolicznościach faworytem były van Aert, a Vingegaard zdemolował rywali rok temu podczas górzystej jazdy indywidualnej. W tym roku Vingegaard twierdzi, że nie mieli czasu zrobić wcześniejszego zapoznania z trasą, które miało być kluczowe dla jego sukcesu w zeszłym sezonie. Trochę nie chce mi się w to wierzyć, ale być może z powodu kontuzji przygotowania do Touru faktycznie były zaburzone aż tak bardzo.
Pierwszy na trasę o 13.05 wyruszy Mark Cavendish, o 14.02 pojedzie Bisseger i jego rezultat niespełna pół godziny później będzie punktem odniesienia dla czołówki klasyfikacji generalnej.

Pierwsza piętnastka rusza na trasę (stary co dwie minuty) o 16.35, Roglic o 16.52, Ayuso o 16.54, Vingegaard o 16.56, Evenepoel o 16.58 i Pogacar równo o 17.00.

Poza rywalizacją sportową, która powinna dać nam realną odpowiedź na temat dyspozycji zawodników warto również zwracać uwagę na sprzęt. Jazda na czas to nieustający wyścig zbrojeń technologicznych i innowacji, które potrafią być równie fascynujące co jazda kolarzy.

Etap 5, 03.07: Saint-Jean-De-Mauirenne – Saint Vulbas, 177,4km

Jeśli nie żyjecie pod kamieniem, to już wszystko wiecie od kilkunastu godzin. Mark Cavendish jest indywidualnym rekordzistą pod względem zwycięstw etapowych w Tour de France. Podróż rozpoczętą w w 2008r zakończył wczoraj, ustawiając poprzeczkę na liczbie 35. Drugi w kolejności jest Eddy Merckx, którego Cavendish doścignął w 2021r i przez ostatnie trzy lata był remis. 

Historia Cavendisha jest inspirująca i emocjonalna. Pełna wzlotów i upadków, zarówno dosłownych jak i metaforycznych. Rekord zapewne by nie poruszał tak wielu fanów, gdyby nie dwa fakty: po pierwsze pobicie jakiegokolwiek osiągnięcia kolarza wszech czasów, czyli Merckxa samo w sobie jest wyjątkowe. A po drugie, Cavendish osobiście poruszał serca fanów. To nie jest bowiem zawodnik, który jest tylko wybitnym atletą, lecz złożona osobowość, człowiek, który wnosi do kolarstwa swoje emocje, wypowiedzi, postawę życiową. Zapewne dlatego tak wielu widzów trzymało kciuki za jego misję, która wielokrotnie wydawała się niemożliwa do ukończenia. 

W tej chwili nie ma znaczenia, że po rekord sięgnął w barwach drużyny Astana, finansowanej przez kazachskie spółki zarządzane przez tamtejszych oligarchów szemaranej proweniencji. Nie ma też znaczenia, że wyściskał go szef zespołu, Alexander Vinokourow, który jest w kolarstwie mimo kariery zawodniczej naznaczonej dopingiem i korupcją.

Znaczenie ma za to, że sukces Cavendisha jest wypadkową niezmiernej determinacji. Zawodnik faktycznie był w stanie po raz kolejny wypracować wybitną dyspozycję: w sprincie wyraźnie pokonał większość najlepszych (i zdecydowanie młodszych od siebie) specjalistów. Zgromadził wokół siebie niezawodną ekipę. Jesienią 2023 powrócił do współpracy z Vasilisem Anastopoulosem, greckim trenerem z którym osiągał sukcesy w końcowej fazie swojej kariery. Jako dyrektor sportowy przed tym sezonem dołączył Mark Renshaw, który przez sporą część kariery był głównym rozprowadzającym Cavendisha. Na, zapewne swój ostatni sezon, do teamu Cava dołączył też Michael Morkov, który przejął po Renshawie rolę kolarza, który dowozi swojego sprintera do ostatnich metrów, by ten tylko wykończył akcję całej drużyny. Dopieszczono sprzęt: od kół, przez opony po kilka wersji kombinezonów, aerodynamiczne bidony, skarpety za 1000 euro czy nakładki przysłaniające pokrętła w butach (choć po zwycięstwo sięgnął bez nich).

Ale najważniejsza w tym wszystkim była chyba motywacja. Widać ją było na wczorajszym etapie. Ekipa Astany pracowała w kluczowych momentach etapu, przeprowadzając Cavendisha bez przeszkód przez najbardziej nerwowe chwile na trasie.

  • Tu mała przerwa: wczoraj widzieliśmy jak cienka jest granica między zwycięstwem a porażką w wielkim tourze. Tadej Pogacar, który na tym wyścigu podejmuje swoją próbę zapisania się w historii kolarstwa, był centymetry od poważnego wypadku. Cudem uchronił się od kraksy podczas omijania wysepki (w ramach pewnej klamry, podobny wypadek niemal zakończył karierę Cavendisha podczas Mediolan-San Remo 2018) –


Ballerini i Morkow doprowadzili go do ostatniego kilometra, ale wówczas sprint zrobił się super chaotyczny, intensywny i niebezpieczny. Na zwężającej się i prowadzonej po łukach szosie było pełno przepychanek i walki o pozycję. Cavendish przesiadał się z koła na koło szukając najlepszego rozwiązania a finisz rozpoczął dość wcześnie. Sam również wyraźnie zmieniał linię sprintu, jednak realnie nie zajeżdżając nikomu drogi – w jego cieniu aerodynamicznym była pustka, tak wyraźnie odjeżdżał rywalom. Philipsen był bezradny, Pedersen upadł a Kristoff i de Lie choć chwilę wcześniej ich drużyny robiły wszystko by zapewnić im sukces nie mieli podejścia do Brytyjczyka. 

Historia sportu stała się faktem a my mogliśmy w niej na żywo uczestniczyć. 

Tu mam małą uwagę natury osobistej. Z uwagą śledziłem też bicie rekordu zwycięstw Alfredo Bindy na Giro d’Italia przez Mario Cipolliniego. I naszła mnie refleksja, że to przecież było w 2003r i że strasznie dużo czasu poświęciłem w życiu na śledzenie i pisanie o kolarstwie.

A co dzisiaj? Poza oczywiście tym, że Jasper Philipsen i ekipa Alpecin-Deceuninck są pod coraz większą presją? Dziś znów płasko, całkiem płasko, przez co wydawałoby się, że łatwo. Co więcej, dość krótko, z Macon do Dijon wytyczono trasę liczącą 163,5km. Finisz również wydaje się w porządku (choć wczoraj dałem się nabrać, miało być szeroko i dość prosto a wcale tak nie było).

Natomiast w prognozach na cały dzień jest boczny wiatr wiejący 25-35km/h, w związku z tym od kilku godzin twitter szaleje w oczekiwaniu na ranty. Realnie nawet, jeśli żadna z drużyn walczących w klasyfikacji generalnej nie spróbuje wykorzystać tych warunków na swoją korzyść, rywalizacja drużyn sprinterów może podzielić peleton. Zatem zalecana jest stała czujność. 

Dotyczy to również kibiców. Gdyby nie wiatr, powiedziałbym, że można spokojnie włączać transmisję około 17.00 (finisz zaplanowano około 17.30), natomiast w tej sytuacji polecam śledzić sociale, czy nie dzieje się coś niestandardowego.

Warto też rzucić okiem na rywalizację na premii lotnej na 30km, czyli około 14.30.

Etap 4, 02.07: Pinerolo-Valloire 139,6km

Tadej Pogacar po pierwszym dniu w wysokich górach odsiał ziarna od plew. Nad dziesiątym w klasyfikacji Eganem Bernalem ma już 3’21” przewagi, realnie w grze o czołowe lokaty na podstawie jazdy na podjeździe San Luca w Bolonii oraz na Galibier jest ośmiu kolarzy, z czego dwóch to pomocnicy Pogacara.

Drużyna UAE pokazała przewagę liczebną oraz siłę, natomiast to nie oznacza, że wyścig jest rozstrzygnięty. I to nie tylko dlatego, że jesteśmy dopiero na samym początku trzytygodniowej rywalizacji.

Wczorajszy etap, zgodnie z przewidywaniami był bardzo intensywny. Pierwsze kilometry przebiegały pod dyktando sprinterów rywalizujących o punkty na premii lotnej. Ekipa Lidl Trek i Mads Pedersen osobiście robili wszystko, by zdobyć przewagę nad rywalami: Girmayem i Philipsenem. Udało im się to, ale w mniejszym wymiarze niż się pewnie spodziewali. Philipsen nie stracił dużo: był czwarty, przed nim punktowali tylko Coquard, Girmay i właśnie Pedersen. Ponieważ pilnował ich również Abrahamsen, udało mu się wciąż utrzymać prowadzenie w klasyfikacji punktowej a zaliczka z wcześniejszych dni wystarczyła, by nadal być również liderem klasyfikacji górskiej.

W rywalizacji o koszulkę w grochy zaczęli angażować się jednak Warren Barguil i Stephen Williams (odpowiednio DSM i Israel), więc długoterminowo może być ciekawie.

Wszystkich nas interesowało jednak, co wydarzy się na Galibier. Wiał niesprzyjający wiatr, szczególnie w dolnych partiach podjazdu prowadzącego przez Lautaret. Pomocnicy Pogacara robili jednak dobrą robotę: Politt, Soler i Wellens nadawali mocne tempo, stopniowo redukując peleton. 

Na właściwej, 6km i bardziej stromej części Galibier tempo jeszcze wzmocnił Adam Yates, zostawiając w grze tylko najważniejszych pretendentów. Straty notowali Carapaz i Bardet, odpadli Vlasow i Pidock a gdy Yatesa zmienił Almeida, w opałach znalazł się Roglic, choć zdołał dołączyć do momentu ataku Pogacara.

Zanim ten jednak nastąpił, Almeyda musiał ponaglać Ayuso by ten bardziej angażował się w pracę dla lidera drużyny UAE. Zobaczymy, czy uda się opanować konflikt ego w drużynie złożonej z zawodników, którzy sami mogliby walczyć o podium klasyfikacji generalnej.

Pogacar przyspieszył na niespełna kilometr przed szczytem Galibier, zrywając z koła wszystkich rywali, natomiast, i teraz przechodzimy nie do opisu a do analizy, realnie rzecz ujmując nieznacznie.

Zarówno Pogacar jak i Vingegaard przed wypadkiem w Kraju Basków ewidentnie testowali trwające wysokich kilka minut przyspieszenia, zarówno podczas Giro jak i krótszych etapówek. Wiatr i charakterystyka wczorajszego etapu sprawiły, że przyspieszenie Pogacara trwało dwie minuty. W tym czasie zdobył 8 sekund nad Vingegaardem, 14 nad Evenepoelem i 37 nad Carlosem Rodriguezem, Roglicem, Landą oraz kontrolującymi sytuację Almeidą i Ayuso.

Na szczycie Galibier oraz na mecie, którą minął jako pierwszy, Pogacar zgromadził 18” bonifikat, Evenepoel 8”, Vingegaard 5” a Ayuso 5”. Na zjazdach z Galibier Pogacar dołożył rywalom 27”, z czego większość na mniej technicznej części wymagającej pedałowania.

Póki co jest więc fizycznie najmocniejszy, natomiast nie jest to dominacja. Tym bardziej, że cała akcja: od ataku do mety trwała około 20 minut. Wszystko wyglądało jednak z perspektywy Pogacara znakomicie: dobrze zaplanowane i perfekcyjnie wykonane. Vingegaard niewątpliwie zaskoczył po raz kolejny tym, że po kontuzji i przerwanych w kwietniu przygotowaniach był w stanie zaprezentować tak wysokiej klasy performance. Również postawa Remco Evenepoela jest dobra i dla niego i dla wyścigu. Wytrzymał nie tylko wysokie tempo podjazdu, ale też fakt, że rozgrywany był on na dużej wysokości, co miało być słabością Belga.

Musimy jednak pamiętać, że wyścig jest długi, testów pod górę będzie więcej i będą one dłuższe, na etapach o większym łącznym przewyższeniu i przy większej kumulacji zmęczenia. Zatem nie możemy z gry wykluczać nikogo z czołówki, nawet jeśli na Galibier np. Roglic nie błyszczał.

Tym bardziej, że tempo na Galibier było straszne: Pogacar pobił rekord podjazdu prowadzonego od tej strony o 1’40” (wcześniejszy należał do Nairo Quintany z 2019r). Natomiast zrobił to nie tylko on: od rezultatu Kolumbijczyka szybsi byli Vingegaard, Evenepoel, Rodriguez, Roglic, Landa, Ayuso i Almeida. Na właściwym podjeździe od Lautaret do Galibier (20’43”) Pogacar uzyskał VAM 1618m/h co przekłada się na estymowaną moc 6,2W/kg. Istotna jest tu wysokość n.p.m. (średnio 2300m), ale też i drafting: Pogacar jechał solo tylko przez kilometr, wcześniej tempo nadawali jego pomocnicy. A to ważne, ponieważ mówimy. o średniej prędkości 25km/h. Więc wbrew bzdurom, które możecie usłyszeć tu i ówdzie, zarówno drafting jak i aerodynamika mają przy tej prędkości znaczenie.

“Tłumacząc” rekordowy czas Pogacara musimy jeszcze uwzględnić, że etap był krótki, nie miał ciężkich podjazdów wcześniej i był to zaledwie czwarty dzień wyścigu. Poprzedni rekord Quintana osiągnął po solowym, trwającym 7km ataku, na osiemnastym, etapie, po wcześniejszym pokonaniu dwóch ciężkich przełęczy: Vars i Izoard.

W kwestii kumulacji zmęczenia należy zadać pytanie “a co dziś”. Otóż dziś i jutro wirtualne dni odpoczynku, choć na Tourze o takie realnie jest trudno. Dwa płaskie etapy, na których znów będziemy śledzić rozgrywki o zwycięstwo na mecie i rywalizację o punkty w walce o zieloną koszulkę.

W trudnej sytuacji jest Philipsen, z każdym dniem będzie też rosła presja nakładana przez wszechświat na Cavendisha.

Do pokonania jest 177,5km, niewielka górka 35km przed finiszem nie powinna sprawić problemów nawet cięższym sprinterom.

54km przed metą będzie premia lotna. Czołówka powinna tam być około godz. 16.15. Pytanie brzmi, czy w tej części etapu z przodu już lub jeszcze będzie ucieczka. A jeśli nie, to która drużyna sprinterów będzie kontrolowała sytuację w największym stopniu. Finisz w miejscowości Saint Vulbas zaplanowany jest na ok. 17.30. 3km przed metą jest zakręt w prawo, 500m dalej kolejny, 1,5km przed kreską rondo a kilometr dalej niewielki łuk, ale teoretycznie droga jest szeroka, więc powinno być w miarę bezpiecznie.

PS trivia fact. Na zjazdach z Galibier Evenepoel wykręcił 106km/h natomiast Frank van den Broek prawdopodobnie dobił do 109km/h.

Etap 3, 01.07: Plaisance-Turyn, 230,8km

Pierwszy etap sprinterski tegorocznego Touru był długi i niespieszny, jednak wydarzyło się na nim kilka spraw wartych odnotowania (poza wynikami i ich kontekstem, ale o tym niżej).

Po pierwsze: nos dnia, czyli okulary Dylana Groenewegena z aerodynamiczną osłoną nosa. Scicon zrobił sobie większe zasięgi tym prostym kawałkiem plastiku niż wszystkimi zwycięstwami Pogacara (Słoweniec również korzysta z okularów tej marki, oczywiście przesadzam, ale faktycznie to był viral dnia). Koniec końców Groenewegen zmienił okulary przed finiszem (w wypowiedzi dla Cyclingnews mówi, że w obawie przed UCI) i tematu było na tyle, ale szum w socialach pozostał.

Po drugie kraksy i defekty w końcówce: Casper Pedersen upadł na ostatnich kilometrach łamiąc obojczyk, ekipa Soudal QuickStep jest więc słabsza o jednego zawodnika. Mathieu van der Poel miał z kolei defekt na tyle późno, że nie dogonił rozpędzonego peletonu i nie mógł rozprowadzić Jaspera Philipsena. Ten z kolei zajmując złą pozycję w grupie został zatrzymany przez kraksę spowodowaną przez kolarzy Cofidisu.

Cavendish nie leżał, ale (również przez złą pozycję) nie miał możliwości włączenia się do sprintu. A zmieniał koła na kilkadziesiąt kilometrów przed metą na szybsze, więc miał ochotę wziąć udział w walce o zwycięstwo.

Brak punktów na mecie komplikuje sytuację Pilipsena w walce o zieloną koszulkę a Cavendishowi zostaje jedna szansa mniej by powalczyć o rekord zwycięstw etapowych. Zatem zegar tyka i z dnia na dzień presja na obu zawodnikach będzie większa.

Sam finisz też był interesujący, ciasny, wyrównany z nieco zbyt wczesnym rozpoczęcie przez kolarzy Treka i Madsa Pederesena. Równocześnie kolarze Intermarché-Wanty bardziej rozprowadzali Gerbena Thijsena niż Biniama Girmaya, ale to Erytrejczyk znalazł sobie drogę do zwycięstwa, pisząc kolejny mały kawałek historii kolarstwa.

To pierwsza wygrana etapowa w Tour de France zespołu Intermarché-Wanty, którego historia sięga małego klubu założonego w latach ’70 XXw. Równocześnie Girmay jest pierwszym Erytrejczykiem wygrywającym na odcinku Wielkiej Pętli. Po Gandawa-Wevelgem i etapie Giro d’Italia do kolejny bardzo prestiżowy sukces, który zwraca nasze oczy w stronę tego kraju. Erytrea to jedno z najbiedniejszych państw świata, Girmay jest wychowankiem programu UCI stworzonego w World Cycling Center w Aigle. Kolarstwo w Erytrei jest niezmiernie popularne i daje szansę na awans społeczny. A równocześnie, choć to państwo dzięki zachodnim i arabskim inwestycjom zaczyna się rozwijać, należy wciąż pamiętać, że realnie panuje tam ustrój totalitarny i nie są przestrzegane prawa człowieka. Zatem przy całym wzruszeniu i nadziei związanymi ze sportowymi aspektami sukcesu Girmaya, jak często mamy do czynienia z dość poważną ambiwalencją.

Drugi kawałek historii kolarstwa to przejęcie koszulki lidera przez Richarda Carapaza. To pierwsza “maillot jaune” dla Ekwadoru, wielki sukces ekipy EF – Easy Post. Carapaz wykorzystał okazję: jako dobry kolarz klasyczny zdecydował się zająć pozycję wśród sprinterów, podjął ryzyko i dzięki 14. pozycji na mecie ma lepszy bilans miejsc niż Pogacar, Evenepoel i Vingegaard, dzięki czemu objął prowadzenie w klasyfikacji generalnej.

Tu warto przypomnieć, że jeszcze w 2021r był jedynym kolarzem, który na pirenejskich etapach utrzymywał tempo Pogacara i Vingegaarda. I nawet jeśli później trapił go pech i kontuzje, wciąż ma potencjał na bardzo dobre wyniki w ważnych wyścigach. Zwłaszcza, że to on i Evenepoel byli w stanie dogonić Słoweńca i Duńczyka na zjazdach do Bolonii.

Jeszcze jedna sprawa (uff.. niby to sprinterski etap a zobaczcie ile można o nim pisać!) warta zauważenia to spokój Evenepoela. Mogę się założyć, że jeszcze rok temu próbowałby walczyć o miejsce na finiszu i koszulkę lidera, tymczasem wczoraj spokojnie wjechał na metę obok Pogacara.

A co dziś? No więc dziś pierwszy test w wysokich górach. Przejazd z Włoch do Francji przez Sestrieres i przełęcz Montgenevre by następnie z Briancon wspiąć się na  ̶n̶a̶j̶w̶y̶ż̶s̶z̶y̶ ̶p̶u̶n̶k̶t̶ ̶t̶e̶g̶o̶r̶o̶c̶z̶n̶e̶g̶o̶ ̶w̶y̶ś̶c̶i̶g̶u̶ Premię Henriego Desgrange’a, czyli Galibier. Meta po zjeździe z ponad 2600m w Valoirre, natomiast w samym mieście ostatni kilometr jest lekko pod górę i z kilkoma zakrętami. W sumie 140km, za to 3600m w pionie. Więc konkret.

Na etapie z Galibier podjeżdzanym z tej samej strony, w 2019r na 3km przed szczytem zaatakował Egan Bernal zdobywając przewagę wystarczającą, by utrzymać ją do mety w Valoirre. To była późniejsza faza wyścigu i dłuższy oraz cięższy etap, jednak mając to w pamięci można traktować Galibier jako rodzaj wirtualnej mety na wzniesieniu (zwłaszcza, że zjazdy są wymagające i szybkie).

W kontekście całego dnia warto też wspomnieć, że na zaledwie 19km po starcie jest lotna premia, można się więc spodziewać, że drużyny sprinterów rozkręcą tempo zaraz po tym, gdy dyrektor wyścigu machnie chorągiewką.

Transmisja jak zawsze całego etapu w eurosporcie, start ostry o 13.15 i polecam wtedy włączyć się na pół godziny by zobaczyć walkę na premii i rywalizację o zabranie się do ucieczki dnia. A następnie powrócić u podnóża Galibier, chwilę za Briancon, powiedzmy o 15.30. Finisz zaplanowano ok. 17.15.

PS. w sumie 10 minut pracy więcej i to mógłby być artykuł na stronę, ale bądźmy uczciwi, nikt już artykułów nie czyta.

Etap 2, 30.06: Cesenatico-Bolonia, 199,2,km

Kolejny francuski bohater – Kevin Vauquelin z grupy Arkea B&B Hotels daje radość swoim rodakom a przede wszystkim zespołowi. Dla ekipy takiej jak Arkea B&B wygrana etapu Tour de France to jeden z głównych celów sezonu.  I fakt, że został on zrealizowany już w drugim dniu wyścigu powoduje, że zespół może spać spokojnie.

Natomiast z całym szacunkiem dla Vaquelina, jego odwagi, determinacji i dyspozycji, oczy całego kolarskiego świata były skierowane na to, co działo się za jego plecami. Zgodnie z przewidywaniami podjazd do Bazyliki San Luca w Bolonii dostarczył wielu emocji. A raczej nie sam podjazd, bo to jakby na to nie patrzeć element przyrody nieożywionej a to, co zrobili na nim kolarze. A także kibice, bo należy podkreślić tłumy fanów zgromadzonych przy trasie.

Ekipa Vismy najpierw kontrolowała tempo, podczas pierwszego przejazdu przez to wzniesienie jadąc tempem ucieczki. Na drugim, decydującym podjeździe do pracy wziął się Adam Yates dając “zmianę śmierci” pokazując, że trzyma bardzo wysoką formę z Tour de Suisse. Szybko dokonał selekcji, odczepiając Bardeta i zostawiając z tyłu grupy Roglica.

Ten, gdy do ataku przeszedł Pogacar odpalając atomowe przyspieszenie nie zdążył zareagować i zaczął notować stratę, podobnie jak kolarze Indosu czy wspomniany Bardet. Za Pogacarem był w stanie pognać jedynie Jonas Vingegaard co, trzeba przyznać jest pewnym zaskoczeniem, biorąc pod uwagę obrażenia, jakich doznał na wiosnę. Nie wiemy, na ile sił starczy mu w wyższych górach lub w dalszej części wyścigu, ale fakt, że był w stanie razem z Pogacarem pobić rekord podjazdu do Bazyliki San Luca jest imponujący. Co ważne, dla zobrazowania poziomu performance’u, rekord został pobity o 10 sekund: poprzedni rezultat: 5’39” należał do Roglica i został ustanowiony podczas krótkiej czasówki otwierającej Giro d’Italia 2019. A podjazd ten jest jeżdżony co roku podczas Giro dell’Emilia (m.in. w 2022r Enric Mas pokonał tam Pogacara).

Pogacar testował Vingegaarda na każdym nastromieniu, ale także na wyjściu z zakrętu podczas zjazdu. Realnie w tej chwili jest mocniejszy, natomiast Vingegaard był w stanie trzymać mu koło. Co również istotne, Remco Evenepoel i Richard Carapaz byli w stanie dojechać do dwójki faworytów, co jakby na to nie patrzeć jest kolejnym zaskoczeniem tego dnia.

W związku z 21” stratą koszulkę lidera traci Bardet, przejmuje ją Pogacar dzięki lepszemu bilansowi miejsc na metach dwóch pierwszych etapów. Czas klasyfikacji generalnej ma jednak równy z Vingegaardem, Carapazem i Evenepoelem, który obejmuje prowadzenie w klasyfikacji młodzieżowej.

Tak czy inaczej zrobiło się ciekawie, dla Roglica, a także Rodrigueza, Masa (jak również Bernala, Galla, Jorgensona czy Pidcocka – ten puszczał koło nieco wcześniej – którzy przyjechali w tej, spóźnionej o 21” grupie) nie jest to jeszcze koniec świata, ale poważne ostrzeżenie i ustawienie w hierarchii faworytów.

A co dziś? Dziś etap dla sprinterów do Turynu. Bardzo długi, 230km a ze względu na katusze, jakie na podjazdach w ostatnich dwóch dniach przeżywali i Jakobsen i Caevndish, należy patrzeć zdecydowanie bardziej w stronę rywalizacji Philipsena z Groenewegenem niż dywagacji na temat bicia rekordu Merckxa przez Cavendisha.

Trasa jest płaska, ostatnie 50km prowadzi lekko w dół i po płaskim. Końcówka również jest płaska, natomiast na 900 i 700m przed kreską czekają dwa zakręty po 90 stopni w lewo (a miedzy nimi lekki łuk w lewo). W związku z tym właściwa pozycja w grupie będzie kluczowa dla powodzenia na finiszu. A co za tym idzie będzie nerwowo i należy uważać na kraksy!

Biorąc pod uwagę, że w generalce między zawodnikami z top4 liczy się w tej chwili najniższa suma miejsc, ktoś (Evenepoel? Carapaz?) może będzie chciał się znaleźć wśród sprinterów i przejąć żółtą koszulkę choćby na dzień.

Finisz zaplanowano ok. 17.15, włączyć się można ok. 30km przed metą, czyli ok. 16.30, natomiast myślę, że warto rzucić okiem również na rywalizację na premii lotnej. Ta jest na 94km, około godziny 13.45. Transmisja w Eurosporcie od 11 do 17.45. Dostępna też w Playerze i Maxie.

Etap 1, 29.06: Florencja-Rimini, 206km.

Lubicie piękne historie? No to proszę – już pierwszego dnia Touru mamy pierwszą. Romain Bardet, który zapowiedział zakończenie kariery szosowej w przyszłym roku w czerwcu (po Criterium du Dauphine) po pięknej akcji z kolegą z drużyny wygrywa inauguracyjny etap TdF i zostaje liderem wyścigu. Znakomity zawodnik, który przez lata był “Wielką Nadzieją Francuzów”, który w swoim szczycie (2016-17) jako jeden z nielicznych rzucał w Tourze wyzwanie teamowi Sky (kończył Tour na drugim i trzecim miejscu) i który równocześnie często zmagał się z przeciwnościami losu: chorobami lub kontuzjami.

W tym roku bezskutecznie próbował skompletować zwycięstwa etapowe w wielkich tourach, podczas Giro d’Italia zabierając się w ucieczki na górskich etapach. Najwyżej był jednak drugi. Czy to oznacza, że był w złej formie? Cóż, wyglądał dobrze (zwłaszcza, że chwilę wcześniej był drugi w Liege-Bastogne-Liege), ale wyścig za każdym razem układał się na jego niekorzyść.

Tym razem (a o jego potencjale trochę zapomnieliśmy, bo Bardet potrafi nie tylko dobrze spisywać się w etapówkach, ale też w górzystych klasykach – był wicemistrzem świata w Innsbrucku, wielokrotnie plasował się w czołówce LBL oraz Lombardii) trafił na TEN DZIEŃ.

W ucieczce dnia, która potrzebowała nieco czasu aby się uformować znajdował się jego kolega z drużyny, Frank Van den Broek. Nie angażował się jednak za bardzo w walkę o punkty w klasyfikacji górskiej – te dzielili między sobą Abrahamsen i Ion Izagirre (na koniec dnia to on ubrał na podium koszulkę w grochy).

Na jednym z podjazdów w drugiej części etapu, 50km przed metą, Bardet mocnym przyspieszeniem (VAM 1900m/h, prawie 7w/kg przez 6’) odskoczył od peletonu i zaczął niwelować przewagę ucieczki, która w tym momencie wynosiła nieco ponad minutę.

Dość szybko dwaj kolarze DSM zgubili Madouasa, który pozostawał jeszcze na czele, van den Broek dawał super mocne zmiany i mimo organizującej się w peletonie pogoni zdołali obronić się i razem minąć linię mety. Był suspens, była praca zespołowa, było wiele wzruszenia. Bardet w żółtej koszulce i z wygraną etapową, van den Broek z zieloną (dzięki punktom z premii lotnej) i prowadzeniem w klasyfikacji młodzieżowej. Kto by się tego spodziewał?

Tymczasem z tyłu o zmieszczenie się w limicie czasu walczył Mark Cavendish. Ewidentnie źle dysponowany, zmożony upałem do tego stopnia, że wymiotował w czasie jazdy ostatecznie zmieścił się w limicie z zapasem a realnie miał mniejsze problemy na podjazdach niż Fabio Jakobsen.

Z kolei z peletonu najlepiej finiszował Wout van Aert, jak na zawodnika, który uważa, że po wiosennej kontuzji jest w najgorszej formie od lat to całkiem nieźle i wygląda na to, że o jego dzisiejszej porażce (wszak uciekł mu etap) zadecydowało niezdecydowanie peletonu co do momentu rozpoczęcia pogoni. Wiele wskazuje też na to, że ekipa Vismy będzie jechała w tym wyścigu po zwycięstwa etapowe – do pracy na rzecz WvA zaprzągnięto i Jorgensona i Vingegaarda, choć warte podkreślenia jest, że ten drugi przyjechał w czołowej, około 40-osobowej grupie. W przeciwieństwie do np. Lenny’ego Martineza i Davida Gaudu.

A co dziś? Dziś powtórka z upalnego ścigania na włoskich szosach. Upał będzie zresztą tematem, który powtarza się każdego dnia, przegrzanie organizmu i utrata masy ciała będą wpływały na osłabienie (choć niektórzy zawodnicy zużywali wczoraj po kilkadziesiąt bidonów!) i szybszą akumulację zmęczenia. Etap do Bolonii z dwukrotnym przejazdem przez podjazd do Bazyliki San Luca (2km, 10,5%) w końcówce anonsowany był jako jeden z tych ważnych dla klasyfikacji generalnej – to wymagający podjazd, na którym rozgrywa się jesienny klasyk Giro dell’Emilia.

Etap ma niespełna 200km, górki zaczynają się w jego drugiej części, tak jak wczoraj warto oglądać od ok 60km przed finiszem, czyli od około 15.45. Finisz prawdopodobnie około 17.10. Transmisja w Eurosporcie, Playerze i Maxie.

Zapowiedź wyścigu, 29.06

Zaczynamy Tour de France! I OMG, ależ ta prezentacja była przepiękna! Prezentacja drużyn z zabytkową Florencją w tle to wydarzenie sportowo-kulturalne samo w sobie (a także nieco egzotyki w postaci mini festiwalu piosenki włoskiej).

Ale do rzeczy. Pierwszy etap Wielkiej Pętli 2024 zapowiada się spektakularnie i przywodzi na myśl zeszłoroczne otwarcie w Bilbao. A rok temu już właśnie pierwszego dnia było konkretne ściganie zakończone skuteczną akcją braci Yates.

Tym razem kolarze mają do pokonania 206km, sześć premii górskich i kilka dodatkowych, niepunktowanych podjazdów. Co więcej, wzniesienia między Florencją a Rimini są dość konkretne: mają od 2 do 10km i stromizny od 5 do prawie ośmiu procent. Teoretycznie z ostatniego szczytu będzie jeszcze 27km, zatem można się spodziewać finiszu z wyselekcjonowanej grupy: faworytów generalki oraz klasykowców.

Motywem powracającym w takie dni jak dziś są kraksy. I pewnie nie uda się ich uniknąć, ale miejmy nadzieję, że obędzie się bez większych strat: wszyscy chcielibyśmy, by Tour de France rozstrzygną się w bezpośredniej walce a nie przez pecha/szczęście.

Harmonogram wygląda następująco: start o 12, pierwsza premia lotna około godziny 14.50, szczyt ostatniej premii górskiej około 17.10 i finisz w Rimini około 17.50.

Jeśli macie czas, warto się włączyć około 70km przed metą, czyli około 16.25. Bo będą tłumy kibiców, kolejne górki, przemotywowany peleton, zatem „będzie się działo”.

Zdjęcie na okładce: Prezentacja drużyn TdF 2024 we Florencji. Fot. Materiały Prasowe ASO.


Opublikowano

w

,

przez

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *