W sytuacji, w której samotna jazda stała się koniecznością, wielu kolarzy tęskni za grupowymi przejażdżkami. Tymczasem #ridesolo może być podyktowane nie przykrymi okolicznościami a osobistym, codziennym wyborem.
Każdy ma swoją rutynę
Od lat jeżdżę w większości sam. Tak jest mi wygodniej i zwyczajnie tak lubię. Mimo stosunkowo elastycznego czasu pracy, przy pełnym etacie wciąż najsensowniej jest mi zrobić trening rano. A rano, jak to rano, każdy ma swoją własną rutynę, swoje sprawy i obowiązki.
Zatem od wtorku do piątku po prostu robię swoje. Zazwyczaj są to jakieś ćwiczenia, a te najlepiej wykonuje się bez towarzystwa.
Od każdej zasady są wyjątki. Zimą czasem na trenażer wsiadam wieczorem. Z kolei latem, gdy dzień jest dłuższy, idę do biura na ósmą, jadę od razu na rowerze “sportowym” (w przeciwieństwie do codziennego przemieszczania się mieszczuchem) a później wracam do domu o zmierzchu.
W weekend, gdy przychodzi pora np. na dłuższą rundę, wolę wybrać się na nią z żoną lub z bliskimi przyjaciółmi, ale i tak przynajmniej jeden z dwóch dni jeżdżę sam.
Sam się tak nie zagniesz?
Żeby nie było wątpliwości. Nie neguję zalet treningu w grupie. Co więcej, jestem świadomy ograniczeń, które daje trening wyłącznie solo.
Jazda ze sprawdzonymi partnerami treningowymi albo gonitwa na popularnej “ustawce” to zawsze dobry bodziec. Nawet mając do perfekcji opanowaną analizę pomiaru mocy, doskonałą znajomość swojego organizmu i świetnie zaplanowaną “rozpiskę” solo warunki gry ustalamy sami ze sobą, ewentualnie z trenerem.
Tymczasem w grupie nie tylko pod presją postawi nas ktoś inny, ale też może zrobić to w momencie, w którym nie czujemy się w pełni komfortowo.
Do tego dochodzą elementy, bez których, zwłaszcza na szosie, trudno sobie poradzić: trening jazdy w peletonie, zmiany, wachlarze, wiele “niepisanych zasad” jak pokazywanie dziur czy sygnalizowanie swoich zachowań i reakcje na innych.
Krótko mówiąc, jest spora szansa, że regularnie jeżdżąc w grupie będziesz lepszym kolarzem. Ale…
Śmierć w oczach
O ile jeszcze przyjacielskie przejażdżki odbywają się zazwyczaj w zgodzie z zasadami rozsądku, o tyle na treningach mających za cel odrobinę rywalizacji, “sprawdzenie nogi” czy wręcz mniej lub bardziej formalne ściganie, ludziom puszczają hamulce. Dosłownie i w przenośni.
Cięcie lewych, “ślepych” zakrętów? Jest. Wyprzedzanie samochodów “na trzeciego”? Proszę bardzo. Sprinty “na tablicę” w pełnym ruchu całą szerokością drogi? Jak najbardziej.
Doliczmy do tego zróżnicowany poziom umiejętności jazdy w grupie, emocje związane z koniecznością udowodnienia kolegom kto rządzi na podwórku, rozkojarzenie np. po całym dniu w pracy i… tak, kraksy na środku drogi nie są niczym niezwykłym.
Możecie powiedzieć, że to taki urok i elementy wpisane w kolarstwo, ja już dawno temu powiedziałem sobie “dziękuję” a ścigam się na oficjalnych zawodach w zamkniętym ruchu.
Rekreacja vs kultura
Popularność kolarstwa może tylko cieszyć. Natomiast za rosnącym entuzjazmem nie nadąża poczucie, że warto czasem trochę się rozejrzeć wokół siebie.
Abstrahując od przepisów ruchu drogowego, pozostaje kwestia kultury i postawienia prawa do spędzania przez siebie czasu w kolarskim peletonie wyżej niż prawa innych rowerzystów lub pieszych do rekreacji czy kierowców do przemieszczania się.
Z jednej strony grupa stu kolarzy wygląda super a jazda w niej jest świetnym przeżyciem, z drugiej poczucie siły pochodzące z tzw. “kupy” (skąd rzeczona siła jak wiadomo się wywodzi) to pole do potencjalnych konfliktów.
I tak, jazda po zmianach 45km/h w słoneczne popołudnie popularną, rekreacyjną ścieżką rowerową to zwykłe chamstwo, którego nie uzasadniają czyjekolwiek potrzeby treningowe czy społeczne.
Nawet w najbardziej liberalnych doktrynach wolność jednostki kończy się tam, gdzie zaczyna wolność drugiej i warto o tym przy treningach grupowych pamiętać.
Czas dla siebie
W erze, gdy z każdej strony jesteśmy atakowani bodźcami: zalewem informacji, powiadomieniami z mediów społecznościowych, wszechogarniającym szumem, te kilkadziesiąt minut czy kilka godzin spędzonych po prostu na jeździe jest po prostu bezcenne.
Nie będę przywoływał frazesów o obcowaniu z naturą czy żywiołami, bo nie każdy lubi i ma możliwość jeździć w terenie albo po bocznych, mało znanych szosach.
Natomiast już sam fakt skupienia się niemal wyłącznie na fizyczności, zarówno tempie jazdy jak i jej technice i odcięcia się od innych kwestii uważam za bezcenne. Nawet, jeśli w międzyczasie kontroluję parametry, pilnuję tempa czy motywuję się do jazdy na określonej intensywności.
A przecież jazda to nie tylko trening. To także czas, który można po prostu spędzić z własnymi myślami lub po prostu zrelaksować się izolując od bodźców “współczesnego świata”.
Jazda solo to zatem szansa na doskonalenie siebie, zarówno psychiczne jak i fizyczne. I choć nie jest pozbawiona pewnych wad (konieczność dodatkowego zadbania o własne bezpieczeństwo, podejmowanie mniejszych wyzwań w trudnym terenie, wspomniany brak bodźców treningowych), jako taka może być nie tylko stylem jazdy, ale wręcz stylem życia.
Bez względu na to, czym zakończy się epidemia wirusa: kryzysem, rewolucją czy jeszcze większą dominacją najbogatszych korporacji, sport w końcu wróci. Rywalizacja online jest jedną z możliwości, pytanie tylko, czy kolarstwo jest na nią gotowe?
Bez precedensu
Nawet w najczarniejszych scenariuszach: globalnej pandemii na niespotykaną skalę, wielkiego kryzysu niczym z lat ‘20 XXw, czy innych, nawet ekstremalnych reperkusji, ludzie mają potrzebę rywalizacji. Nie tylko o mięso, papier toaletowy czy cokolwiek innego.
Sport towarzyszy nam od zawsze, czy to w formie antycznych igrzysk, czy meczu piłki podczas “rozejmu bożonarodzeniowego” na ziemi niczyjej frontu zachodniego pierwszej wojny światowej
Masowo odwoływane wyścigi wiosną 2020 to pierwsza tak poważna przerwa w wyczynowym kolarstwie właśnie od obu wojen światowych. Ba, Włosi ścigali się nawet w 1940r gdy w Giro d’Italia triumfował nie kto inny jak Fausto Coppi a wrócili do rywalizacji rok przed Francuzami, w 1946 (wygrał Gino Bartali). Z kolei francuski Paryż-Tours rozgrywany był bez przerwy nawet pod niemiecką okupacją.
Ludzie adaptują się do niedogodności i zagrożeń szybciej niż mogłoby się wydawać.
Wyścigi F1, choć póki co jako towarzysko-reklamowy “event” już przenoszą się do symulatorów i transmisji online. Biorąc pod uwagę, że UCI w porozumieniu ze Zwiftem i tak zapowiadali rozegranie pierwszych “e-mistrzostw świata” spodziewam się szybkiej reakcji i rozegrania kilku testowych imprez wcześniej.
Pytanie tylko, czy jesteśm na to gotowi?
Sport czy event?
Pisząc o sporcie mam na myśli faktyczną rywalizację, a nie towarzyskie czy reklamowe wydarzenie promujące tego czy tamtego producenta oprogramowania.
Czym innym jest bowiem ustawka z kolegami, czy też nawet z tysiącami wirtualnych znajomych a czym innym sformalizowane zawody.
Mimo zapowiadanej, pilotażowej imprezy mistrzowskiej sądzę, że z wielu powodów kolarstwo nie jest gotowe na rywalizację indoor-online. Nie tylko ze względu na zamknięcie pod dachem ludzi, którzy są przyzwyczajeni do wiatru we włosach, adrenaliny na zjazdach i wchodzących im pod koła, entuzjastycznie wrzeszczących fanów.
Kto się zgodzi na 100% transparentność?
Ściganie online wymagałoby od zawodników największej zmiany mentalnej do tej pory. Rywalizujący na trenażerach kolarze zostaliby zmuszeni do odkrycia najważniejszych kart: masy ciała i generowanej mocy.
Owszem, wciąż kilku profesjonalistów zachowuje transparentność, udostępniając pełne dane z wyścigów na stravie, ale im bliżej są wielkich sukcesów, tym chętniej je ukrywają.
Oceniając np. dyspozycję na kluczowych podjazdach jesteśmy skazani na precyzyjne, jednak wciąż estymacje a weryfikować możemy je dzięki takim śmiałkom jak np. Tadej Pogacar, który póki co wciąż zachowuje przejrzystość i dzieli się swoimi danymi.
W trenażerowych wyścigach online to właśnie obserwacja i analiza “cyferek” byłaby jedną z głównych rozrywek, po kilku wyścigach wszyscy dokładnie znaliby parametry fizjologiczne najlepszych atletów świata.
A mogę się założyć, że wielu z nich chętnie zachowałaby te informacje tylko dla siebie i swoich najbliższych współpracowników.
15 lat wyścigu technologicznego do kosza?
W wirtualnym ściganiu wiele elementów udoskonalanych przez ostatnich 15 lat przestaje mieć znaczenie. Miliony a może i miliardy wydane przez całą branżę rowerową na dopracowanie aerodynamiki: ram, kół, kasków, strojów czy pozycji zawodnika przestaje mieć znaczenie.
“Zysków graniczynych” znanych szerzej jako “marginal gains” trzeba będzie szukać gdzie indziej w sytuacji, w którym wyścig staje się rozgrywką czysto fizjologiczną.
Wspomniana aerodynamika być może nie jest kluczowa dla amatora, ale warto w tym miejscu zaznaczyć, że różnice uzyskiwane dzięki przewadze technologicznej wcale nie były tak marginalne jak wskazywałaby nazwa. Zwłaszcza przy prędkościach rozwijanych przez zawodowców.
Z drugiej strony ostatnie torowe mistrzostwa świata pokazały, że to wciąż człowiek a nie maszyna głównie decyduje o wyniku. Rekordy świata na 4km bili bowiem nie Australijczycy na nowym, udoskonalonym modelu Argona a drużyna duńska korzystająca z poprzedniej iteracji, dostępnej nawet dla każdego zainteresowanego klienta indywidualnego.
Walka z żywiołem – zapomnij!
Jednym z kluczowych elementów kolarstwa jest obcowanie z siłami natury. Od tak indywidualnych kwestii jak reakcja organizmu na określoną pogodę: upał, zimno czy deszcz (czego przykładem są regularne problemy Rafała Majki w czasie ochłodzenia czy ulewy) po konieczność sięgania po “protokół ekstremalnych warunków pogodowych”, przerywania etapów czy anulowania wyścigów.
Poniekąd atak SARS-Cov-2 to najbardziej doniosła w skutkach ingerencja natury w światowy sport przy której lawina błotna na zeszłorocznym Tour de France to mało znaczący incydent.
Jeżeli jedną ze zmian, które wywoła będzie przeniesienie się wyścigów do zamkniętych pomieszczeń i rywalizacji online, wyeliminuje to kilka niezmiernie istotnych elementów.
Przewagę stracą zawodnicy, którzy do perfekcji opanowali technikę jazdy, na zjazdach, na bruku, w trudnych warunkach. Ci, którzy doskonale “czytają” sytuację w peletonie, wiatr, ukształtowanie terenu.
Wiele rozstrzygnięć, które wynikały z szybkiej reakcji na zmieniające się warunki, w wirtualnym ściganiu zwyczajnie się nie wydarzy nawet przy rozbudowie modelu odwzorowującego fizykę jazdy czy udoskonaleniu trenażerów.
Równe szanse, ale czy na pewno?
W obecnej formie wyścigi na trenażerach można traktować jedynie jako niezobowiązującą zabawę. Z wielu powodów rywalizacja nie jest i być może nigdy nie będzie równa.
Pierwsza kwestia to dokładność sprzętu. Mierniki mocy czy też trenażery, te wyższej jakości i dobrze skalibrowane zapewniają dokładność na poziomie 1%. Choć generalnie można im ufać, jednak czy w sytuacji “być albo nie być” i walce o zwycięstwo na finiszu decydującej o mistrzostwie świata można ten element pominąć?
W skrajnym przypadku przy mocy 800W różnica między wskazaniami dwóch zawodników może wynosić 16W, przy 1200W – 24W, a na odcinku górskim, przy 450W – 9W. Choć może wydawać się do błahe przy towarzyskiej “ustawce” wygrana “o błysk szprychy” w takim układzie staje się dyskusyjna.
Idąc dalej, zakładając, że rywalizacja nie odbywa się w jednej hali, na dostarczonym przez organizatora sprzęcie, znaczenie zaczynają mieć zupełnie inne kwestie niż w przypadku jazdy na zewnątrz.
Jeśli wspomniałem o “marginal gains”, jestem sobie w stanie wyobrazić, że zawodnik czy drużyna szczególnie zdeterminowani do odniesienia sukcesu mogą zapewnić sobie jak najbardziej optymalne warunki do “jazdy”. Pomieszczenie z odpowiednią temperaturą, wilgotnością i ciśnieniem to przestrzeń do poszukiwania “marginal gains” w kolarstwie wirtualnym.
Myślicie że to bzdura? Cóż, historia rekordu godzinnego pokazuje, że absolutnie nie. Położony na odpowiedniej wysokości obiekt, z wydajną, precyzyjną klimatyzacją niewątpliwie pomaga w osiągnięciu właściwego rezultatu. Nawet, jeśli odejmiemy kwestię gęstości powietrza wpływającą na opór aerodynamiczny, to właśnie temperatura, wilgotność i nawiew mogą przesądzić o zwycięstwie lub porażce w wyczynowym trenażerowaniu.
Ostatnia kwestia to doping technologiczny. UCI stawia dopiero pierwsze kroki w detekcji modyfikowanego sprzętu, do którego ma dostęp podczas tradycyjnych wyścigów. Jak więc rozwiązać problem modyfikacji trenażerów, rowerów stacjonarnych, ale i samego oprogramowania (np. softu w miernikach)?
Jedynym rozwiązaniem wydaje się używanie na oficjalnych imprezach homologowanych, dostarczonych przez zewnętrzny podmiot i plombowanych akcesoriów: trenażerów, odbiorników, transmiterów i… wag. Oraz sprawdzanie plomb przed i bezpośrednio po zawodach.
Inne kolarstwo – inni kolarze
Każda z tych kwestii powoduje, że docelowo w kolarstwie trenażerowym wygrywać powinien kto inny niż na szosie.
Można sobie wyobrazić, że po kilku sezonach doświadczeń wykrystalizuje się optymalny fenotyp kolarza trenażerowego: proporcje ciała, stosunek mocy do masy, wytrzymałość zarówno na specyficzne warunki fizyczne rozgrywania takich zawodów jak również odporność psychiczna na jazdę w pomieszczeniu.
Jestem sobie w stanie wyobrazić, że w początkowej fazie poważnego ścigania “na zwifcie” obecni mistrzowie odnajdą się z powodzeniem, ale długoterminowo, jeśli wyjdziemy z kryzysu epidemiologicznego i ekonomicznego, obie gałęzie sportu wyraźnie się od siebie oddzielą.
Ściganie wirtualne, bez względu na rozwój sytuacji z wirusem tak czy inaczej nas czeka. Obecnie można przypuszczać, że nawet na profesjonalnym poziomie doświadczymy go wcześniej niż później.
Mimo wszystko życzę i sobie i Wam, aby docelowo było tylko ciekawostką i miłą alternatywą na niepogodę a nie koniecznością.
Częściowo autobiograficzny film Kennetha Merckena “Coureur” (pol. “Wyścig”) to “the best of” patologii w wyczynowym kolarstwie początków XXIw.
Słyszeliście kiedyś o takim zawodniku jak Kenneth Mercken? Nie? W porządku, ja też nie. Jego największym osiągnięciem było mistrzostwo Belgii w jednej z młodszych kategorii wiekowych a szczytem kariery kontrakt z kontynentalną drużyną Flandria.
W pewnym momencie życia stwierdził, że zamiast zawodowcem na szosie chce być reżyserem. Skończył szkołę filmową a efektem nowej pasji jest pełnometrażowy debiut “Coureur”.
To częściowo autobiograficzna historia przedstawiająca doświadczenia Merckena jako utalentowanego zawodnika rozpoczynającego “dorosłe” ściganie w półzawodowej grupie we Włoszech.
Plakat filmu „Coureur”, pol. „Wyścig”
Ponieważ akcja rozgrywa się na początku XXIw (przed 2005r), dostajemy syntezę opowieści, wywiadów, książek o nielegalnym wspomaganiu: od testosteronu przez stymulanty, hormon wzrostu a kończąc na epo.
Biorą wszyscy, wszystko, niemal bez kontroli i konsekwencji.
Drugi aspekt “Wyścigu” (pod takim tytułem film dostępny jest w Polsce) to konflikt pokoleń. Główny bohater jest synem kolarza, mierzy się więc z rodzinną tradycją i oczekiwaniami ojca.
Relacje młodego Felixa, alter ego reżysera i scenarzysty, niemal z wszystkimi są trudne. Z rodzicami, z kolegami, z trenerami, ze znajomymi. Mierzy się z presją wyników, nieznajomością języka, adaptacją w nowym otoczeniu, trenerem-tyranem czy z nadpobudliwymi kolegami z drużyny.
Każdy z tych elementów był już wcześniejopisywany w wielu miejscach, zazwyczaj w wywiadach lub książkach “skruszonych” dopingowiczów.
Podane razem, w formie wizualnej, z dużą dozą dosłowności powodują, że przygoda z wyczynowym kolarstwem zamiast spełnieniem marzeń staje się wyłącznie ponurą drogą przez cierpienie, wyrzeczenia, konflikty i upokorzenia.
Choć całość nie jest ani szczególnie odkrywcza ani wyjątkowo dobrze zagrana, trzeba oddać twórcom, że wykonali solidną pracę odwzorowując realia sportu rowerowego.
Mimo, że obecnie tematyka nie szokuje tak bardzo jak jeszcze kilka lat temu, Kenneth Mercken musiał wykazać się pewną odwagą pokazując wiele kwestii, które wciąż objęte są zmową milczenia. Podobnie wygląda sprawa jego osobistych rozliczeń z ojcem, stanowiących równorzędny wątek całej opowieści.
“Coureur” (pol. Wyścig). Belgia 2018 Reż. Kenneth Mercken 92 minuty
Podobno ten film skłonił Chrisa Froome’a do zmiany diety na roślinną. “The Game Changers” prezentuje zalety weganizmu dla sportowców, zarówno zawodowych jak i amatorów.
Uwaga, The Game Changers to wegepropaganda!
Trudno nazwać ten film dokumentem – to raczej sprawnie wykonany materiał propagandowy. Swoimi nazwiskami firmują go nawróceni roślinożercy: Arnold Schwarzenegger, Lewis Hamilton czy Novak Djokovic.
Równolegle z potwierdzonymi przez lata wynikami badań dotyczących chorób układu krążenia pokazuje wiele pomiarów czy nawet zabaw nie mających wiele wspólnego z nauką. Takich jak zaprezentowanie zmętnionego tłuszczem osocza czy porównywanie erekcji po spożyciu mięsnego i roślinnego posiłku.
Wszystko to dla wzmocnienia przekazu o korzyściach zmiany diety dla roślinną.
Miło, lekko i przyjemnie
The Game Changers ma miły i lekki charakter, niczym zbilansowana dieta bezmięsna. Kwestie etyczne związane ze zjadaniem zwierząt, podobnie jak ekologiczny aspekt przemysłowej hodowli są jedynie zasygnalizowane.
Tematem materiału jest zobrazowanie tezy, że dieta wegańska korzystnie wpływa nie tylko na zdrowie, ale pomaga poprawiać osiągnięcia w różnych odmianach sportu.
Mamy więc historie ultrabiegacza, kolarki torowej, strongmana, crossfitowca, futbolistów czy kontuzjowanego reprezentanta sztuk walki, który równocześnie jest narratorem.
W każdym z przypadków efektem zmiany diety są lepsze wyniki sportowe bez uszczerbku na zdrowiu a wręcz przy poprawie jego ogólnego stanu.
Dobra robota w słusznej sprawie?
W 2020r wegetarianizm czy weganizm nie jest dziwactwem. Stał się stylem życia czy nawet modą.
Dla wielu osób “niejedzenie mięsa” jest oczywistością z wielu względów: etycznych, zdrowotnych czy towarzyskich.
The Game Changers w temacie zalet diety roślinnej nie odkrywa Ameryki, natomiast dzięki przyjaznej formie daje szansę na oswojenie się z tematem co bardziej konserwatywnym jednostkom.
Jeśli interesujecie się sportem nie tylko od strony kibica, ale też sami jesteście aktywni, może być dla was ciekawym punktem wyjścia do przeanalizowania swojej diety. A poza tym zapewnia kilkadziesiąt minut niezłej rozrywki.
The Game Changers, USA 2018 Reżyseria: Louie Psihoios 88’ Film dostępny jest na Netflixie (stan na luty 2020)
“Zimowa przerwa” w wyczynowym kolarstwie praktycznie przestała istnieć. Zawodowcy ścigają się już niemal cały rok. Pierwsze testy formy trwają od połowy stycznia, ale dopiero przełom lutego i marca daje zapowiedź tego, co czeka nas w nadchodzącym sezonie.
W pogoni za kasą
Nie oszukujmy się. Kolarstwo: zarówno sport jak i przemysł jest obecnie globalne. Zatem trudno spodziewać się, by wiązało się jedynie z sezonem wiosenno-letnim na zachodniej część północnej półkuli.
Wszyscy chcą zarabiać: producenci rowerów, sponsorzy grup zawodowych, sportowcy i ich obsługa a na końcu tego łańcucha pokarmowego media. Atleci szukają sposobów, by zaintrygować czymś dziennikarzy, ci zaś starają się utrzymać uwagę swoich widzów i czytelników.
Paradygmat ciągłego wzrostu dopadł także nas. Mamy więc wyścigi szosowe w Australii, Azji czy Ameryce Południowej, mamy renesans przełajów czy zawodów torowych, mamy etapówki mtb w środku zimy w ciepłym klimacie.
Chwili na oddech właściwie brak.
Jakby na to nie patrzeć, kolarstwo, na tym najbardziej ogólnym poziomie, całkiem sprawnie radzi sobie z utrzymaniem uwagi swoich fanów i poszerzaniem grupy odbiorców. Ci zaś są nie tylko konsumentami treści: relacji i reklam, ale też stają się aktywnymi uczestnikami całej tej karuzeli kupując sprzęt, wynajmując trenerów i stając się kolarzami.
Oceniając sytuację realnie, by śledzić sport rowerowy cały czas, trzeba by się rozdwoić. Choć na dłuższą metę przesyt treści może być nieco nużący, z punktu widzenia zarówno biznesu jak i samej dyscypliny, obcowanie z kolarstwem 365 dni w roku to niewątpliwy sukces.
Sprawdzian dla wytrwałych
Lance Armstrong nie daje o sobie zapomnieć, ale nie będę w tym miejscu rozważał jego dopingowych ekscesów a raczej przywołam model, w jakim funkcjonowały największe gwiazdy jego epoki.
Jeszcze piętnaście lat temu zawodowi szosowcy byli skupieni na jednym, dwóch celach w sezonie, większość roku trenując na zgrupowaniach a wiele startów traktowali wyłącznie jako niezbędne “kilometry wyścigowe”.
Fizjologii nie oszukamy i wciąż taki bardzo wyraźny szczyt formy można zbudować tylko co jakiś czas, ale obecnie wielu czołowych zawodników prezentuje wysoką dyspozycję nie tylko w wybrane dni, ale realnie przez długie miesiące.
Takie ewenementy jak Mathieu Van Der Poel, który przez cały rok żongluje odmianami kolarskiego rzemiosła, skutecznie mieszając starty w mtb, przełajach i na szosie to oczywiście wyjątki. Jednak gdy popatrzymy na pretendentów do czołowych miejsc w wielkich tourach, walczą oni o dobre miejsce niemal nieprzerwanie od lutego do października.
Z kolei sprinterzy są skuteczni nie tylko na ostatnich stu metrach płaskich jak stół odcinków , ale też rywalizują w wiosennych klasykach a często są w stanie przetrwać nawet spokojniejsze etapy w wysokich górach by następnie z powodzeniem finiszować z nieco tylko przerzedzonego peletonu.
By odnosić sukcesy w kolarstwie AD 2020, trzeba być zawodnikiem kompletnym. O ile na początku XXIw można było mówić o wąskich specjalizacjach, obecnie coraz bardziej liczy się wszechstronność.
Bardzo młode gwiazdy vs doświadczeni weterani
Młody kolarz odnoszący największe sukcesy nie jest nowym zjawiskiem. Ikony tego sportu często zaczynały swój triumfalny marsz jeszcze przed dwudziestym piątym rokiem życia.
Teraz mamy jednak do czynienia z prawdziwą inwazją utalentowanych zawodników, którzy albo wciąż mogliby się ścigać z młodzieżowcami albo dopiero co obchodzili swoje 23. urodziny.
Jest wiele teorii, dlaczego tak się dzieje: lepsza selekcja talentów, większe wsparcie dla najlepszych od najmłodszych lat, ograniczenie dopingu, udoskonalone metody treningowe…
Za kilka lat, ocenimy kariery Bernala, Evenpoela, Pogacara i innych. Ile lat wytrzymają na topie, czy pobiją kolejne rekordy zwycięstw a także kiedy do gry wejdzie kolejna, tak uzdolniona generacja, która przesunie obecnych “młodych” na pozycje zmęczonych weteranów?
Odpowiemy sobie na pytanie, czy sytuacja, której jesteśmy świadkami to anomalia czy trend. A także, czy, dla równowagi, wraz z frontalnym atakiem młodzieży, inni wydłużą swoje kariery i na wysokim poziomie będą się ścigać do “czterdziestki”.
Bo “doświadczenie” to nie tylko Alejandro Valverde. To także wielu kolarzy, którzy przez długie lata wykazują cierpliwość i systematyczność w oczekiwaniu na największe sukcesy a także ci, którzy, jak Hiszpan, utrzymują się na topie przez kolejne sezony, i dla których czas niemal się zatrzymał.
Jeśli mówimy o nowym sezonie, to jednym z symbolicznych jego otwarć jest Paryż-Nicea. A nie kto inny jak Peter Sagan swoje pierwsze sukcesy w World Tourze osiągał właśnie w wyścigu “ku słońcu” już w 2010r. Na topie jest więc od dekady, i nic nie wskazuje na to, by jego kariera miała się póki co zakończyć, bo Słowak obchodził właśnie swoje trzydzieste urodziny. W teorii więc wszystko co najlepsze jest dopiero przed nim!
Primo arrivo in salita della stagione, la prima incognita e… sì, per ora va bene cosi. Sensazioni buone, quelle che speravo. Passo dopo passo, si cresce 💪 • First summit finish, first unknown and… yes, all right. Feeling were good, the ones I hoped. Step by step, I grow 💪 pic.twitter.com/Rj20fP0IKh
W tym sporcie piękne jest to, że choć ma ponad 100 lat tradycji, sam w sobie jest dość konserwatywny i oparty na tradycji oraz bardzo wielu, niepisanych zasadach, co roku zaskakuje.
Tak, obowiązują nas schematy: układ kalendarza: klasyki w zimnie, deszczu i na brukach, etapówki przygotowujące do wielkich tourów, same wielkie toury, wreszcie imprezy mistrzowskie.
Mamy zestawy pojedynków: młodych ze starymi, drużyny-imperium z podgryzającymi ją outsiderami, czasowców z góralami. Jeśli się temu przyjrzeć, od czasów Coppiego i Bartalego, Anquetila i Poulidora czy Armstronga i Ullricha wciąż gramy to samo.
Ale każdy rok jest inny, każdy wyścig jest inny i nawet, jeśli Mediolan-San Remo sprowadza się do ostatnich kilkudziesięciu minut: Cipressa -> Poggio -> dojadą, czy nie dojadą -> brutalny, wymęczony finisz po 300km, każdy z tych finiszy to odrębna historia.
Co więcej, kolarska historia nie jest cykliczna. Owszem, jeśli zawodnik w bliższej lub dalszej przeszłości wygrał ważną imprezę: klasyk, monument, czy nie daj boże wielki tour, do końca swoich dni w zawodowym peletonie, stając na starcie będzie stawiany w gronie faworytów.
Jednak mimo postępu technologicznego i naukowego ludzka fizjologia wciąż zaskakuje. Wynik w sporcie takim jak kolarstwo jest wypadkową tak wielu zmiennych, że czasem niewielkie zaburzenie istniejącego porządku decyduje o sukcesie lub porażce. Stąd też nawet dominatorzy, seryjni zwycięzcy, mają gorsze okresy a przynajmniej takie, gdy ktoś czasowo zrzuca ich z piedestału.
Z tych samych powodów dostajemy wzruszające momenty z outsiderami ogrywającymi faworytów czy będące materiałem na film powroty “z dalekiej podróży” kontuzji, kłopotów osobistych, zdrowotnych czy dopingowej banicji.
Jednym z istotnych bodźców, który może do tego doprowadzić jest zmiana otoczenia: sponsora drużyny, trenera, sprzętu, klubu czy miejsca zamieszkania.
Sezon 2020 to wiele roszad, zarówno na szczycie jak i jego zapleczu. Przebudowa drużyny Movistar, nowe zespoły z licencją World Touru i rosnące w siłę czołowe ekipy Pro Conti, mocarstwowe plany Jumbo-Visma czy wreszcie wzmocnienia polskiej ekipy CCC to tylko kilka przykładów zmian, które mogą wywrócić układ sił w tym roku.
REPORT: “I’m happy. Third place is good, especially with all those sprinters around me.”
Skoro już wspomniałem o zespole Dariusza Miłka, muszę ten temat rozwinąć. Jak na okoliczności wejścia polskiego sponsora na najwyższy poziom kolarskiego wyczynu, sezon 2019 był lepszy niż się początkowo zapowiadało.
Trudno obiektywnie nazwać go sukcesem, ale mogło być gorzej.
Przed 2020 “pomarańczowi” wyrównali luki w składzie, pozyskali Trentina, Zakarina czy Masnadę, wrócił do nich Jan Hirt i okazuje się, że w połączeniu z paczką, która okrzepła przez rok mamy całkiem ciekawy, solidny klub.
Co ważne z naszej perspektywy, włączający w swoje szeregi wychowanków “development teamu”, zatem, ekhm, budujący polskie kolarstwo.
W przypadku CCC nie ma się więc co przejmować brakiem zwycięstw w styczniu czy lutym. Gdy dzięki wzmocnieniom nieco presji zostało zdjętej z Van Avermaeta, zawodnicy prowadzeni przez Jima Ochowicza mają spore szanse na kilka dobrych wyników w sezonie. A kto wie, może jakieś zwycięstwo zaliczy jeden z młodych Polaków?
Bartłomiej Wawak nie miał sobie równych podczas ostatniego etapu Salamina Epic Cup. Dzięki zwycięstwu, zawodnik Kross Racing Team ostatecznie finiszował na 2. pozycji w klasyfikacji generalnej. https://t.co/6vl77dzM7opic.twitter.com/e5sweO20ui
Skoro już jesteśmy przy Polskim Kolarstwie, kolejny element układanki to kwalifikacje do Igrzysk Olimpijskich i same wyniki osiągnięte w Tokio. Kolarze górscy (obu płci) walczą o miejsce w rankingu gwarantujące wyjazd do Japonii.
Torowcy zmagają się z jednej strony z oczekiwaniami popartymi dobrymi wynikami w pucharach świata czy imprezach mistrzowskich a z drugiej z ciągłą niepewnością co do przyszłości obiektu w Pruszkowie, finansowania szkolenia czy konkurencyjnego sprzętu.
Szosowcy zaś będą musieli znaleźć kompromis między ambicjami swoimi, swoich pracodawców i reprezentacji.
Rok olimpijski to jedyny, w którym część uczestników startuje w Tour de France nie z myślą o sukcesie w samej “Wielkiej Pętli” a właśnie o medalu olimpijskim. Z nadziejami na sukces na torze pożegnał się już Mark Cavendish, który chcąc ostatni raz wrócić do wielkiej formy zmienił barwy klubowe na Bahrain-McLaren. Brytyjczyk nie startował w torowych pucharach świata przez co nie wystartuje na mistrzostwach świata a co za tym idzie nie ma szans na olimpijską kwalifikację.
A jeśli już mówimy o kwalifikacjach, to w nowym roku zarząd Polskiego Związku Kolarskiego miał szansę, by po raz kolejny podjąć próbę zrobienia czegoś jak należy. Tymczasem nie mamy tygodnia, by Związek się nie skompromitował i trochę szkoda już energii na opisywanie kolejnych wpadek i wyrazów nieporadności działaczy z Pruszkowa.
Jeszcze więcej kolarstwa
Zamykając klamrę wspomnę jeszcze, że w nadchodzących miesiącach będziemy mieli niemal nieograniczony dostęp do wyścigów na żywo. Eurosport, RedBull i GCN będą nas zasypywały kilometrami transmitowanymi live.
Jeśli nic się nie zmieniło, to sezon 2020 będzie pierwszym od 18 lat, gdy w polskim Eurosporcie nie usłyszymy Krzysztofa Wyrzykowskiego. Dla wielu fanów ta wiadomość była ciosem, ale popatrzmy na to z innej strony. Tak jak dla drużyn zawodowych zamieszanie składem co jakiś czas jest bodźcem skutkującym zwycięstwami, tak i dla ekipy komentatorskiej to okazja na nowe otwarcie.
Będące już frazą-wytrychem “sukcesy Kwiatkowskiego i Majki” przyciągnęły do kolarstwa setki tysięcy nowych widzów, którzy, patrząc na dyskusje na grupach i profilach w social mediach, wciąż są nieco zagubieni w specyfice sportu rowerowego.
W gąszczu informacji, przetwarzanych przez kolejne, wyrastające z fanowskiego entuzjazmu portale, głos doświadczonych ekspertów będzie szczególnie ważny. Presja ciążąca na komentatorach jest więc równie duża co na gwiazdach World Touru. No, może grup Pro Continental. Jak bardzo nie wieszczylibyśmy bowiem upadku „tradycyjnych mediów” to wciąż telewizja ma największe zasięgi a słowa padające z ekranu mają największą moc.
Zatem sezon 2020 to szansa, by nie tylko obejrzeć i przeżyć wiele wspaniałych wyścigów, ale też odbyć przy ich okazji przynajmniej kilka pasjonujących dyskusji. Do których mam nadzieję również dołożyć swoje trzy grosze.