No dobrze moi mili. Zaczynamy wielki finał Giro d'Italia 2021. Nadchodzące trzy dni trzeba rozpatrywać razem, bo tworzą pewną całość.
Dziś etap nieco łatwiejszy niż w planach. Ze względu na katastrofę kolejki gondolowej, by uszanować ofiary, peleton ominie podjazd Mottarone. Biorąc pod uwagę, że zawodnicy mieli się wspinać właśnie tam, decyzja jest oczywista. Wpływa to jednak na przebieg rywalizacji. Łatwiejsze wzniesienie w miejsce Mottarone oznacza, że mniej będzie okazji do podmęczenia rywali przed finałowym Alpe di Mera. A ten zapowiada się znakomicie. Stromy, nieregularny podjazd prowadzący po mniejszej drodze to idealne miejsce do ataku.
Tyle, że dzień później mamy w planach kolejny etap-monstrum z przełęczami San Bernadrino, Spluga i metą na Alpe Motta, czyli kolejnym, selektywnym podjazdem.
A to oznacza, że jeśli Yates czy Caruso będą próbowali złamać Bernala, do finałowej, niekrótkiej bo 30km czasówki wszyscy przystąpią z "pustą nogą". Zatem jej wyniki są kompletnie nieprzewidywalne.
Należy też wziąć pod uwagę inne okoliczności. Tym razem nie pogodę, bo ta przynajmniej na sobotę prognozowana jest dobra. Wiele zespołów nie ma jeszcze zwycięstwa etapowego, zatem będzie ostra walka o zabranie się do ucieczek. Sprawa miejsca na podium a przynajmniej w top5 jest wbrew pozorom otwarta, zatem przy pilnujących się liderach jakaś szarża zawodnika z drugiej części top10 może wiele zamieszać.
Elementów do śledzenia, pilnowania i kontrolowania jest więc bez liku. Egan Bernal i jego pomocnicy będą mieli więc ciężkie "dni a biurze".
Zdjęcie: Fabio Ferrari/LaPresse, materiały prasowe RCS

