Doping

Dlaczego nie rozmawiamy o dopingu?

Rekord świata w rowerowym zdobywaniu Everestu, czyli jak najszybszym pokonaniu przewyższenia równego najwyższemu szczytowi padł niedawno łupem Alberto Contadora. Ten wyczyn emerytowanego zwycięzcy wszystkich wielkich tourów skłania do powrotu dyskusji o dopingowej zmowie milczenia w kolarskim świecie. 

https://www.instagram.com/p/CCdcH7EKbB0/
Alberto Contador podjechał 8848m w czasie 7:27:20, poprawiając poprzedni rekord należący do Lachlana Mortona o 2’37”

Wszyscy go kochamy

Alberto Contador stał się idolem dzięki zwycięstwom odnoszonym w najważniejszych wyścigach, ale przede wszystkim przez styl, w jakim po nie sięgał. 

Nie tylko błyskotliwie atakował, nie tylko generował bardzo wysoką, być może jedną z najwyższych w historii kolarstwa moc na kluczowych wzniesieniach, ale też jego sylwetka i sposób pedałowania były bardzo charakterystyczne. 

Do tego zasłynął wolą walki, jazdą do końca, skłonnością podejmowania ryzyka i chęcią do zmiany sytuacji nawet, gdy szanse powodzenia były niewielkie. Wreszcie, wypracował sobie pozycję szczodrego mistrza, dzieląc się wygranymi na prestiżowych etapach z pomocnikami czy rywalami. 

Co więcej, po zakończeniu wyczynowej kariery dał się poznać jako zarówno fachowy jak i sympatyczny komentator-ekspert a także animator hiszpańskiego kolarstwa, który dzięki drużynie młodzieżowej próbuje odbudować pozycję tamtejszego sportu rowerowego. 

W fajny sposób prowadzi swoje social media a także, w ramach rozrywki, pobił wspomniany we wstępie rekord Everestingu. Mając niespełna 40 lat podjeżdżał szybciej niż aktywni zawodowcy. 

Mógłby być więc idolem idealnym, gdyby nie kilka kwestii charakterystycznych dla kolarzy jego pokolenia.

https://www.instagram.com/p/B_nabuGJpSd/
Zwycięstwo, którego nie było, czyli Giro d’Italia 2011

Więcej niż tylko dopingowa wpadka

Na skutek pozytywnego wyniku badania próbki pobranej podczas Tour de France 2010, Alberto Contador stracił zwycięstwo w tamtym wyścigu jak również, w ramach dyskwalifikacji, odebrano mu triumf w Giro d’Italia 2011 oraz piąte miejsce w kolejnym Tourze (a także wygraną w Volta a Catalunya). 

W imprezach tych zgodnie z wynikami badań był “czysty”, natomiast startował w trakcie postępowania, które ostatecznie wykluczyło go ze sportu na dwa lata, tym samym anulując osiągnięte w tym czasie wyniki. 

Contador nigdy nie przyznał się do błędu, tłumacząc, że klenbuterol dostał się do jego organizmu na skutek spożycia skażonego tą substancją mięsa. Symboliczna ilość substancji w jego krwi była jednak faktem, choć sam kolarz uważa dyskwalifikację i odebrane tytuły za wielką niesprawiedliwość. 

Być może jednak nieprawości należy szukać gdzie indziej. Contador bowiem, jak wielu swoich rówieśników, jest przedstawicielem pokolenia, które nie zrobiło nic, by poprawić wizerunek kolarstwa a uporczywie milcząc na temat dopingowych praktyk w zawodowym peletonie kierował się głównie egoizmem. 

Michael Rasmussen uznawany jest za sportowego oszusta. Alberto Contador jest idolem.

Pokrętne losy idola

Lista drużyn, dyrektorów sportowych, trenerów i współpracowników hiszpańskiego asa jest niemal radioaktywna. Manolo Saiz, Bjarne Riis czy Pepe Marti to tylko niektórzy z najbardziej “skażonych”. 

Wygrana rywalizacja w jednej drużynie z Armstrongiem, będące farsą zwycięstwo w Tourze z wykluczonym Rasmussenem, kosmiczna wydolność prezentowana u progu kariery (m.in. na podjeździe w Verbier) czy tajemnicze spowolnienie, wraz ze sporą częścią peletonu po wprowadzeniu paszportów biologicznych oraz powrocie z dyskwalifikacji wskazują wprost, że Contador był częścią kultury, która doprowadziła kolarstwo na skraj upadku przynajmniej kilka razy. 

Podobnie jak wielu innych reprezentantów zawodowego peletonu początku XXIw uczył się przy, współpracował i rywalizował z największymi szarlatanami. Nawet jeśli zastosujemy domniemanie niewinności, i założymy, że jest winny jedynie błędu z klenbuterolem, wciąż pozostaje nierozstrzygnięta kwestia tego co widział i słyszał każdego dnia oraz w czym uczestniczyło całe jego otoczenie przynajmniej przez pierwszych sześć lat kariery. 

Brak słowa skruchy, podobnie jak brak jasnej deklaracji po powrocie z dyskwalifikacji o czystej jeździe i zmianie nawyków stawia go w jednym szeregu z Alejandro Valverde, Ivanem Basso czy wieloma innymi gwiazdami, które przyjęły strategię udawania, że nikt nic złego nie zrobił i lepiej pominąć wiele spraw, zamiast popchnąć ten sport w lepszym, czystszym kierunku. 

Owszem, są świetnymi kolarzami i być może znakomitymi, ciężko pracującymi sportowcami. Co więcej, postawą na szosie zyskali aplauz publiczności i podbili jej serca. Będąc miłymi gośćmi łatwiej było im zachować pozycję idoli niż zachowując się jak socjopatyczny oprawca. Nie zmienia to faktu, że milcząc i odcinając kupony od kariery zbudowanej na przemilczeniach, każdy z nich jest równy Armstrongowi. 

W swoim podcascie Lance Armstrong i George Hincapie mówią szczerze. Przecież już nie kłamią ;)

Nierealny scenariusz

Idealną sytuacją byłaby rzetelnie przeprowadzona lustracja połączona z abolicją. By zachować prawo wykonywania zawodu związanego z tym sportem, kolarze przyznają się do grzechów z przeszłości. Co więcej, ponieważ mamy podejrzenie powszechności procederu, nie majstrujemy w tabelach wyników, oznaczamy je jedynie gwiazdką. 

W teorii nikt nic nie traci, wszyscy zyskują. Kończymy ze zmową milczenia a mając świadomość, że obecnie ścigający się zawodnicy chętniej, zamiast szukać odpowiednich wymówek w rodzaju “nigdy nie miałem pozytywnego wyniku testu” deklarują wprost: “nie stosuję dopingu”. W ten sposób moglibyśmy dojść do sytuacji, w której kolarze na koksie to margines. 

Pytanie tylko, czy faktycznie nikt by nie stracił? Czy byłym, “wyspowiadanym” zawodnikom, którzy rowery zamienili na dyrektorskie fotele w profesjonalnych drużynach  byłoby trudniej czy łatwiej pozyskać sponsorów dla swojej działalności? Jak zachowałyby się media? Czy eksperci Eurosportu zachowaliby swoje posady? Poza oczywiście Richardem Virenquiem, który, przynajmniej do części swoich występków przyznał się w trakcie procesu Festiny i Francuzi będą go tak czy inaczej kochać zawsze. 

A co z tymi, którzy po zakończeniu kariery rozstali się ze sportem i prowadzą swoje firmy. Jak na ich, jawną, transparentną, ale już oficjalnie nazwaną “brudną” przeszłość patrzyliby biznesowi partnerzy?

Omerta wciąż ma się świetnie, także u nas

O ile wspomniana lustracja połączona z abolicją są bardziej koncepcją filozoficzną niż możliwym do sprawnego przeprowadzenia rozwiązaniem (o czym przekonały się kraje postkomunistyczne, w tym Polska próbując rozliczyć 50 lat historii w radzieckiej strefie wpływów), o tyle być może pogodzenie ze sobą dwóch, pozornie sprzecznych, faktów ułatwiłoby pójście dalej. 

To, że Pantani, Armstrong, Ullrich, Contador czy Valverde byli świetnymi kolarzami jest niezaprzeczalne. Harowali jak woły, mieli, przynajmniej określony, rodzaj talentu (pamiętając, że w “erze epo” większe korzyści z powszechnego stosowania dopingu mieli zawodnicy z nieco gorszymi, wyjściowo, parametrami fizjologicznymi), wyścigi często wygrywali nie tylko dzięki fizycznej przewadze, ale też sile woli, ryzyku czy szczęściu. 

Równocześnie zgodne z prawdą jest stwierdzenie, że są sportowymi oszustami. Zarówno ze względu na udowodniony doping, skazanie w procesie lub, pod presją, przyznanie się do winy, ale też przez uczestnictwo czy nawet organizowanie całego systemu nielegalnego wspomagania.

Tak było, taka jest historia tego sportu i sportu w ogóle. Gdy na Igrzyskach Olimpijskich po erze dominacji reprezentantów krajów RWPG, gdzie system dopingowy oparty na sterydach organizowało państwo i autorytarny aparat represji, pałeczkę przejęły korporacje finansujące przygotowania Amerykanów, Afrykanów czy Skandynawów. Przygotowania zarówno legalne jak i nielegalne. 

Polskim sportem, na wielu poziomach, od UKSów po PKOl, ministerstwo czy związki sportowe zarządza obecnie pokolenie atletów, którzy, choć z trudem, sięgali po sukcesy w czasach niemal niekontrolowanego stosowania nielegalnych środków. Wiele rekordów i medali musiało zostać zdobytych nie tylko “z orłem na piersi”, ale też zwyczajnie z hormonami podanymi z zewnątrz do ich organizmów. 

Bardzo wiele “mitów założycielskich”, w tym kolarstwa, będących podstawą polskiego sportu po ‘89 roku nie mogło zostać osiągniętych legalnie. Tak jak w każdej “spowiedzi” skruszonego dopingowicza, po przekroczeniu pewnych granic nie dało się już wrócić do czystego sportu, bo takie były realia. 

Czy to znaczy więc, że nie należy o to pytać? Cóż, pewnie można, ale po co, skoro jedyne, co jest w ten sposób do osiągnięcia, to popsucie relacji i prawdopodobny ostracyzm. Efektem jest więc, że polscy dziennikarze o doping pytają niechętnie co często prowadzi do kuriozalnych sytuacji.

Tak jak w każdym dyskursie, akceptacja dla bzdur powoduje, że wpełzają one do głównego nurtu i symetrystycznie zajmują miejsce jako pełnoprawne stanowiska. Sport, w tym kolarstwo, mają swoich płaskoziemców, antyszczepionkowców czy siedzących w foliowych czapkach bojowników przeciwko 5G,

Na powszechne stwierdzenia, że w warunkach “ery epo” Armstrong wygrywał, bo i tak był najlepszy, doping powinien być legalny, bo to wyrówna szanse, “wszyscy biorą a zwłaszcza amatorzy, czy liczne teorie spiskowe dotyczące tego, co działo się w teamie Sky czy co i kogo chroniono w Polskim Związku Kolarskim odpowiedzią może być tylko rzetelna rozmowa o dopingu. 

Taka, w której np. pytamy o długoterminowe skutki stosowania dopingu, nierówne traktowanie podobnych przypadków, aspekty nie tylko sportowe, ale też zdrowotne, psychologiczne, ekonomiczne czy kryminalne takiego procederu. I o wiele, wiele innych spraw. 

By taka była, konieczna jest odwaga ze strony zarówno dziennikarzy, ale też byłych zawodników. A także, co równie ważne, zrozumienie ze strony fanów.

Zdjęcie okładkowe: Hush Naidoo on Unsplash

2 komentarze

Comments are closed.