Musimy przywyknąć do tego, że obserwujemy magiczny czas w zawodowym kolarstwie.
To powrót do źródeł z kolarzami, którzy jak Pogacar są skuteczni w każdym terenie i jeżdżą odważnie niczym herosi z lat znanych tylko z opowieści ubarwianych przez dekady dziennikarskiej pracy. Nie straszne są im też kontuzje czy choroby. Mathieu van der Poel ścigał się w tym roku zaledwie po raz siódmy by na trasie Dwars door Vlaanderen odnieść przekonujące zwycięstwo. Równocześnie Tom Pidcock osłabiony przez wirusa układu pokarmowego w tym samych zawodach finiszował jako trzeci.
W tym samym czasie, w Kolumbii, Egan Bernal dwa miesiące po kraksie zakończonej obrażeniami, które jeszcze niedawno uczyniłyby z niego kalekę wsiadł na rower i wznowił treningi.
W brukowanym klasyku zwycięża Erytrejczyk, jeden kolarz jest w stanie wygrać na Tour de France czasówkę, sprint na Polach Elizejskich i etap z Mont Ventoux a nazywanie kogoś "fenomenem" przy tych wszystkich dokonaniach bardzo mocno się zdewaluowało.
Problem mają więc tylko komentatorzy, którzy próbują typować zwycięzców najważniejszych imprez. Przy takiej kumulacji talentów, choćby przed nachodzą "Flandrią" tradycyjne "gwiazdki" oznaczające szanse na dobry wynik w monumencie, trzeba by przyznać połowie peletonu ;)

