Rok: 2020

  • Marco Pantani. Ostatni Podjazd.

    Marco Pantani. Ostatni Podjazd.

    W ogromie reporterskiej pracy, którą wykonał Matt Rendell opisując życie, karierę i śmierć Marco Pantaniego największą wartość mają te słowa, które nie przekonają nieprzekonanych, ale są rzadko spotykane w kolarskich mediach. Te, które boleśnie nazywają rzeczy po imieniu. 

    Wydawnictwo SQN specjalizujące się w sportowych biografiach tym razem sięgnęło po obszerną i gatunkowo ciężką biografię Marco Pantaniego. 

    Matt Rendell pierwszą edycję tej opowieści ukończył w 2006r, następnie rozszerzył ją o fakty związane z wynikami śledztw po śmierci kolarza w roku 2016. Polskie tłumaczenie ukazuje się w 2020, 21 lat po słynnym wyrzuceniu kolarza z Giro d’Italia i 16 po jego tragicznym odejściu. 

    W tym momencie większość zawartych w niej informacji trudno uznać za szokującą, natomiast niewątpliwie, tak jak w swoim posłowiu pisze Adam Probosz, nagromadzenie takiej ilości trudnych informacji jest zwyczajne bolesne, zwłaszcza dla kogoś, kto wciąż uważa Pantaniego za sportowego idola. 

    Rendell prowadzi swoją opowieść chronologicznie nie tylko podążając za losami Pantaniego, ale też w najmniej chwalebne części biografii kolarza wprowadza nas równolegle z tym, jak sam odkrywał kolejne fakty. 

    I tak pierwsze triumfy “Pirata” poznajemy jako wydarzenia o wadze stricte sportowej by dopiero w dalszej części dowiedzieć się, że stał za nimi najpoważniejszy doping, który towarzyszył Włochowi niemal od początku zawodowej kariery (a możliwe, że nawet wcześniej). 

    Najcięższe działa autor wytacza w epilogu, nazywając wprost sukcesy herosów “ery epo” fantomowymi a emocje, których dostarczał nam Pantani podobnie poddanymi terapii dopingowej jak sam kolarz. 

    Obcowanie z detalami upadku człowieka zmagającego się z zaburzeniami psychicznymi, nałogiem jak i przedstawionego bez szczególnie pozytywnych cech charakteru może być dla wielu fanów szokiem. 

    Osobiście od wielu lat podzielam większość poglądów Rendella, ale nie spodziewam się, by licząca 400 stron lektura zdobyła wielką popularność na naszym rynku. Dlatego tym bardziej składam wyrazy uznania dla wydawnictwa za pochylenie się nad docenionym przez krytykę, jednak niełatwym w odbiorze materiałem. 

    Matt Rendell, “Marco Pantani. Ostatni Podjazd”

    408 stron
    Wydawnictwo SQN, Kraków 2020
    Książkę kupiłem w formacie .mobi na stronie wydawnictwa w maju 2020 za 27,51zł

  • To nie to, co myślicie, ale…

    To nie to, co myślicie, ale…

    Zmotywowany komentarzami wspominającymi „stare dobre czasy” mam dla Was coś miłego :) Wybór wyselekcjonowanych treści z ostatnich dni, do poczytania i pooglądania w przerwie na kawkę. Mała uwaga jest taka, że z pewnością nie będą to wrzutki ani regularne, ani cykliczne, ale ponieważ wraz ze ściąganiem lock-downu można spodziewać się zalewu kolarskich treści mam nadzieję, że powrót takich zestawień wartościowego contentu będzie dla Was pomocny.

    Poczytaj do kawy

    Temperatura ma znaczenie

    Gdy zaczynał się lock-down i napisałem o problemach z jakimi musi mierzyć się ściganie online, jednym z powodów nierównej rywalizacji była temperatura, w jakiej przebywają poszczególni zawodnicy. Pogłębioną analizę tematu pod koniec sezonu zwiftowego przedstawia cyclingtips. Do przeczytania tutaj.

    Najlepsze przepisy dla kolarzy

    Nie ma lepszej książki kucharskiej niż „Eat Race Win” Hanny Grant. I nie ma fajniejszego bloga z przepisami dla kolarzy niż jej przepisy na czas kwarantanny.

    Sprawdźcie więcej na https://www.hannahgrant.com/blog. Takiej porcji zdrowego „comfort food” nie znajdziecie gdzie indziej.

    Robert Kubica > Kolarze

    e-Tour de Pologne amatorów to jeden z tych eventów Lang Teamu, o których wszyscy piszą, bo chcą być w dobrych relacjach z Czasławem Langiem. A także dlatego, że sportowych i celebryckich wydarzeń mamy teraz jak na lekarstwo, w związku z czym udział Anity Włodarczyk czy Roberta Kubicy to dobry temat, by mieć jakiegoś newsa. Tyle tylko, że rzeczony Kubica jest nie tylko świetnym kierowcą wyścigowym, ale i faktycznym pasjonatem kolarstwa. A co najważniejsze, znakomitym interlokutorem, w związku z czym przeprowadzone przy okazji „e-TdP” rozmowy są lepsze niż większość wywiadów z polskimi kolarzami, jakie kiedykolwiek pojawiły się w naszych mediach, przynajmniej tych elektronicznych. Szczególnie polecam tę, którą przeprowadził Jakub Zimoch dla rowery.org. Część pierwszą znajdziecie tutaj a drugą tutaj.

    Jeśli przegapiliście…

    Facebook od jakiegoś czasu mocno obcina mi zasięgi. Zatem poniżej znajdziecie linki do najciekawszych artykułów, które napisałem w czasie lockdownu. Częstujcie się do woli :)

    Kolarskie wideo

    W kolarskich social mediach nie ma fajniejszej osobowości niż Kate Courtney. Zobaczcie, jak Amerykanka radzi sobie z odłożonymi w czasie marzeniami o starcie w Igrzyskach Olimpijskich. I koniecznie śledźcie ją na instagramie: https://www.instagram.com/kateplusfate/
    Zobaczcie jak ewoluowal slopestyle w latach 2011-2019. Możecie być szosowcami, możecie być maratończykami, możecie być kimkolwiek chcecie, ale takie umiejętności zawsze budzą największy podziw.
    „Retro vs Modern” to świetna seria GCN porównująca rowery mistrzów Giro d’Italia (m.in Pantaniego, Cipolliniego, Induraina) z ich współczesnymi odpowiednikami. To nie tylko kawał historii roweru, ale też dobry przykład jak radzić sobie w momencie, gdy trzeba produkować treści a Giro jest przełożone na jesień.

    Cała prawda w jednym twittcie

    Takie wykresy chętnie oglądalibyśmy w związku z opanowywaniem pandemii, natomiast wygląda na to, że to co skutecznie potrafimy wygaszać, to specjalność, jaką jest jazda indywidualna na czas.

    Zdjęcia, których nie możesz przegapić

    Światełko w tunelu, czyli „Light behind the lockdown” to niezwykła galeria kolarzy trenujących w domu w czasach izolacji. Cały fotoreportaż autorstwa Hiszpana Alberta Gallego możecie obejrzeć na blogu Stravy, natomiast rozmowę z artystą przeczytacie w Cyclingtips. Znakiem czasów jest, że cały materiał powstał zdalnie.

    Zapowiedzi, patronaty i inne newsy

    Nie tylko pro kolarstwo zapowiada powrót. Szybciej niż się spodziewaliśmy „odmrażane” są też polskie wyścigi.

    Natomiast wszystko na to wskazuje, że pierwszą etapówką będzie Gwiazda Południa. Cezary Zamana wykazał się stalowymi nerwami, wyczekał, nie odwołał swojej imprezy i wygląda na to, że zawody się odbędą w zaplanowanym wcześniej terminie. Co ważne, jednymi z pierwszych słów rozesłanej informacji prasowej są podziękowania dla samorządów, z którymi współpracuje organizator a bez których tego typu wydarzenia są niemożliwe do zrealizowania.

    Więcej informacji o Gwieździe Południa znajdziecie na https://www.gory.zamanagroup.pl/

    Z kolei pierwszą post-lockdownową serią, która zapowiada powrót jest Puchar Mazowsza:

    https://www.facebook.com/PucharMazowszaMTB/photos/rpp.500338703442430/1680753235400965/

    A po więcej bieżących newsów dotyczących dynamicznej sytuacji w rodzimym kolarstwie amatorskim (i wyczynowym) wpadajcie na mtb-xc.pl oraz ich facebookową grupę.

  • Gdy to się skończy… będę oglądał wyścigi

    Gdy to się skończy… będę oglądał wyścigi

    W niepewnej, ale zaczynającej majaczyć na horyzoncie przyszłości widać szansę na rozegranie najważniejszych wyścigów. Bezprecedensowy, krótki i niezmiernie skondensowany sezon będzie wyjątkowy. I zdecydowanie nie mogę się go doczekać!

    Jak to właściwie się zaczęło?

    Widzę pewien paradoks w tym, że samemu od dziecka jestem związany z kolarstwem górskim, natomiast sportem, który śledzę z uwagą od ponad trzydziestu lat jest kolarstwo szosowe. 

    Niewykluczone, że powodem tego jest Wyścig Pokoju, którego łabędzi śpiew obserwowałem mając zaledwie kilka lat. Ze wszystkich dyscyplin dostępnych w telewizji późnych lat osiemdziesiątych największą moją uwagę przykuwali właśnie kolarze.

    W sumie to nawet nie paradoks a pewne kuriozum, że mając niespełna pięć lat z zapartym tchem oglądałem drużynową jazdę na czas na dystansie 100km w czasie Igrzysk w Seulu. Bo wiecie… widać było nie za wiele, jak to wtedy w telewizji a poza tym, hej, to drużynowa jazda na czas, nie polecałbym jej na początek przygody z oglądaniem kolarstwa nawet teraz.

    Tak czy inaczej, gdy Wyścig Pokoju ustąpił miejsca Tour de Pologne a Eurosport stał się na dobre dostępny, nawet nie chcę zliczać liczby godzin, które spędziłem przed ekranem śledząc poczynania zawodowych szosowców. 

    Teraz jest wygodniej. Nie jesteśmy skazani na telewizor, kolarstwo można śledzić praktycznie wszędzie tam, gdzie jest wifi albo LTE. W wysokiej rozdzielczości, widząc i wiedząc często więcej i szybciej niż komentatorzy w studio a każdy kolejny sezon to więcej godzin transmisji z wyścigów na całym świecie. 

    I mimo regularnej pracy, aktywnego uprawiania kolarstwa i wielu innych spraw wciąż staram się wygospodarować trochę czasu na relacje z wyścigów. 

    Jedyny taki sport

    Szansa, że zagrasz mecz na Camp Nou jest minimalna. To, czy podjedziesz na Mt Ventoux zależy właściwie tylko od ciebie. 

    No dobrze, nie jedyny, podobnych wrażeń dostarczają jeszcze masowe imprezy biegowe, ale mimo wszystko to właśnie kolarstwo jest unikatowe pozwalając na doświadczanie niemal tego samego co herosi szos rywalizujący o najważniejsze laury. 

    Oglądając klasyki możesz dzień lub dwa wcześniej zmierzyć się ze słynnymi brukami Flandrii czy Paryż-Roubaix, śledząc wielkie toury sprawdzić się podczas jednego z wielu oficjalnych “gran fondo” prowadzących przez najbardziej legendarne przełęcze. Lub zwyczajnie porównać swoją moc i „waty na kilogram” z tymi, które prosi publikują na Stravie.

    Szansa, że zagrasz mecz na Camp Nou jest minimalna. To, czy podjedziesz na Mt Ventoux zależy właściwie tylko od ciebie. 

    Możesz próbować żyć jak zawodowiec, trenować jak zawodowiec, mieć rower jak zawodowiec. A przynajmniej jak zawodowiec się ubrać i pojechać z kumplami na kawkę.

    To wszystko sprawia, że przy trasach wyścigów na całym świecie stoją nie tylko bierni kibice, ale realni pasjonaci. Oczywiście nie tylko, bo dla większości widzów to wciąż po prostu wydarzenie, festyn, tym ważniejszy im lepsze wyniki osiągają na nim lokalni zawodnicy, ale wciąż więź i zrozumienie między fanem a sportowcem jest niewspółmierna do innych dyscyplin. 

    To samo, a jednak nie…

    Kolarstwo jest schematyczne, chyba, że nagle zawieje wiatr, ktoś przebije oponę, spadnie deszcz, dwóch wspóliderów jednej z drużyn przestanie ze sobą współpracować, w ucieczkę zabierze się kluczowy pomocnik rywala, albo wystąpi jeszcze jeden z setek czynników, które decydują o losach wyścigów rowerowych. 

    Wiele najważniejszych wyścigów ma w teorii z góry zaplanowany przebieg. Mediolan – San Remo choć liczy 300km sprowadza się do rozgrywki na ostatnich dwóch górkach i prostej prowadzącej do mety. Podobnie jest podczas Walońskiej Strzały, gdzie cały dzień czekamy na ostatnie trzy minuty podjazdu na Mur de Huy. 

    Wielkie toury często rozgrywają się w zaprojektowanych przez organizatorów miejscach. Owszem, przy układaniu tras spore znaczenie mają kwestie finansowe. Nie tylko pojedyncze stacje narciarskie, ale całe regiony czy nawet państwa wpisują ekspozycję w transmisjach z wyścigów kolarskich w swoją strategię promocji. 

    Mimo to w kolejnych latach patrząc na mapę wyścigu jeszcze przed startem można obstawiać, w których miejscach nastąpią decydujące ataki i powstaną różnice między kluczowymi graczami. 

    Chyba, że nagle zawieje wiatr, ktoś przebije oponę, spadnie deszcz, dwóch wspóliderów jednej z drużyn przestanie ze sobą współpracować, w ucieczkę zabierze się kluczowy pomocnik rywala, albo wystąpi jeszcze jeden z setek czynników, które decydują o losach wyścigów rowerowych. 

    Jeśli dodamy do tego celowe zabiegi mające na celu rozruszanie rywalizacji: skracanie dystansu wybranych etapów, zmniejszenie liczby zawodników w drużynie, poszukiwanie bardzo stromych podjazdów lub sekcji szutrowych czy brukowanych, za każdym razem dostajemy, mimo pewnych, znanych ram, zaskakujące widowisko. 

    Dzięki temu możemy obserwować takie perełki jak zwycięstwo “górala” Nibalego w Mediolan – San Remo, niespotykane rajdy Contadora czy Froome’a przechodzące do historii kolarstwa, triumfy weterana Gilberta na brukach i wiele, wiele innych historii, których pełen jest każdy, kolejny sezon. 

    Owszem, Tour de France bywa określany wyścigiem przewidywalnym i nudnym, szczególnie w czasach dominacji jednego zawodnika czy drużyny. W tym konkretnym przypadku łatwo przyklasnąć takiemu argumentowi, ale gdy rozłożymy trzytygodniową imprezę na mniejsze segmenty, znów, emocji będzie co niemiara a suspensu aż nadto. 

    Radość komentowania

    Etapy pozornie nieciekawe, te płaskie z zaplanowanym z góry finiszem całego peletonu czy znajdujące się w połowie wyścigu, podczas których swoją szansę dostają uciekinierzy to nieodzowna część całego spektaklu. 

    Jasne, zdarzają się dni, kiedy nie dzieje się totalnie nic i nawet krajobraz (dla wielu kibiców walory widokowo-krajoznawcze są równie a często nawet ważniejsze od samych kolarzy) nie dostarcza za wielu wrażeń.

    Na szczęście w skali całego sezonu jest ich bardzo niewiele a wystarczy trochę obycia, by każdego dnia, w trakcie każdej relacji widzieć wystarczająco dużo “kolarstwa w kolarstwie” by całość zyskała na atrakcyjności. 

    Dla mnie ciekawym doświadczeniem był zeszłoroczny Tour de France, w trakcie którego każdego wieczora nagrywałem krótki komentarz, następnie publikowany na youtube. 

    Nie ukrywam, że w pewnym momencie zacząłem odczuwać przesyt. Kolarskie treści otaczają nas z każdej strony, w normalnym sezonie można oglądać wyścigi w zasadzie 24/7, do tego dochodzą social media, newsy, wywiady, reportaże i trudno za tym wszystkim nadążyć, 

    Motywacja w postaci skupienia się na etapie, by skomentować go w sposób jakkolwiek bardziej pogłębiony niż tylko podanie kto uciekał, kto wygrał i kto zdobył przewagę daje szansę dalszego rozwoju, szukania dodatkowych źródeł, analiz, jest spora. 

    Tym bardziej postpandemiczny restart ścigania zapowiada się ekscytująco, ponieważ trudno będzie ocenić, w jakiej dyspozycji są kolarze, kto i jak zareagował na lockdown i jakie ma priorytety. 

    W sytuacji, gdy sezon będzie krótszy i bardziej skondensowany, część drużyn zmaga się z problemami finansowymi a walczący o kontrakty kolarze będą mieli mniej czasu, by przekonać do siebie menadżerów, my dostaniemy więcej sportu w stanie czystym. Bez sporej części kulturowej nadbudowy, oczekiwań czy schematów. Bardziej nieprzewidywalne i pełne zaskakujących zwrotów akcji.

    Najgorszy scenariusz

    Europa zaczyna żyć tak, jakby nic się nie wydarzyło. Krzywo patrzymy się na Szwedów, ale w imię “gospodarka głupcze” przywracamy kolejne aktywności. Nawarstwiające, często sprzeczne (nie tylko w Polsce) regulacje powodują rozmycie podstawowych zasad, w związku z czym od mniej do bardziej ścisłego lock-downu przechodzimy do mniej lub bardziej entuzjastycznego #yolo. 

    Grają piłkarze, będą się ścigali i kolarze. 

    Skondensowany sezon zawierający najważniejsze wyścigi ma się rozegrać od sierpnia do listopada, wliczając w to wielkie toury, monumenty oraz szereg mniejszych wyścigów. 

    Zakładamy, że granice będą otwarte a kilka tysięcy osób z kolarskiego światka będzie mogło się swobodnie przemieszczać po kontynencie w czasie, gdy, przynajmniej teoretycznie, będziemy przygotowtywali się do zapowiadanej, drugiej fali pandemii. 

    Z obecnością wirusa zdążyliśmy się oswoić, kolejne śmierci powszednieją, ale czy to oznacza, że możemy spokojnie planować sezon narażając się na traumę następnych, przerwanych wyścigów, zatrzymywania drużyn i dziennikarzy w objętych kwarantanną hotelach, tygodni w izolacji gdzieś na drugim końcu świata, bo loty zostały odwołane a granie z dnia na dzień zamknięte?

    Jasne, kolarze to twardzi ludzie, jednak stres i niepewność związane z zagrożeniem powrotu epidemii mogą również mieć wpływ na przebieg rywalizacji a ostatnie, czego wszystkim potrzeba to kolejne komplikacje. 

    Osłabione treningiem i wyścigowym wysiłkiem organizmy zawodników są zawsze bardziej podatne na rozmaite infekcje. Ileż to razy w ciągu sezonu całe drużyny notowały gorsze występy, z powodu różnego rodzaju wirusów: pokarmowych czy przeziębień. 

    Jak zachowają się UCI, ASO, RCS czy mniejsi organizatorzy w przypadku wykrycia w kolumnie wyścigu zakażenia koronawirusem? Co zrobią goszczące kolarzy samorządy, gdy na ich terenie pojawi się nowe ognisko zarażeń?

    Zapowiedziany, wyjątkowy sezon 2020 wciąż pozostaje tylko w sferze życzeń. Ale i tak na niego czekam. 

  • Całe kolarstwo w jednej tabeli

    Całe kolarstwo w jednej tabeli

    Całkiem możliwe, że kolarstwo zawodowe to najbardziej niewdzięczna z najcięższych dyscyplin sportu. Możesz być wielkim talentem, możesz być wyjątkowo pracowity a i tak na sukces będziesz czekać latami. A prawdopodobieństwo, że go odniesiesz jest nikłe. 

    Zniechęcające statystyki

    W sezonie olimpijskim 2012 (Londyn) Usain Bolt startował w jedenastu zawodach podczas których rywalizował na dystansie 100m. Jamajczyk, który przez wiele lat był “najszybszym człowiekiem na ziemi” przegrał wtedy tylko raz, podczas finału mistrzostw swojego kraju. Cztery lata wcześniej, w roku Igrzysk w Pekinie triumfował 13 na 14 razy. U schyłku swojej kariery, w 2016 (Rio) podczas ośmiu wyścigów zaprezentował 100% skuteczność. 

    W skokach narciarskich Peter Prevc podczas zimy 2015/2016 wygrywał w 15/29 konkursów, Adam Małysz w swoim najlepszym sezonie 11/21 a Kamil Stoch 9/22.

    W piłce nożnej zwycięzcy lig zazwyczaj zwyciężają w ponad 30 na niespełna 40 spotkań. 

    Statystyki Rogera Federera to 1242 zwycięstwa i 271 porażek a Sereny Williams odpowiednio 834 i 144.

    Tymczasem Peter Sagan w 2013r wygrywał 22 razy na 85 startów a w 2009 Mark Cavendish 23 na 84. 

    Chris Froome, który w 2017r dokonał wyjątkowego czynu, czyli zwyciężył w dwóch wielkich tourach w sezonie (Tour de France plus Vuelta) otwierał szampana całe cztery razy. No dobrze, pięć, ponieważ wygrał też klasyfikację punktową na Vuelcie. Stawał wówczas na starcie 71 razy w ciągu całego roku. 

    Kolarstwo jest w ogóle okrutnym sportem, ze statystycznego punktu widzenia jest dodatkowo niezwykle niewdzięcznym. 

    Czekając na sukces

    Kilka dni temu znalazłem i podałem dalej na twitterze ciekawą tabelę. Oto ona:

    Znajdziecie w niej nazwiska kolarzy zarówno znanych jak Steven Kruijswijk, Damiano Caruso, Domenico Pozzovivo czy Rafał Majka jak i mniej eksponowanych, którzy czekają na zwycięstwo od wielu lat, równocześnie notując wiele wyników w top10 zawodowych wyścigów. 

    Kolarstwo jako sport łączący indywidualne sukcesy z pracą całej drużyny jest o tyle nietypowe, że faktycznie nawet uzdolniony czy pracowity zawodnik może długo nie mieć szansy by pojechać na własne konto. A gdy tę otrzyma, np. podczas ucieczki w trakcie wyścigu etapowego, będzie musiał zmierzyć się z kilkoma, kilkunastoma a bywa, że i kilkudziesięcioma rywalami w tej samej sytuacji co on.

    Śmiem twierdzić, że nawet obrońca drużyny piłkarskiej ma większą szansę na strzelenie gola w lidze mistrzów niż kluczowy pomocnik przez kolejne sezony rozprowadzający gwiazdę-sprintera.

    Co więcej, nawet lider drużyny, jednostka wybitnie utalentowana może przez długi czas zmagać się z brakiem sukcesów. Wspomniany Kruijswijk jest tego znakomitym przykładem. 

    Holedner przez lata rozwijał się jako kolarz etapowy, był o krok od wygrania Giro 2016, by już “witając się z gąską” rozbić się na zjeździe i stracić szansę na puchar i szampana na mecie w Turynie. Dopiero trzy lata i wiele prób później zdołał stanąć, pierwszy raz w karierze na podium trzytygodniowej imprezy, podczas ubiegłorocznego Tour de France. 

    Oczekiwania vs rzeczywistość

    Owszem, w kolarstwie zdarzają się dominatorzy. Sprinterzy w szczycie formy potrafią wygrać kilka etapów w trakcie jednego wielkiego touru. Wybitne jednostki korzystające z dyspozycji życia i licznych zbiegów okoliczności są w stanie zwyciężyć w dwóch monumentach sezonu. Ci, którzy zaliczyli nietypowe serie triumfów: dwa wielkie toury, więcej niż jeden brukowany klasyk, kilkukrotne mistrzostwo świata, przechodzą do historii tego sportu.

    Często bywa, że wielka gwiazda borykająca się z nieskutecznością, lub niedostateczną skutecznością jest odsądzana od czci i wiary. Słynna “klątwa tęczowej koszulki”, czyli sytuacja, gdy mistrz świata w następujących po zdobyciu tytułu miesiącach nie jest w stanie wygrać wyścigu to najbardziej spektakularny przykład tego zjawiska. 

    Peter Sagan, Michał Kwiatkowski czy Alejandro Valverde musieli regularnie odpowiadać na uciążliwe pytania w sytuacji, gdy z tęczą na plecach ponosili kolejne porażki. Albo po prostu zamiast seryjnie wygrywać “tylko” stawali na podium. 

    Samo “podium” w kolarstwie też jest sprawą dość dyskusyjną. Często bowiem jest na nim miejsce tylko dla zwycięzcy, który faktycznie bierze niemal wszystko. Drugi, trzeci, nie wspominając o piątym zawodniku na mecie, owszem, otrzymuje nagrodę finansową (którą później dzieli się z drużyną, ale to jeszcze inna sprawa), natomiast jego osiągnięcie nie tylko docenią, co w ogóle zauważą tylko najbardziej wnikliwi obserwatorzy.

    To okrutne o tyle, że fizjologicznie rzecz ujmując kolarze dysponują jednymi z najbardziej imponujących parametrów w świecie sportu. VO2 Max czy stosunek mocy do masy jest na poziomie budzącym respekt nie tylko u tego, jedynego zwycięzcy Tour de France, ale u całej czołówki. 

    Słynna “linia oddzielająca zwycięstwo od porażki” symbolizująca poszukiwania “marginal gains” rozpropagowane przez Team Sky w kolarstwie jest naprawdę cienka. Wybierając karierę kolarza zawodowego musisz nie tylko spodziewać się potu, bólu i łez, ale też w większości przypadków tego, że twój tytaniczny wysiłek nie przełoży się na wymierny, zapisany w kronikach sukces. 

    Okazuje się jednak, że ten sport ma o wiele więcej zalet niż sława i pieniądze, ponieważ o zawodowstwie wciąż marzą tysiące młodych ludzi na całym świecie. 

    Zdjęcie okładkowe: louis tricot on Unsplash

  • Sport jako “niezbędna potrzeba życiowa”.

    Sport jako “niezbędna potrzeba życiowa”.

    Nie trzeba pandemii koronawirusa, frenetycznego szturmu na zwifta i trenażery a następnie leśne ścieżki, polne drogi oraz podmiejskie szosy by zobaczyć, że ruch, aktywność i sport zaczęły odgrywać znaczącą rolę w naszym życiu. Po prostu teraz widać to wyraźniej.

    Dane statystyczne vs dane anegdotyczne

    Gdy prześledzimy dostępne wyniki badań okaże się, że Polacy wciąż są narodem, który nie jest zainteresowany aktywnością fizyczną. Maksymalnie 30% z nas rusza się trzy razy w tygodniu w łącznym czasie nieprzekraczającym 90 minut.

    Krótko mówiąc słabo.

    Gdy przychodzi wiosna, naszym narodowym zajęciem jest grillowanie, picie piwa i oglądanie “biało-czerwonych” biegających za piłką. 

    Tak jest w teorii, tak jest w rozumianej statystycznie praktyce. Tak jest też w wielu opracowaniach socjologów czy publicystów. 

    Lubimy o sobie myśleć jako o konsumentach-prostakach, “Januszach i Grażynkach”, nieco tylko uwspółcześnionych archetypach, których ojcem był Ferdynand Kiepski. 

    Tymczasem wystarczy rozejrzeć się wokół, by zobaczyć, jak wielu ludzi tu i teraz zmienia swoje życie: dba o zdrowie, unika chorób cywilizacyjnych uprawiając sport czy poprawiając nawyki żywieniowe. 

    https://www.instagram.com/p/BxMJePiAEsm/

    Gry i zabawy klasy średniej

    Możemy zżymać się na różne widełki płacowe wedle których spora część z nas zalicza się do klasy średniej, zwłaszcza w porównaniu z zamożnymi krajami europejskimi. 

    Trudno jednak polemizować z faktem, że, zwłaszcza od momentu wejścia Polski do Unii Europejskiej, niemal nieustająco żyło nam się z roku na rok coraz lepiej. Przynajmniej części z nas. 

    To nic, że na kredyt, wszak w ten sposób funkcjonuje większość współczesnego świata, ale napawaliśmy się konsumpcją kupując samochody, mieszkania, elektronikę i ciuchy z sieciówek. A także spędzając sporo czasu w podróżach, zwiedzając Europę, Azję, Afrykę, latem wygrzewając się na chorwackim wybrzeżu a zimą szusując na stokach włoskich Dolomitów. 

    Gdy już nasyciliśmy pierwszy głód, przyszedł czas na zaspokajanie kolejnych potrzeb. Z kartami Multisport w portfelu zapisaliśmy się na siłownie, ruszyliśmy do Decathlonów po leginsy i buty do biegania, kupiliśmy rowery i zostaliśmy sportowcami. 

    https://www.instagram.com/p/B8Y0XrrHWBb/

    Tłok na bulwarach

    Tak, to wciąż jest niewielki procent społeczeństwa. Tak, sport amatorski to często domena najbardziej zamożnych 25% społeczeństwa, zarabiających ponad 5000zł netto. Ale po pierwsze nie tylko nich, a po drugie to na tyle duża grupa, że staje się wyraźnie zauważalna. 

    W wiosenne popołudnia popularne miejsca rekreacji są zwyczajnie zatłoczone. Biegacze, kolarze, rolkarze, chodzący z kijkami okupują przestrzeń publiczną. 

    Nawet, jeżeli frekwencja na maratonach w największych aglomeracjach nie bije już rekordów, od przynajmniej dekady faktycznie “Polska Biega”. Biegają nie tylko miasta, biegają przedmieścia, biegają też wsie. 

    Peletony kolarzy przestały być elitarnymi towarzystwami wzajemnej adoracji, za to każdego dnia niezliczone grupy o różnym poziomie sformalizowania i zaawansowania umawiają się na wspólną jazdę. Jest ich na tyle dużo, by stopniowo oswajać kierowców z obecnością trenujących kolarzy na drogach publicznych.

    Moje prywatne wspomnienie z początku lat 2000 przywołuje obraz samotnej Sylwii Korzeniowskiej (siostry Roberta), jednej z nielicznych osób, które zimą na krakowskich Błoniach trenowały cokolwiek. Obecnie, po 20 latach można w to miejsce wybrać się o dowolnej porze zarówno roku jak i dnia, by spotkać pasjonatów sportu. Jest nas dużo, jesteśmy widoczni i tak samo, jak grillujemy, masowo uprawiamy też sport.

    We wspomniane wcześniej słoneczne popołudnia frekwencja amatorów spędzania aktywnego czasu na świeżym powietrzu jest tak wysoka, że samo poruszanie się zarówno w tym, jak i w setkach innych podobnych miejsc w kraju staje się zwyczajnie uciążliwe. A mimo to ludzie przychodzą, biegają, jeżdżą…

    "Profidea dla Kobiet" to jedna z popularnych grup kolarskich, które budują lokalną społeczność pasjonatek sportu. Zdjęcie przedstawia grupę rowerzystek korzystających z przeprawy promowej.
    „Profidea dla Kobiet” to jedna z popularnych grup kolarskich, które budują lokalną społeczność pasjonatek sportu.
    Fot. https://www.instagram.com/profideadlakobiet/

    Karbon to nowy mercedes?

    Dotarliśmy już do momentu, w którym dbanie o siebie stało się wyznacznikiem statusu społecznego. 

    Karbonowy rower szosowy, uczestnictwo w triathlonie, opieka trenera personalnego czy współpraca z dietetykiem stały się modne. 

    Dla części wyższej klasy średniej sport jest wyznacznikiem prestiżu. Kolejnymi krokami rozwoju cywilizacyjnego mogą być już tylko uczestnictwo w kulturze wysokiej, społeczna odpowiedzialność biznesu i dobroczynność. 

    Prawnicy, właściciele prywatnych praktyk medycznych, senior developerzy kupują drogie rowery na fakturę vat, jeżdżą do Calpe i przygotowują się do połówki Iron Mana pod okiem specjalistów trenujących nie tylko biznesmenów, ale też reprezentantów kraju. 

    Spośród różnych aktywności, wydatków i kaprysów dobrze sytuowanej kadry menadżerskiej akurat te wydają się być nie tylko mało szkodliwe, ale zwyczajnie najmniej głupie.

    Mówiąc już całkiem brutalnie, mogliby oni, niczym Kuba Wojewódzki parkować swoje Maserati na miejscach dla niepełnosprawnych a w zamian tego jedyne, co “złego” robią to zajmują z kolegami pas ruchu na podmiejskiej szosie.

    https://www.instagram.com/p/B_YBUa4lm15/

    Nowe koła zamiast telewizora

    Równocześnie klasa średnia “biurowa”, czyli ta, która na co dzień przegląda tabelki w Excelu i zatwierdza milionowe przelewy w wielkich korporacjach, samemu żyjąc za średnią krajową (czyli wciąż niemało jak na nasze warunki) podejmuje ważne życiowo wybory.

    Czy większą korzyść przyniesie zakup nowych kół czy trening na zgrupowaniu? Czy domowy budżet udźwignie zarówno start w wyścigu etapowym i kilkudniowy urlop, czy też może wakacje padną ofiarą sportowej pasji? I wreszcie czy lepiej kupić nowy telewizor, czy miernik mocy. No chyba, że ten telewizor będzie ekranem używanym do zwifta, to może da się upiec dwie pieczenie na jednym ogniu.

    W hierarchii potrzeb coraz większej grupy Polaków sport, rozumiany nie tylko jako wypełnienie normy WHO (“3x30x130”), ale coś więcej: hobby, pasja, może nawet sposób na życie, awansuje na ważne miejsce. 

    Trudno oszacować, ilu nas jest. 2%? 5%? 12%? 

    To niełatwe, bo wyznaczenie granicy między rekreacją i sportem amatorskim a następnie sportem amatorskim i sportem wyczynowym jest podobnie skomplikowane co określenie, w którym miejscu zaczyna się łysina. 

    https://www.facebook.com/ZwiftPolska/photos/rpp.254535521870786/546567279334274/

    Amator w czasie pandemii

    Gdy działający w chaosie rząd, próbując bronić nas przed koronawirusem ograniczył przemieszczanie się i uprawianie sportu na zewnątrz, kolarze-amatorzy zaczęli wykupywać trenażery i masowo dołączać do społeczności Zwifta. Obecnie, mimo sporej bariery wejścia do tego systemu, grupa na facebooku zrzeszająca fanów wirtualnego ścigania liczy ponad 8000 osób. Biorąc pod uwagę, że Polski Związek Kolarski od kilku lat wydaje rocznie ok. 2000 licencji a w dobry, wiosenny weekend na zawodach w całym kraju pojawia się około 5000 uczestników, to liczba zaiste imponująca. 

    Zamknięcie lasów spotkało się z falą niezadowolenia a następnie, podczas luzowania restrykcji przynajmniej kilkaset osób wysłało email do stosownego ministerstwa z prośbą o możliwość treningu na terenach zielonych bez maseczek na twarzy. 

    W sytuacji, gdy gros obywateli pracuje z domu, ograniczając wyjścia do sklepów, pracy czy znajomych, zarówno sportowcy-amatorzy jak i po prostu ludzie, dla których ruch jest nieodzownym elementem codzienności stali się lepiej widoczni. 

    Gdy zabrakło turystów a studenci i uczniowie zostali odesłani do domów jesteśmy jedną z nielicznych grup społecznych obecnych w przestrzeni publicznej.

    Dzielnie znosiliśmy niedogodności treningu w domu, ukrywaliśmy się na polach i w lasach niebędących własnością państwa a obecnie męczymy się podejmując wysiłek z zasłoniętą twarzą.

    https://www.instagram.com/p/B_cbExGFvNe/

    Jedyne, co nam zostało?

    W czasach, w których tak wiele aktywności ma charakter wirtualny, trudno się dziwić, że poszukujemy kontaktu z fizycznością. 

    Nawet nie chodzi o słynny “kontakt z naturą”, ale o zwykłe doświadczenie wysiłku fizycznego. Jeżeli spora część prac ma charakter intelektualny (do tego odtwórczy) a stres wiąże się głównie z emocjami, ból mięśni, podniesione tętno i przyspieszony oddech pozwalają zachować niezbędny balans między ciałem i umysłem. 

    Idąc dalej tym tropem, zawodowa kariera wielu z nas, poza aspektem finansowym, nie daje poczucia szczególnego sensu. Doskonalenie i awanse są pozorne, wpływ na procesy niewielki a końcowy efekt pracy często niewidoczny.

    Sport staje się więc jedną z bardziej dostępnych i możliwych do przeprowadzenia form rozwoju osobistego, realizacji aspiracji i zachowania zdrowia psychicznego. “Niezbędną potrzebą”, od której zaspokojenia zależy nasze być albo nie być w sytuacji, gdy te bardziej tradycyjnie rozumiane są tak czy inaczej zabezpieczone. 

    Mam też wrażenie, że w  tak niepewnych czasach, wymierny charakter uprawianego sportu: ogólnych postępów, mocy, realizowanego planu treningowego, daje poczucie minimalnej kontroli i sprawstwa. 

    W skrajnej wersji ów mechanizm znany jest z zaburzeń odżywiania, jednak w łagodnym przebiegu sportowej “choroby”, struktura dnia, mikro czy makrocyklu jaką daje trening może być bardzo cenna dla jednostki postawionej przed otaczającym nas chaosem pandemii. 

    Koniec końców nawet, jeśli przymus “treningu, który musi zostać odbyty” nieco wymknie się spod kontroli, wciąż będzie to nie tylko uzależnienie społecznie akceptowalne, ale też jako jedno z nielicznych mające całkiem sporo zalet.  

    Bibliografia: 

    1. Badanie Aktywności Fizycznej Polaków, 2018, Kantar dla MSiT https://msit.gov.pl/download/1/15795/BadaniepoziomuaktywnoscifizycznejspoleczenstwaAnalizawynikow2018v5.pdf
    2. Polacy lubią się spocić po pracy, 2018, Business Insider o badaniu Kantar dla Benefit System
      https://businessinsider.com.pl/sport/polacy-i-sport-raport-multisport-index-2018/q9qy25y
    3. Podsumowanie ogólnopolskiego badania wynagrodzeń, wynagrodzenia.pl, 2018 https://wynagrodzenia.pl/artykul/podsumowanie-ogolnopolskiego-badania-wynagrodzen-w-2018-roku
    4. Ilu jest w Polsce kolarzy, analiza liczby wydanych licencji kolarskich w Polsce, 2016 https://xouted.com/2016/02/ilu-jest-w-polsce-kolarzy/
    5. Wyniki – 30-31 marca 2019 https://mtb-xc.pl/2019/04/01/wyniki-30-31-marca-2019/
    6. Frekwencja na polskich maratonach ostro pikuje https://biegowe.pl/2018/10/frekwencja-na-polskich-maratonach-ostro-pikuje-co-jest-tego-powodem.html
  • Co zmienić w pro kolarstwie?

    Co zmienić w pro kolarstwie?

    Każdy kryzys przynosi zmiany. Kolarstwo zawodowe, jak większość świata zamarło w czasie pandemii koronawirusa. Ucierpi także z powodu kryzysu gospodarczego. Co zatem powinno zmienić się w naszym ulubionym sporcie, by ten trudny okres przekuć w długoterminowy sukces?

    Epoka “marginal gains” i wielkich budżetów

    Odwołane wyścigi w pierwszej części sezonu 2020 to wydarzenie bez precedensu. Na masową skalę do tej pory imprezy kolarskie nie odbywały się właściwie tylko z jednego powodu: globalnych konfliktów zbrojnych. Zresztą nawet pierwsza i druga wojna światowa nie wyłączyły kolarstwa w 100%. 

    Niewątpliwie rok pandemii będzie cezurą dla kronikarzy wielu dziedzin życia, wliczając w to kolarstwo zawodowe.

    Jedną z dat, kiedy rozpoczęła się poprzednia “era” był sezon 2011. To wtedy zaczęły działać paszporty biologiczne, a Cadel Evans wygrał Tour de France podczas którego po raz pierwszy od końca lat ‘80 XXw zawodnicy jechali w tempie możliwym do osiągnięcia bez niedozwolonego wspomagania. 

    W 2019r budżet Team Ineos był przynajmniej trzykrotnie wyższy niż największy budżet drużyny US Postal. Nawet mniejsze ekipy World Touru operują na kilkunastu milionach Euro.

    Choć w ciągu kolejnych sezonów peleton przyspieszał, wciąż większość rekordów z “ery epo” nie została pobita, a zwłaszcza czasy podjazdów uzyskiwane przez Armstronga czy Pantaniego.

    Za sporą część postępu zaczęła odpowiadać technologia: aerodynamika, ergonomia, monitorowanie coraz większej liczby parametrów organizmu. Wiele zmian zaszło także w podejściu do treningu czy odżywiania. Poszukiwanie “zysków granicznych” znanych szerzej jako “marginal gains” stały się obowiązkiem każdego, kto chciał się liczyć w walce o czołowe lokaty choćby średnio istotnych wyścigów. 

    Kilkumiesięczna przerwa, restrykcje związane z epidemią, zawirowania zarówno na światowych jak i lokalnych rynkach, kłopoty finansowe czy wręcz bankructwa sponsorów i organizatorów imprez zmuszą kolarski świat do przewartościowania dotychczasowego sposobu funkcjonowania i zmiany. 

    Dopingowa lustracja i abolicja

    W czasach kryzysu nie ma miejsca na niedopowiedzenia. Choć kolarstwo zawodowe jest w awangardzie dyscyplin walczących z dopingiem, wciąż kojarzone jest z niedozwolonym wspomaganiem. Ba, w wielu sytuacjach kolarz jest po prostu synonimem “koksiarza”, nawet jeśli w wielu innych sportach nielegalne poprawianie osiągów to codzienność. 

    Wygląda na to, że epidemia dopingu została do pewnego stopnia opanowana. Owszem, kolarstwo nie wyrugowało używania epo, transfuzji, testosteronu, leków będących w fazie badań klinicznych czy wreszcie silniczków ukrytych w rowerach, ale poczyniono wiele kroków, by stosowanie całego, nielegalnego arsenału wyraźnie ograniczyć. 

    Lance Armstrong prowadzący podcast „The Move” wraz z innymi, skompromitowanymi kolegami odniósł spory sukces komercyjny. Nie musi nic udawać, może wprost zapytać swojego „kumpla od igły” Hincapiego: „George, powiedz co sądzisz, ale szczerze, przecież my już teraz nie kłamiemy”.

    Zgodnie z dostępną wiedzą można wnioskować, że w drugiej dekadzie XXIw dało się wygrywać najważniejsze wyścigi “na czysto”. Nie znaczy to, że wszyscy zwycięzcy klasyków, etapówek i wielkich tourów byli 100% uczciwi, ale w przeciwieństwie do sytuacji sprzed 15 czy 25 lat można założyć, że przynajmniej część z nich grała fair. Dla porównania nie pomylę się bardzo jeśli stwierdzę, że pod koniec lat ‘90 w peletonie np. Tour de France kolarzy nie stosujących dopingu można było policzyć na palcach jednej ręki. 

    Z tym wiążą się daleko idące konsekwencje. Wielu bohaterów “epoki epo” po zakończeniu wyczynowej kariery związało się z kolarstwem. Są dyrektorami sportowymi, menedżerami, trenerami, czy komentatorami. 

    A to oznacza jedno: mimo najszczerszych chęci kolarstwu jako takiemu wciąż jest trudno zaufać. 

    Zasada “zera tolerancji” nie sprawdziła się choćby w niedalekiej przeszłości gdy Team Sky zwalniał współpracowników niegdyś zamieszanych w doping. Zamiast niej lepszym pomysłem byłaby pełna transparentność. 

    Choć rozliczenia systemów komunistycznych w Europie środkowej to nie jest przykład najlepszego rozwiązania rozliczenia wcześniej popełnionych grzechów, być może jedynym ratunkiem na wyczyszczenie wizerunku kolarstwa byłby właśnie rodzaj lustracji połączonej z dopingową abolicją. 

    Przy zawodowym peletonie mogliby zostać tylko ci, którzy zagraliby w otwarte karty. W zamian nie groziłaby im kara, odebranie tytułów czy nagród. W końcu moglibyśmy ruszyć naprzód, nie zastanawiając się nad tym, czy ten dyrektor sportowy współpracował czy nie z jednym z “magików-hematologów”, zadaniem trenera byłoby udowodnienie, że zerwał kontakty z dostawcą “koksu” z czasów gdy sam się ścigał, a komentator mógłby otwarcie wspominać historie sprzed 20 lat oraz rzetelnie porównywać jazdę obecnych herosów z wyczynami bohaterów “ery epo”. 

    Transparentność, której wciąż brak w wyczynowym kolarstwie może być istotnym czynnikiem w pozyskiwaniu nowych sponsorów. A ci w czasach postpandemicznych będą na wagę złota.

    Czas na wspólnotę?

    Kolarstwo zawodowe w wielu kwestiach jest ostoją konserwatyzmu. Nowinki techniczne akceptowane są przez zarządzającą tym sportem UCI niezmiernie ostrożnie. Próby zmiany formatu rozgrywania imprez spotykają się z oporem środowiska, nawet drobne modyfikacje tradycyjnych tras stają się powodem do sporów. 

    Elementem, który trzyma kolarstwo niemal w czasach jego powstania jest model społeczno-ekonomiczny, zupełnie nieprzystający do współczesnych realiów. 

    Grupy zawodowe to de facto agencje reklamowe, w większości zatrudniające zarówno zawodników jak i ich obsługę w oparciu o kontrakty B2B. 

    Sporą częścią najważniejszych wyścigów zarządza kilka korporacji związanych z mediami, od których decyzji, np. przyznaniu “dzikiej karty” zależy być albo nie być mniejszych zespołów. 

    Rzeczone korporacje są w ciągłym, jeśli nie konflikcie, to przynajmniej próbie sił z UCI, ta zaś nie jest dostatecznie silna by np. skutecznie walczyć z dopingiem. 

    Indolencja UCI łatana jest nie tylko przez WADA, międzynarodową agencję antydopingową, ale też często przez narodowe organizacje takie jak francuska AFDL czy włoski komitet olimpijski (CONI). 

    Dla odmiany federacja kolarska jest na tyle wpływowa, by redukować znaczenie oddolnych inicjatyw takich jak MPCC (Ruch na Rzecz Wiarygodności Kolarstwa), CPA i TCA (związki zawodowe kolarzy i kolarek) czy Velon (poszukującą nowych formatów imprez i źródeł finansowania drużyn). 

    Gwarancje bankowe wpłacane do UCI jako kaucja na poczet ewentualnie niewypłaconych wynagrodzeń to za mało. Każda drużyna to przynajmniej kilkadziesiąt osób, poza eksponowanymi postaciami jak kolarze i zarząd, także masażyści, mechanicy, kierowcy, kucharze, lekarze, marketingowcy czy rzecznicy prasowi. Krótko mówiąc, to takie “średnie przedsiębiorstwo” z rocznym obrotem na poziomie od kilku do kilkudziesięciu milionów Euro. 

    Sytuacja, w której zespoły-przedsiębiorstwa skazane są wyłącznie na komercyjnych sponsorów powoduje, że ich byt jest bardzo niestabilny. Jak na sport tak przywiązany do tradycji, same drużyny to efemerydy z nielicznymi przykładami z historią sięgającą lat ‘80 XXw. 

    W całej układance, jaką jest kolarstwo zawodowe, ci bez których samo w sobie by nie istniało, czyli właśnie kolarze i kluby stoją na zdecydowanie słabszej pozycji. 

    Upodmiotowienie nie tylko zespołów-firm, ale też ich pracowników: sportowców oraz obsługi powinno być jednym z celów na nadchodzące lata. 

    Gdy kolejne ekipy popadają w tarapaty finansowe jak mantra powraca postulat Olega Tinkova o konieczności podziału zysków z praw transmisji telewizyjnych między zespoły. 

    Nawet, jeśli nie mówimy tu o kwotach znanych ze sportów zespołowych umożliwiłoby to zabezpieczenie przyszłości ekip, częściowe uniezależniło je od kaprysów sponsorów czy wahań na rynku a także, realnie je upodmiotowiło. 

    Brak tożsamości i archaiczny model biznesowy

    Wspomniałem już, że najstarsze zespoły istnieją zaledwie kilkadziesiąt lat w sytuacji, gdy samo kolarstwo wyczynowe ma ich około 130. 

    Efekt jest taki, że nie kibicujemy drużynie Abarca Sports, tylko Banesto->Illes Baleares, Caisse d’Epargne a obecnie Movistarowi. Nie wspieramy Slipstreamu, tylko Garmin, Cannondale a teraz EF. 

    W wielu sportach zespoły korzystają ze sponsorów tytularnych, jednak wciąż zachowują swoją tożsamość, wiążą z nią fanów i ją monetyzują. Bez względu na to, czy mówimy o grach zespołowych czy wyścigach samochodowych. 

    Owszem, niektóre projekty kolarskie mają charakter narodowy czy regionalny, skupiają się na pozyskiwaniu zdolnych zawodników wspieranych przez lokalnych sponsorów. Bywa też, że poniżej ekipy World Touru mniej lub bardziej oficjalnie funkcjonuje drużyna młodzieżowa czy juniorska. 

    To jednak nie wszystko. Drużyny pozbawione tożsamości często bazują na najprostszym, by nie powiedzieć prymitywnym modelu sponsoringu. 

    Gdy już uda im się rozpocząć współpracę z firmą wykładającą określony budżet, w zamian oferują jedynie ekspozycję logo i nazwy. Co więcej, takie podejście mają również sami sponsorzy, czego przykładem może być zaangażowanie Dariusza Miłka i jego marki CCC. 

    Miłek od lat wydaje miliony na sponsorowanie kolarstwa, równocześnie nie korzystając z wizerunkowych dobrodziejstw, jakie niesie ze sobą wspieranie sportu. Choć mija 20 lat od kiedy logo “Cena Czyni Cuda” jest obecne na koszulkach kolarskich, poza licznymi epizodami sportowcy nie zostali włączeni w komunikację marketingową firmy.

    Na drugim biegunie można postawić zespół Jonathana Vaughtersa, obecnie znany jako “Education First”. Owszem, amerykańska ekipa kilkukrotnie ratowała się od bankructwa. Owszem, nie operuje na imponującym budżecie. I tak, jej szef jest postacią kontrowersyjną. 

    Ale trzeba przyznać, że zespół Education First jest prekursorem profesjonalnego podejścia do marketingu w kolarstwie. Vaughters wprowadził charakterystyczny dla swojej ekipy element identyfikacji wizualnej (romby “argyle”). Niemal od początku stawia na dostarczanie kibicom i mediom atrakcyjnych treści: najwyższej jakości materiałów audiowizualnych, tekstów, szeroko pojętego “contentu”. Gdy zauważył, że na szosie nie ma dość historii do opowiedzenia, zaczął wysłać swoich zawodników a to na szutry a to w teren, by pracować na wizerunek zarówno swojego zespołu jak i wspierających go sponsorów. 

    W końcu wreszcie sam Vaughters buduje swoją markę osobistą, publikując w prestiżowych mediach materiały dotyczące biznesowych korzyści płynących z wspierania kolarstwa. 

    Gdy porównamy to do prostego układu “pieniądze za logo na koszulce” pokuszę się o stwierdzenie, że jeden z tych modeli jest skazany na wymarcie, szczególnie w czasach, gdy firmy będą długo oglądały każdego dolara zanim wydadzą go na sponsoring. 

    Ewolucja wyścigów jest nieuchronna

    Każdy wyścig chciałby być jak Strade Bianche. Istniejąca zaledwie trzynaście lat impreza powstała na bazie nostalgii, mody na styl vintage i na amatorskiego gran fondo na starych rowerach to przykład kolarskiego produktu idealnego. 

    Dzięki swojej unikalności zawody na toskańskich “białych drogach” szybko zdobyły prestiż, ekspozycję w mediach i uznanie fanów. Bez wielu lat tradycji, łamiąc kolarski konserwatyzm Strade Bianche przeskoczył w hierarchii większość imprez jednodniowych, nie licząc jedynie monumentów. 

    Sukces Starde Bianche marzy się każdemu organizatorowi wyścigów kolarskich.

    Stał się wzorem dla innych, którzy zaczęli kopiować Włochów włączając do programu swoich imprez różne niespodzianki w rodzaju wizyt na brukach, szutrach, drogach polnych czy prowadzących przez winnice.

    Z kolei etapówki stopniowo się eksternalizuje. Od czasu wprowadzenia (znów przez Włochów) do panteonu kultowych podjazdów słynnego Mortirolo trwa wyścig na poszukiwanie nieprzeciętnych stromizn. Zoncolan, Angliru, La Planche des Belles Filles, Bola del Mundo, Los Machucos i wiele, wiele innych stały się nie tylko oczekiwanymi co wręcz obowiązkowymi punktami na trasach wielkich tourów. 

    Etapów “płaskich jak stół” mamy teraz jak na lekarstwo. Coraz częściej w niedalekiej odległości od kreski wyrastają niewielkie pagórki, które wymagają od sprinterów nie tylko szybkości, ale też wytrzymałości. To z kolei rzutuje na typ kolarza, który może odnosić sukcesy w najważniejszych momentach sezonu. 

    W poszukiwaniu spektaklu skracane są odcinki górskie a także ograniczana jest obecność jazdy na czas, co ma zmuszać liderów do ofensywnej jazdy.

    Pojawiają się nowe formaty wyścigów, czego przykładem była “Hammer Series” oparta o widowiskową rywalizację “na dochodzenie”. 

    Najlepsze momenty widowiskowej „Hammer Series”, projektu, który ma problem przebić się przez konserwatyzm UCI.

    Ostatni raport dotyczący wizerunku hiszpańskiej Vuelty pokazuje, że ewolucja formuły nawet imprezy takiej jak wielki tour spotkała się z ciepłym przyjęciem widzów. Jeszcze dziesięć lat temu oglądalność VaE regularnie malała. Po kilku testach i eksperymentach okazało się, że dość szybko można z imprezy będącej właściwie wewnętrzną rozgrywką gospodarzy zrobić spektakularny spektakl z międzynarodową obsadą gwiazd. 

    Zatem tak samo jak w przypadku marketingu drużyn zawodowych, można spodziewać się, że tendencja dostarczania jak najbardziej atrakcyjnych treści, tym razem przez organizatorów imprez powinna się utrzymać. 

    Tylko w ten sposób będzie można zachować swoją pozycję na rynku a nawet myśleć o wprowadzaniu nowych produktów (bo wyścig to przecież też produkt). 

    W tym kontekście widzę poważny problem dla wydarzeń pokroju naszego Tour de Pologne, holednersko-belgijskiego Eneco Tour, czy kolejnych reaktywacji wyścigów w Niemczech. Muszą wymyślić lub odnaleźć swój, unikalny charakter, który spowoduje, że staną się niezależnymi markami a nie tylko kolejnymi w kalendarzu okazjami do zdobycia nieistotnych punktów rankingowych. W przeciwnym wypadku czeka je albo likwidacja albo włączenie do portfolio ASO lub RCS. 

    Globalne kolarstwo – koniec czy początek?

    W ostatnich latach World Tour stał się faktycznie globalny. Sezon został wydłużony, poważne ściganie zaczyna się już w połowie stycznia. Zawodowy peleton chętnie korzysta z entuzjazmu Australijczyków a także arabskich dolarów. 

    Scenariusz pesymistyczny na kryzysowe czasy to taki, że w zdemolowanej pandemią i recesją Europie wiele tradycyjnych imprez upadnie, w związku z czym ściganie będziemy oglądali tylko w telewizji transmitowane z krajów, które stać na takie zabawy. Czyli np. z Emiratów Arabskich, Omanu czy Bahrainu. 

    Niewiadoma jest przyszłość Tour of California, który odwołał się “zanim to było modne” z powodów finansowych i zapowiedział powrót w 2021r. 

    Trudno stwierdzić, jak w perspektywie ograniczonych budżetów drużyn zawodowych będzie wyglądała styczniowa wizyta w Australii. O ile oczywiście będziemy mogli mówić o bezproblemowym przemieszczaniu się przez pół świata. 

    Poza pandemią i jej konsekwencjami warto w nawet średnioterminowych planach brać pod uwagę zmiany klimatu. Może się okazać, że wydłużony do października czy listopada sezon 2020 otworzy nowe możliwości do regularnego ścigania się późną jesienią. 

    Przymusowa, przynajmniej kwartalna przerwa może też wpłynąć na przebieg karier wielu zawodników. Te kilka miesięcy bez rywalizacji na najwyższym poziomie może pomóc złapać drugi oddech wyeksploatowanym organizmom. 

    Chris Froome zdołał dokończyć rehabilitację, Alejandro Valverde zbiera siły na przesunięte o rok Igrzyska w Tokio a specjaliści wiosennych klasyków będą budowali szczyt formy na jesień a następnie bez tradycyjnego “offseasonu” zaledwie chwilę później rozpoczną kolejną kampanię na brukach. 

    Tak zaburzona, wieloletnia rutyna może wywrócić do góry nogami układ sił w zawodowym peletonie nawet bardziej niż problemy z finansowaniem, upadające wyścigi czy ewoluujące w niewiadomym kierunku procesy globalizacji.

    Jakby na to nie patrzeć, kolarstwo zawodowe to wciąż sport, w którym o wyniku decydują ludzie a wszystkie te perturbacje najbardziej odbiją się właśnie na nich. A nie na firmach, korporacjach czy federacjach. 

    Zdjęcie okładkowe: Simon Connellan on Unsplash

  • Zaskakujący dzień. Serial dokumentalny o drużynie Movistar.

    Zaskakujący dzień. Serial dokumentalny o drużynie Movistar.

    Jeśli śledząc wielkie toury poddajecie w wątpliwość taktykę poszczególnych zespołów lub krytykujecie dyspozycję zawodników, “Zaskakujący dzień” to pozycja obowiązkowa do obejrzenia. Po trzech godzinach z dyrektorami sportowymi i kolarzami Movistaru kolarstwo zawodowe nie będzie już dla was takie samo. 

    Sześć półgodzinnych odcinków prowadzi nas przez najważniejsze momenty sezonu 2019 w wykonaniu hiszpańskiego zespołu. Dla Movistaru, drużyny z czterdziestoletnią tradycją, zawsze najważniejsze były wielkie toury. 

    W każdym z nich podopieczni Eusebio Unzue rywalizowali nie tylko z konkurencyjnymi zespołami, ale też wewnątrz własnego teamu. 

    Obserwujemy więc nie tylko pojedynki na szosie, ale też starcia charakterów: Mikela Landy, Richarda Carapaza, Nairo Quintany, Alejandro Valverde i Marca Solera a także dyrektorów sportowych, którzy są równoprawnymi bohaterami tej opowieści. Wspomniany Unzue, Jose Vicente Garcia Acosta, Jose Luis Arieta, Pablo Lastras i Max Sciandri dają możliwość zrozumienia niektórych wydarzeń, których świadkami byliśmy śledząc wyścigi w relacjach Eurosportu. 

    Movistar jest bowiem zespołem, który często jest krytykowany za złą taktykę, niezrozumiałe decyzje personalne czy kontrowersyjne zachowania w peletonie z łamaniem niektórych ważnych, acz niepisanych zasad włącznie. 

    Wielu zarówno kibiców jak i zawodowych czy pół zawodowych komentatorów kolarstwa w swoich ocenach kieruje się trudnym do zrozumienia przeświadczeniem o nieomylności menadżerów drużyn oraz nadludzkich możliwościach samych sportowców. 

    Tymczasem “Niespodziewany dzień” pokazuje, że mimo doświadczenia i profesjonalizmu błędy zdarzają się każdemu, wahania formy przytrafiają się niezależnie od wcześniejszych planów i przygotowań a przedsięwzięcie, jakim jest wielki tour to niemal żywy, dynamiczny organizm, który potrafi zaskoczyć największych wyjadaczy. 

    Mnogość zmiennych: od trudnych do przewidzenia ludzkich emocji po niezależne siebie siły natury powodują, że wiele kwestii trzeba rozwiązywać w ciągu kilku chwil, równocześnie patrząc w ekran monitora, prowadząc samochód w zatłoczonej kolumnie wyścigu i podając bidony.

    Krótko mówiąc ten serial, choć mocno niszowy i pozornie przeznaczony dla najbardziej zaangażowanych fanów kolarstwa powinien być lekturą obowiązkową dla każdego, kto poświęca godziny przed ekranem na śledzenie sportu rowerowego. A zwłaszcza dla tych, którzy następnie na ten temat publicznie się wypowiadają. 

    “Zaskakujący dzień” 
    Reż. Jose Larraza, Marc Pons
    6 odcinków (22-39’)
    Serial w marcu 2020 jest dostępny na platformie Netflix

    PS “Zaskakujący dzień” dostępny jest po hiszpańsku z polskimi napisami. Niestety napisy są na poziomie tłumaczenia przez niezbyt zaawansowany, automatyczny translator. Poza tym drobnym mankamentem to świetna sprawa. Obraz jest znakomicie sfotografowany i zmontowany a zarówno twórcom jak i samej ekipie Movistar należą się gratulacje za bezkompromisowe podejście do tematu. To mogła być niewiele wnosząca hagiografia Eusebio Unzue czy Alejandro Valverde a dostaliśmy nieunikający kontrowersji, szczery obraz dynamiczny niczym najlepsze etapy wielkich tourów.

    A teraz jeszcze mały SPOILER
    .
    .
    .
    .
    .
    .
    .
    .
    Nigdy wcześniej nie widzieliście Nairo Quintany, który tak często by się uśmiechał. Serio!

  • Jazda solo to styl życia

    Jazda solo to styl życia

    W sytuacji, w której samotna jazda stała się koniecznością, wielu kolarzy tęskni za grupowymi przejażdżkami. Tymczasem #ridesolo może być podyktowane nie przykrymi okolicznościami a osobistym, codziennym wyborem. 

    Każdy ma swoją rutynę

    Od lat jeżdżę w większości sam. Tak jest mi wygodniej i zwyczajnie tak lubię. Mimo stosunkowo elastycznego czasu pracy, przy pełnym etacie wciąż najsensowniej jest mi zrobić trening rano. A rano, jak to rano, każdy ma swoją własną rutynę, swoje sprawy i obowiązki. 

    Zatem od wtorku do piątku po prostu robię swoje. Zazwyczaj są to jakieś ćwiczenia, a te najlepiej wykonuje się bez towarzystwa. 

    Od każdej zasady są wyjątki. Zimą czasem na trenażer wsiadam wieczorem. Z kolei latem, gdy dzień jest dłuższy, idę do biura na ósmą, jadę od razu na rowerze “sportowym” (w przeciwieństwie do codziennego przemieszczania się mieszczuchem) a później wracam do domu o zmierzchu. 

    W weekend, gdy przychodzi pora np. na dłuższą rundę, wolę wybrać się na nią z żoną lub z bliskimi przyjaciółmi, ale i tak przynajmniej jeden z dwóch dni jeżdżę sam. 

    Sam się tak nie zagniesz?

    Żeby nie było wątpliwości. Nie neguję zalet treningu w grupie. Co więcej, jestem świadomy ograniczeń, które daje trening wyłącznie solo. 

    Jazda ze sprawdzonymi partnerami treningowymi albo gonitwa na popularnej “ustawce” to zawsze dobry bodziec. Nawet mając do perfekcji opanowaną analizę pomiaru mocy, doskonałą znajomość swojego organizmu i świetnie zaplanowaną “rozpiskę” solo warunki gry ustalamy sami ze sobą, ewentualnie z trenerem. 

    Tymczasem w grupie nie tylko pod presją postawi nas ktoś inny, ale też może zrobić to w momencie, w którym nie czujemy się w pełni komfortowo. 

    Do tego dochodzą elementy, bez których, zwłaszcza na szosie, trudno sobie poradzić: trening jazdy w peletonie, zmiany, wachlarze, wiele “niepisanych zasad” jak pokazywanie dziur czy sygnalizowanie swoich zachowań i reakcje na innych. 

    Krótko mówiąc, jest spora szansa, że regularnie jeżdżąc w grupie będziesz lepszym kolarzem. Ale…

    Śmierć w oczach

    O ile jeszcze przyjacielskie przejażdżki odbywają się zazwyczaj w zgodzie z zasadami rozsądku, o tyle na treningach mających za cel odrobinę rywalizacji, “sprawdzenie nogi” czy wręcz mniej lub bardziej formalne ściganie, ludziom puszczają hamulce. Dosłownie i w przenośni. 

    Cięcie lewych, “ślepych” zakrętów? Jest. Wyprzedzanie samochodów “na trzeciego”? Proszę bardzo. Sprinty “na tablicę” w pełnym ruchu całą szerokością drogi? Jak najbardziej. 

    Doliczmy do tego zróżnicowany poziom umiejętności jazdy w grupie, emocje związane z koniecznością udowodnienia kolegom kto rządzi na podwórku, rozkojarzenie np. po całym dniu w pracy i… tak, kraksy na środku drogi nie są niczym niezwykłym. 

    Możecie powiedzieć, że to taki urok i elementy wpisane w kolarstwo, ja już dawno temu powiedziałem sobie “dziękuję” a ścigam się na oficjalnych zawodach w zamkniętym ruchu. 

    Rekreacja vs kultura


    Popularność kolarstwa może tylko cieszyć. Natomiast za rosnącym entuzjazmem nie nadąża poczucie, że warto czasem trochę się rozejrzeć wokół siebie. 

    Abstrahując od przepisów ruchu drogowego, pozostaje kwestia kultury i postawienia prawa do spędzania przez siebie czasu w kolarskim peletonie wyżej niż prawa innych rowerzystów lub pieszych do rekreacji czy kierowców do przemieszczania się. 

    Z jednej strony grupa stu kolarzy wygląda super a jazda w niej jest świetnym przeżyciem, z drugiej poczucie siły pochodzące z tzw. “kupy” (skąd rzeczona siła jak wiadomo się wywodzi) to pole do potencjalnych konfliktów. 

    I tak, jazda po zmianach 45km/h w słoneczne popołudnie popularną, rekreacyjną ścieżką rowerową to zwykłe chamstwo, którego nie uzasadniają czyjekolwiek potrzeby treningowe czy społeczne. 

    Nawet w najbardziej liberalnych doktrynach wolność jednostki kończy się tam, gdzie zaczyna wolność drugiej i warto o tym przy treningach grupowych pamiętać. 

    Czas dla siebie

    W erze, gdy z każdej strony jesteśmy atakowani bodźcami: zalewem informacji, powiadomieniami z mediów społecznościowych, wszechogarniającym szumem, te kilkadziesiąt minut czy kilka godzin spędzonych po prostu na jeździe jest po prostu bezcenne. 

    Nie będę przywoływał frazesów o obcowaniu z naturą czy żywiołami, bo nie każdy lubi i ma możliwość jeździć w terenie albo po bocznych, mało znanych szosach.

    Natomiast już sam fakt skupienia się niemal wyłącznie na fizyczności, zarówno tempie jazdy jak i jej technice i odcięcia się od innych kwestii uważam za bezcenne. Nawet, jeśli w międzyczasie kontroluję parametry, pilnuję tempa czy motywuję się do jazdy na określonej intensywności. 

    A przecież jazda to nie tylko trening. To także czas, który można po prostu spędzić z własnymi myślami lub po prostu zrelaksować się izolując od bodźców “współczesnego świata”.

    Jazda solo to zatem szansa na doskonalenie siebie, zarówno psychiczne jak i fizyczne. I choć nie jest pozbawiona pewnych wad (konieczność dodatkowego zadbania o własne bezpieczeństwo, podejmowanie mniejszych wyzwań w trudnym terenie, wspomniany brak bodźców treningowych), jako taka może być nie tylko stylem jazdy, ale wręcz stylem życia. 

    Polecam spróbować, nie tylko w czasach epidemii. 

  • Czy kolarstwo jest gotowe na ściganie indoor?

    Czy kolarstwo jest gotowe na ściganie indoor?

    Bez względu na to, czym zakończy się epidemia wirusa: kryzysem, rewolucją czy jeszcze większą dominacją najbogatszych korporacji, sport w końcu wróci. Rywalizacja online jest jedną z możliwości, pytanie tylko, czy kolarstwo jest na nią gotowe?

    Bez precedensu

    Nawet w najczarniejszych scenariuszach: globalnej pandemii na niespotykaną skalę, wielkiego kryzysu niczym z lat ‘20 XXw, czy innych, nawet ekstremalnych reperkusji, ludzie mają potrzebę rywalizacji. Nie tylko o mięso, papier toaletowy czy cokolwiek innego. 

    Sport towarzyszy nam od zawsze, czy to w formie antycznych igrzysk, czy meczu piłki podczas “rozejmu bożonarodzeniowego” na ziemi niczyjej frontu zachodniego pierwszej wojny światowej

    Masowo odwoływane wyścigi wiosną 2020 to pierwsza tak poważna przerwa w wyczynowym kolarstwie właśnie od obu wojen światowych. Ba, Włosi ścigali się nawet w 1940r gdy w Giro d’Italia triumfował nie kto inny jak Fausto Coppi a wrócili do rywalizacji rok przed Francuzami, w 1946 (wygrał Gino Bartali). Z kolei francuski Paryż-Tours rozgrywany był bez przerwy nawet pod niemiecką okupacją. 

    Ludzie adaptują się do niedogodności i zagrożeń szybciej niż mogłoby się wydawać. 

    Wyścigi F1, choć póki co jako towarzysko-reklamowy “event” już przenoszą się do symulatorów i transmisji online. Biorąc pod uwagę, że UCI w porozumieniu ze Zwiftem i tak zapowiadali rozegranie pierwszych “e-mistrzostw świata” spodziewam się szybkiej reakcji i rozegrania kilku testowych imprez wcześniej. 

    Pytanie tylko, czy jesteśm na to gotowi?

    Sport czy event?

    Pisząc o sporcie mam na myśli faktyczną rywalizację, a nie towarzyskie czy reklamowe wydarzenie promujące tego czy tamtego producenta oprogramowania.

    Czym innym jest bowiem ustawka z kolegami, czy też nawet z tysiącami wirtualnych znajomych a czym innym sformalizowane zawody.

    Mimo zapowiadanej, pilotażowej imprezy mistrzowskiej sądzę, że z wielu powodów kolarstwo nie jest gotowe na rywalizację indoor-online. Nie tylko ze względu na zamknięcie pod dachem ludzi, którzy są przyzwyczajeni do wiatru we włosach, adrenaliny na zjazdach i wchodzących im pod koła, entuzjastycznie wrzeszczących fanów. 

    Kto się zgodzi na 100% transparentność?

    Ściganie online wymagałoby od zawodników największej zmiany mentalnej do tej pory. Rywalizujący na trenażerach kolarze zostaliby zmuszeni do odkrycia najważniejszych kart: masy ciała i generowanej mocy.

    Owszem, wciąż kilku profesjonalistów zachowuje transparentność, udostępniając pełne dane z wyścigów na stravie, ale im bliżej są wielkich sukcesów, tym chętniej je ukrywają. 

    Oceniając np. dyspozycję na kluczowych podjazdach jesteśmy skazani na precyzyjne, jednak wciąż estymacje a weryfikować możemy je dzięki takim śmiałkom jak np. Tadej Pogacar, który póki co wciąż zachowuje przejrzystość i dzieli się swoimi danymi. 

    W trenażerowych wyścigach online to właśnie obserwacja i analiza “cyferek” byłaby jedną z głównych rozrywek, po kilku  wyścigach wszyscy dokładnie znaliby parametry fizjologiczne najlepszych atletów świata. 

    A mogę się założyć, że wielu z nich chętnie zachowałaby te informacje tylko dla siebie i swoich najbliższych współpracowników. 

    15 lat wyścigu technologicznego do kosza?

    W wirtualnym ściganiu wiele elementów udoskonalanych przez ostatnich 15 lat przestaje mieć znaczenie. Miliony a może i miliardy wydane przez całą branżę rowerową na dopracowanie aerodynamiki: ram, kół, kasków, strojów czy pozycji zawodnika przestaje mieć znaczenie. 

    “Zysków graniczynych” znanych szerzej jako “marginal gains” trzeba będzie szukać gdzie indziej w sytuacji, w którym wyścig staje się rozgrywką czysto fizjologiczną. 

    Wspomniana aerodynamika być może nie jest kluczowa dla amatora, ale warto w tym miejscu zaznaczyć, że różnice uzyskiwane dzięki przewadze technologicznej wcale nie były tak marginalne jak wskazywałaby nazwa. Zwłaszcza przy prędkościach rozwijanych przez zawodowców. 

    Z drugiej strony ostatnie torowe mistrzostwa świata pokazały, że to wciąż człowiek a nie maszyna głównie decyduje o wyniku. Rekordy świata na 4km bili bowiem nie Australijczycy na nowym, udoskonalonym modelu Argona a drużyna duńska korzystająca z poprzedniej iteracji, dostępnej nawet dla każdego zainteresowanego klienta indywidualnego. 

    Walka z żywiołem – zapomnij!

    Jednym z kluczowych elementów kolarstwa jest obcowanie z siłami natury. Od tak indywidualnych kwestii jak reakcja organizmu na określoną pogodę: upał, zimno czy deszcz (czego przykładem są regularne problemy Rafała Majki w czasie ochłodzenia czy ulewy) po konieczność sięgania po “protokół ekstremalnych warunków pogodowych”, przerywania etapów czy anulowania wyścigów. 

    Poniekąd atak SARS-Cov-2 to najbardziej doniosła w skutkach ingerencja natury w światowy sport przy której lawina błotna na zeszłorocznym Tour de France to mało znaczący incydent. 

    Jeżeli jedną ze zmian, które wywoła będzie przeniesienie się wyścigów do zamkniętych pomieszczeń i rywalizacji online, wyeliminuje to kilka niezmiernie istotnych elementów. 

    Przewagę stracą zawodnicy, którzy do perfekcji opanowali technikę jazdy, na zjazdach, na bruku, w trudnych warunkach. Ci, którzy doskonale “czytają” sytuację w peletonie, wiatr, ukształtowanie terenu.

    Wiele rozstrzygnięć, które wynikały z szybkiej reakcji na zmieniające się warunki, w wirtualnym ściganiu zwyczajnie się nie wydarzy nawet przy rozbudowie modelu odwzorowującego fizykę jazdy czy udoskonaleniu trenażerów. 

    Równe szanse, ale czy na pewno?

    W obecnej formie wyścigi na trenażerach można traktować jedynie jako niezobowiązującą zabawę. Z wielu powodów rywalizacja nie jest i być może nigdy nie będzie równa. 

    Pierwsza kwestia to dokładność sprzętu. Mierniki mocy czy też trenażery, te wyższej jakości i dobrze skalibrowane zapewniają dokładność na poziomie 1%. Choć generalnie można im ufać, jednak czy w sytuacji “być albo nie być” i walce o zwycięstwo na finiszu decydującej o mistrzostwie świata można ten element pominąć?

    W skrajnym przypadku przy mocy 800W różnica między wskazaniami dwóch zawodników może wynosić 16W, przy 1200W – 24W, a na odcinku górskim, przy 450W – 9W. Choć może wydawać się do błahe przy towarzyskiej “ustawce” wygrana “o błysk szprychy” w takim układzie staje się dyskusyjna. 

    Idąc dalej, zakładając, że rywalizacja nie odbywa się w jednej hali, na dostarczonym przez organizatora sprzęcie, znaczenie zaczynają mieć zupełnie inne kwestie niż w przypadku jazdy na zewnątrz. 

    Jeśli wspomniałem o “marginal gains”, jestem sobie w stanie wyobrazić, że zawodnik czy drużyna szczególnie zdeterminowani do odniesienia sukcesu mogą zapewnić sobie jak najbardziej optymalne warunki do “jazdy”. Pomieszczenie z odpowiednią temperaturą, wilgotnością i ciśnieniem to przestrzeń do poszukiwania “marginal gains” w kolarstwie wirtualnym. 

    Myślicie że to bzdura? Cóż, historia rekordu godzinnego pokazuje, że absolutnie nie. Położony na odpowiedniej wysokości obiekt, z wydajną, precyzyjną klimatyzacją niewątpliwie pomaga w osiągnięciu właściwego rezultatu. Nawet, jeśli odejmiemy kwestię gęstości powietrza wpływającą na opór aerodynamiczny, to właśnie temperatura, wilgotność i nawiew mogą przesądzić o zwycięstwie lub porażce w wyczynowym trenażerowaniu. 

    Ostatnia kwestia to doping technologiczny. UCI stawia dopiero pierwsze kroki w detekcji modyfikowanego sprzętu, do którego ma dostęp podczas tradycyjnych wyścigów. Jak więc rozwiązać problem modyfikacji trenażerów, rowerów stacjonarnych, ale i samego oprogramowania (np. softu w miernikach)?

    Jedynym rozwiązaniem wydaje się używanie na oficjalnych imprezach homologowanych, dostarczonych przez zewnętrzny podmiot i plombowanych akcesoriów: trenażerów, odbiorników, transmiterów i… wag. Oraz sprawdzanie plomb przed i bezpośrednio po zawodach. 

    Inne kolarstwo – inni kolarze

    Każda z tych kwestii powoduje, że docelowo w kolarstwie trenażerowym wygrywać powinien kto inny niż na szosie. 

    Można sobie wyobrazić, że po kilku sezonach doświadczeń wykrystalizuje się optymalny fenotyp kolarza trenażerowego: proporcje ciała, stosunek mocy do masy, wytrzymałość zarówno na specyficzne warunki fizyczne rozgrywania takich zawodów jak również odporność psychiczna na jazdę w pomieszczeniu. 

    Jestem sobie w stanie wyobrazić, że w początkowej fazie poważnego ścigania “na zwifcie” obecni mistrzowie odnajdą się z powodzeniem, ale długoterminowo, jeśli wyjdziemy z kryzysu epidemiologicznego i ekonomicznego, obie gałęzie sportu wyraźnie się od siebie oddzielą. 

    Ściganie wirtualne, bez względu na rozwój sytuacji z wirusem tak czy inaczej nas czeka. Obecnie można przypuszczać, że nawet na profesjonalnym poziomie doświadczymy go wcześniej niż później. 

    Mimo wszystko życzę i sobie i Wam, aby docelowo było tylko ciekawostką i miłą alternatywą na niepogodę a nie koniecznością. 

  • Coureur (Wyścig). Kolarstwo bardzo mroczne.

    Coureur (Wyścig). Kolarstwo bardzo mroczne.

    Częściowo autobiograficzny film Kennetha Merckena “Coureur” (pol. “Wyścig”) to “the best of” patologii w wyczynowym kolarstwie początków XXIw. 

    Słyszeliście kiedyś o takim zawodniku jak Kenneth Mercken? Nie? W porządku, ja też nie. Jego największym osiągnięciem było mistrzostwo Belgii w jednej z młodszych kategorii wiekowych a szczytem kariery kontrakt z kontynentalną drużyną Flandria. 

    W pewnym momencie życia stwierdził, że zamiast zawodowcem na szosie chce być reżyserem. Skończył szkołę filmową a efektem nowej pasji jest pełnometrażowy debiut “Coureur”.

    To częściowo autobiograficzna historia przedstawiająca doświadczenia Merckena jako utalentowanego zawodnika rozpoczynającego “dorosłe” ściganie w półzawodowej grupie we Włoszech. 

    Plakat filmu "Coureur", pol. "Wyścig"
    Plakat filmu „Coureur”, pol. „Wyścig”

    Ponieważ akcja rozgrywa się na początku XXIw (przed 2005r), dostajemy syntezę opowieści, wywiadów, książek o nielegalnym wspomaganiu: od testosteronu przez stymulanty, hormon wzrostu a kończąc na epo. 

    Biorą wszyscy, wszystko, niemal bez kontroli i konsekwencji. 

    Drugi aspekt “Wyścigu” (pod takim tytułem film dostępny jest w Polsce) to konflikt pokoleń. Główny bohater jest synem kolarza, mierzy się więc z rodzinną tradycją i oczekiwaniami ojca.

    Relacje młodego Felixa, alter ego reżysera i scenarzysty, niemal z wszystkimi są trudne. Z rodzicami, z kolegami, z trenerami, ze znajomymi. Mierzy się z presją wyników, nieznajomością języka, adaptacją w nowym otoczeniu, trenerem-tyranem czy z nadpobudliwymi kolegami z drużyny. 

    Każdy z tych elementów był już wcześniejopisywany w wielu miejscach, zazwyczaj w wywiadach lub książkach “skruszonych” dopingowiczów. 

    Podane razem, w formie wizualnej, z dużą dozą dosłowności powodują, że przygoda z wyczynowym kolarstwem zamiast spełnieniem marzeń staje się wyłącznie ponurą drogą przez cierpienie, wyrzeczenia, konflikty i upokorzenia. 

    Choć całość nie jest ani szczególnie odkrywcza ani wyjątkowo dobrze zagrana, trzeba oddać twórcom, że wykonali solidną pracę odwzorowując realia sportu rowerowego. 

    Mimo, że obecnie tematyka nie szokuje tak bardzo jak jeszcze kilka lat temu, Kenneth Mercken musiał wykazać się pewną odwagą pokazując wiele kwestii, które wciąż objęte są zmową milczenia. Podobnie wygląda sprawa jego osobistych rozliczeń z ojcem, stanowiących równorzędny wątek całej opowieści. 

    Coureur” (pol. Wyścig). Belgia 2018
    Reż. Kenneth Mercken
    92 minuty

    W marcu 2020 film można obejrzeć w HBO Go.