Rok: 2020

  • Kozioł ofiarny

    Kozioł ofiarny

    Dziewięć miesięcy dyskwalifikacji dla Dylana Groenewegana za spowodowanie kraksy na mecie pierwszego etapu Tour de Pologne 2020 to najcięższy wyrok w tego typu sprawie. Nie wiadomo, dlaczego Holender został potraktowany tak surowo i dlaczego UCI robi z niego kozła ofiarnego. 

    Nerwy po lockdownie

    Tour de Pologne 2020 był pierwszym wyścigiem etapowym na poziomie World Touru po wznowieniu rywalizacji przez zawodowych kolarzy po czasie lockdownu. 

    Owszem, spodziewaliśmy się zwiększonej nerwowości, kraks i niespodziewanych rozstrzygnięć. Wiele miesięcy bez ścigania w połączeniu ze zwiększoną presją spowodowaną kryzysem finansowym sugerowały, że pierwsze wyścigi po czasie izolacji będą trudne dla wszystkich. 

    Pierwszy etap pandemicznego TdP rozgrywany był na rundach w Katowicach z charakterystycznym, bardzo szybkim finiszem przy tamtejszym “Spodku”.

    W rozpędzonej grupie sprinterów o zwycięstwo rywalizowali Dylan Groenewegen z Jumbo – Visma, Pascal Ackerman z Bora – Hansgrohe, Fabio Jakobsen z Deceunink – Quickstep, Marc Sarreau z Groupama – FDJ czy Luca Mezgez z Mitchelton Scott. 

    Na ok. 150m przed metą prowadzący Groenewegen zaczął zmieniać linię sprintu, zjeżdżając z ok. ⅓ szerokości szosy pod barierkę, blokując Jakobsena i dodatkowo w ostatniej chwili, jakieś 50-70m przed “kreską” zastawiając się łokciem. 

    Przy prędkości ok. 80km/h Jakobsem uderzył w bannery rozbijając zabezpieczenia, upadając wpadł w sędziego mety a latające wszędzie płotki dodatkowo wywróciły kolejnych kolarzy.

    Wszystko działo się w ułamkach sekund. 

    Pierwsze emocje

    Sędziowie dość szybko uznali faul Groenewegena, zdyskwalifikowali go a zwycięstwo przyznali Jak

    Jakobsenowi, który w tym czasie był reanimowany. Upadek był tak silny i niefortunny, że kolarzowi Deceunink – Quicksetep zerwało z głowy kask a obrażenia spowodowały poważną utratę krwi. Realnie rzecz ujmując, miał wiele szczęścia, że w tych okolicznościach przeżył. 

    Sprawca kraksy został usunięty z wyścigu i dodatkowo ukarany grzywną w wysokości 500CHF. Sam doznał złamania obojczyka, kontuzja wykluczyła z dalszej jazdy również Marca Sarreau. 

    Jakobsen z ciężkimi obrażeniami twarzy był operowany w szpitalu w Sosnowcu, po około dwóch dobach został wybudzony ze śpiączki. 

    Menadżer jego drużyny, Patrick Lefevere w pierwszym odruchu domagał się nie tylko kary dyscyplinarnej dla Groenewegena, ale postępowania karnego. 

    Wraz z poprawiającym się stanem zdrowia Jakobsena, emocje na szczęście stygły. 

    Kolejne operacje, w tym m.in. przeszczep kości z miednicy do szczęki i skuteczna rehabilitacja sprawiają, że zawodnik dochodzi do zdrowia. To, do czego zdolna jest współczesna medycyna ociera się o cuda. 

    Z kolei dla Groenewegena, oczywiście w innym wymiarze, wypadek również okazał się traumatyczny. Drużyna odsunęła go od startów, sam kolarz musiał mierzyć się nie tylko ze świadomością konsekwencji swojej jazdy, ale też atakami mediów i kibiców, którzy zaczęli robić z niego mordercę. 

    Kozioł ofiarny

    Decyzja o dziewięciomiesięcznej dyskwalifikacji Groenewegena została wydana ponad 3 miesiące po spowodowanej przez niego kraksie. 

    Zawodnik w tym czasie nie ścigał się, ponieważ dochodził do siebie po złamaniu a także w ramach wewnętrznego zawieszenia przez samą ekipę Jumbo-Visma. 

    Hipotetycznie jednak, gdyby nie kontuzja, mógłby w tym stanie startować a nawet wygrywać, jego wyniki musiałyby być anulowane. To nie pierwszy raz, gdy UCI nie spieszy się z nakładaniem dyskwalifikacji, biorąc jednak pod uwagę praktyki przy sprawach dopingowych, trzy miesiące to jak na nich tempo iście ekspresowe. 

    Wina Groenewegena jest bezsprzeczna. Tak, zmieniał linię sprintu oraz tak, spowodował zagrożenie dla innych zawodników. W związku z tym zarówno relegacja w wynikach etapu, wyrzucenie z wyścigu, grzywna a być może jakiś rodzaj dodatkowej kary są zasadne. 

    Sam zawodnik zresztą nie dyskutuje i przyjmuje konsekwencje swojej jazdy.

    Jest jednak pewien problem. Przejrzałem większość sprintów z tegorocznego sezonu World Touru. Zarówno te kończące się relegacjami kolarzy jak Sagana na Tour de France czy Bennetta na Vuelcie i teoretycznie te “czyste”.

    Choć ewidentnie widać, że sędziowie zaczynają dyscyplinować kolarzy, powiedzmy sobie szczerze: zmiany sprintu takie jak ta Groenewegena nadal często uchodzą na sucho. Bywa też, że nawet użycie barków i łokci wciąż jest tolerowane. 

    Nie znamy szczegółów decyzji UCI, nie wiemy, jaki był powód ani motywacja kary, która choć częściowo w “offseasonie”, wyłącza Groenewegena z rywalizacji ze sporej części sezonu 2020 i 2021. 

    Można podejrzewać, że przyczyny są dwie: po pierwsze, skutki niebezpiecznej jazdy zawodnika i ciężkie obrażenia, jakich doznał najbardziej poszkodowany. Po drugie, wystąpienie dodatkowego “aktu agresji”, czyli wystawienie łokcia, które, nawet jeśli odruchowe, to jednak mogło przyczynić się do upadku. 

    Ale to wszystko domysły. UCI, jak w wielu innych przypadkach postanowiła nie być transparentna, pokazowo karząc sprintera Jumbo – Visma. 

    Jeden winny, problemów bez liku

    Wielu kolarzy czy dyrektorów sportowych, uczestników Tour de Pologne zarówno w 2020r jak i w latach wcześniejszych zwraca uwagę, że za część konsekwencji wypadku spowodowanego przez Groenewegena odpowiada usytuowanie oraz zabezpieczenie finiszu w Katowicach. 

    Choć Czesław Lang po kraksie w nieco arogancki sposób tłumaczył się, że przecież przez tyle lat zawodnicy ścigali się przy Spodku i nic się nie działo, sprawa wydaje się dość jednoznaczna. Ten finisz od lat prosił się o takie rozstrzygnięcie i nie jest to opinia widza sprzed ekranu, ale ludzi, którzy na kolarstwie, nomen omen, “zjedli zęby”. 

    Do tego dochodzą nieszczęsne barierki, które fruwały na prawo i lewo, stwarzając zagrożenie dla kolarzy, sędziów i kibiców. Tłumaczenie, że zazwyczaj elementem konstrukcyjnym zabezpieczenia trasy jest opierająca się o płotki widownia jest bez sensu. 

    Bo po pierwsze, widownia “trzyma” barierki, ale też przez nie się wychyla, sama w sobie często powodując kraksy a po drugie, cóż, można było przewidzieć, że w czasie obowiązywania “reżimu sanitarnego” tłumów nie będzie.

    I nie chodzi tu o Lang Team, czy idiotyczny finisz w Katowicach, bo barierki, ich podstawy, umieszczone na nich elementy reklamowe i wystawiający za nie swoje selfie sticki kibice to problem zarówno na TdP, Tour de France i wyścigach amatorskich. 

    Sezon 2020, który w okolicznościach pandemii można śmiało uznać za sukces organizacyjny równocześnie był pełen różnego rodzaju wpadek. Nie wszędzie dochodziło do tragedii, ale wiele razy było blisko. 

    Na “monumencie” Giro di Lombardia tuż przed metą Max Schachmann uderzył w jadący pod prąd samochód. Na Giro źle ustawione były bramy reklamowe a helikopter przewracający barierki spowodował kontuzję kilku kolarzy. Po trasach biegały psy i kucyki, zawodnicy wywracali się na mydlinach rozpylanych z kolumny reklamowej oraz na plamach oleju. Zderzali się z motocyklami i samochodami sędziów, operatorów i dyrektorów sportowych. Wypadali z trasy spadając z mostów łamiąc miednice czy rozdzierając mięśnie o elementy infrastruktury drogowej czy wreszcie protestowali przeciwko zbyt długim transferom między etapami. 

    Można powiedzieć, że to ryzyko zawodowe, bo kolarstwo to sport rozgrywany na otwartej przestrzeni, którego elementem jest rywalizacja bark w bark i mierzenie się z niespodziewanymi sytuacjami. 

    Jednak należy pamiętać, że mamy już lata dwudzieste XXIw a BHP i prawo pracy są pewnymi zdobyczami cywilizacyjnymi. 

    Pod presją zawodników, mediów i sponsorów UCI powoli zaczyna pochylać się nad tematyką bezpieczeństwa, ale sprawa idzie o wiele za wolno. 

    Najbardziej dotkliwa, najdłuższa w historii dyskwalifikacja za niebezpieczną jazdę i spowodowanie poważnej w skutkach kraksy, wydaje się więc być w obliczu licznych problemów działaniem wyłącznie na pokaz. 

    PS Jako suplement zachęcam do odsłuchania komentarza Chrisa Hornera, zwycięzcy Vuelta a Espana 2013:

  • Giro, Vuelta i polskie transfery w World Tourze

    Giro, Vuelta i polskie transfery w World Tourze

    Intensywna końcówka pandemicznego sezonu ucieka przed złą pogodą i zaostrzającym się rygorem sanitarnym w Europie. Jest też sporo dobrych informacji z transferem Rafała Majki do drużyny UAE Team Emirates na czele. 

    Giro jedzie do Mediolanu?

    W Lombardii właśnie wprowadzana jest godzina policyjna w związku z rozpędzającą się epidemią a tymczasem Giro d’Italia zmierza przez Alpy do stolicy tego regionu. W dniu przerwy peleton po raz kolejny został przetestowany na obecność koronawirusa. Pozytywny wynik uzyskał Fernando Gaviria, który jako jeden z pierwszych sportowców w tym sezonie był chory jeszcze w lutym. 

    Zgodnie z komunikatami Gaviria jest jedynym kolarzem z pozytywnym wynikiem, nie wiadomo jeszcze czy faktycznie jest zarażony, czy test dał wynik fałszywie pozytywny. 

    Dobrą wiadomością jest z kolei pogoda. Choć w wysokich partiach gór spadł już śnieg, drogi są przejezdne i niewykluczone, że uda się rozegrać najważniejsze etapy w niezmienionej lub tylko nieznacznie zmienionej wersji. 

    W rozpoczętym właśnie tygodniu zaplanowano trzy, bardzo ciężkie, górskie etapy, każdy z metą na podjeździe. W środę, czwartek i sobotę do pokonania będzie w sumie ponad 15000m przewyższenia. Do tego każdy z tych odcinków ma około 200km a przynajmniej trzy razy zawodnicy wjadą sporo ponad 2000m n.p.m.

    Jakby tego było mało, wtorkowy etap również zapowiada się selektywnie, z wymagającą końcówką na górzystej rundzie i finiszem na niewielkiej, ale stromej “ściance”. 

    Foto: Jennifer Lorenzini/LaPresse 18 ottobre 2020 Italia Sport Ciclismo Giro d’Italia 2020 – edizione 103 – Tappa 15- Da Base aerea Rivolto a Piancavallo Nella foto: Hart Tao Geoghegan Photo: Jennifer Lorenzini/LaPresse October 18, 2020 Italy Sport Cycling Giro d’Italia 2020 – 103 th edition – Stage 15- ITT – from Base aerea Rivolto to Piancavallo In the pic: Hart Tao Geoghegan

    W skrócie plan na końcówkę Giro wygląda następująco:

    • Wtorek: 229km (!) z górzystą końcówką
    • Środa: 203km, cztery premie górskie, meta na podjeździe w Madonna di Campiglio
    • Czwartek: 207km, cztery premie górskie w tym słynne Stelvio (2758m) i podjazd na krótkim, ale wymagającym podjeździe do Laghi di Cancano
    • Piątek: etap całkiem płaski, ale absurdalnie długi 253km
    • Sobota: tu mogą zajść zmiany na trasie w związku z pogodą i wizytą we Francji. W planie są podjazdy na Agnello (2744m), Izoard (2360m), Montgenevre i na metę w Sestriere. 
    • Niedziela: czasówka na ulicach Mediolanu, 15,7km. 

    W klasyfikacji generalnej spodziewane są spore zmiany. Oczy wszystkich skierowane są na ekipę Sunweb, która na podjeździe do Piancavallo pokazała, że jest w stanie przejąć kontrolę nad peletonem i nadać tempo tak selektywne jak Ineos czy Jumbo-Visma na Tour de France. 

    Tak duża kumulacja trudności w trzecim tygodniu wyścigu będzie sprzyjała nie tyle spektakularny atakom, co dalszej selekcji i kryzysom. Biorąc pod uwagę, że wielu zawodników w czołówce to debiutanci a równocześnie starzy wyjadacze jadą na limicie swoich możliwości, sytuacja może być dynamiczna. 

    Na koniec dodam jeszcze, że obserwujemy kontynuację trendu z Tour de France: tempo na Piancavallo oraz krótszych podjazdach jest bardzo wysokie. Nawet ci kolarze, którzy teoretycznie zostają nieco z tyłu, prezentują formę, która do tej pory wystarczała czy to do podium czy nawet do zwycięstwa w wielkich tourach. 

    Cycling: Vuelta Espana 2019 / Tour of Spain 2019/ La Vuelta/ Etapa 20/ Stage 20/ .MAILLOT ROJO LIDER/ RED LEADER JERSEY/ ROGLIC Primoz (SLO)/ QUINTANA Nairo (COL).Arenas de San Pedro – Plataforma de Gredos (190,4 km) 14-09-2019/.Vuelta Espana 2019 / La Vuelta/ Tour of Spain 2019/.Luis Angel Gomez .©PHOTOGOMEZSPORT2019

    Rusza Vuelta – kto by się tego spodziewał!

    Skrócona o trzy dni, za to z niezmienionym charakterem. 13 z 18 etapów będzie górzystych, siedem odcinków będzie się kończyło na podjazdach a jedyna, 34km czasówka finiszować będzie na “ściance” Mirador de Ezaro (niespełna 2km i 14% stromizny).

    W planie takie legendy jak Arrate (już pierwszego dnia), Tourmalet (ekscytujący finisz na słynnej przełęczy w Pirenejach), Angliru czy La Covatilla. 

    Lista startowa jest imponująca. W Jumbo-Visma pojadą Roglic, Dumoulin, Gesink, Kuus, Bennett, w Astanie Vlasov (po szybkim wycofaniu się z Giro wraca na Vueltę), w Ineosie Carapaz i żegnający się z ekipą Brailsforda, wracający do dyspozycji Froome, w Mitchelton-Scott Chaves, w Groupama-FDJ Gaudu i Pinot, w EF pro Cycling Martinez, Carthy i Woods, w Bahrainie Poels, w Cofidise Martin, w Movistarze Valverde, Mas i Soler, w Israel Startup Nation Martin, by tylko wymienić najgłośniejsze nazwiska mogące powalczyć w klasyfikacji generalnej. 

    Do tego sporo obiecujących, młodych talentów i, mimo niesprzyjającej trasy paru sprinterów z Samem Bennettem na czele. 

    Dla patriotów mamy sporą reprezentację kolarzy z Polski. W łabędzim śpiewie CCC udział wezmą Wiśniowski i Paluta (oraz polsko-włoski Mareczko), w Ineosie zobaczymy Gołasia a w Lotto-Soudal Tomasza Marczyńskiego, który właśnie przedłużył kontrakt o kolejny rok. 

    Kontekstem rywalizacji na hiszpańskich szosach będzie pogoń za kontraktami, walka o sponsorów oraz ucieczka przed pandemią i nadchodzącą zimą. Finał w Madrycie zaplanowany jest na 08.11. 

    W tygodniu, w którym Vuelta pokrywa się terminem z Giro, etapy w Hiszpanii będą kończyły się ok. godzinę później, zatem ok. 17.30. 

    W natłoku wydarzeń trudno nadążyć za kolejnymi wyścigami, zatem zapowiedzi Vuelty pojawiają się na ostatnią chwilę. Jeśli szukacie szczegółów trasy czy list startowych, możecie np. zapoznać się z prezentacją autorstwa Aleksandry Górskiej w naszosie.pl

    Majka w Emiratach

    Rafał Majka po czterech latach w Bora-Hansgrohe i czterech wcześniejszych w Tinkoff-Saxo kompletnie zmienia otoczenie. Od sezonu 2021 będzie reprezentował drużynę UAE – Team Emirates. Jego rolą będzie zarówno pomoc Tadejowi Pogacarowi jak i dalszy rozwój w krótszych i dłuższych wyścigach etapowych.  

    Kontrakt z drużyną z drugim, największym budżetem w World Tourze, z wybitnymi dyrektorami sportowymi może dać trzydziestojednoletniemu zawodnikowi “drugą młodość”. Bo choć wszyscy są pod wrażeniem obecnej inwazji dwudziestolatków trzeba pamiętać, że Rafał Majka dopiero co wszedł w wiek uznawany dla zawodowych kolarzy za szczyt możliwości. 

    Ciekawym kontekstem poza powrotem do Włoch (ekipa z Emiratów jest w dużej mierze kontynuacją Lampre Giuseppe Saronniego), gdzie Majka czuje się bardzo dobrze będzie zmiana sprzętu. Przez całą zawodową karierę nasz kolarz jeździł bowiem na rowerach i akcesoriach Specialized. UAE w sezonie 2020 używali Colnago, Campagnolo, pedałów Look, siodeł Prologo i odżywek Enervit. 

    Marczyński w Lotto-Soudal i Eurosporcie

    Kolejna dobra wiadomość to przedłużenie o rok kontraktu z Lotto-Soudal przez Tomasza Marczyńskiego. Cieszy nie tylko dalsza obecność doświadczonego zawodnika w World Tourze, ale też fakt, że dołączy do niego Kamil Małecki, który dostanie szansę rozwoju uratowawszy się z tonącego CCC.

    Z dużym prawdopodobieństwem dla Marczyńskiego będzie to ostatni sezon na tym poziomie, chociaż nigdy nic nie wiadomo. 

    Dla zainteresowanych postacią dwukrotnego zwycięzcy etapowego Vuelty 2017 i trzykrotnego mistrza Polski, Eurosport przygotował krótki, kwadransowy reportaż. Całość ma nieco youtubową jakość produkcji, ale zawsze to fajnie, że taki materiał powstał. Druga emisja zaplanowana jest na czwartek, 22.10 na godz. 17.50. 

    Pożegnanie z klasykami

    Sezon najważniejszych wyścigów jednodniowych kończy się jutro, czyli w środę 21.10 wyścigiem De Panne. Na liście startowej Mark Cavendish, który wciąż nie pożegnał się z zawodowym peletonem, choć na mecie Gandawa-Wevelgem uronił kilka łez, będący w wysokiej dyspozycji Mads Pedersen i Alexander Kristoff oraz wielu innych specjalistów od jazdy na wietrze i po brukach. We wtorek na trasie z Brugii do De Panne swój sezon kończą także kobiety.

    Komentarze teraz też jako podcast

    Codzienne komentarze po etapach Giro d’Italia trafiają zawsze wieczorem na Youtube. Od kilku dni dostępne są również w wersji podcasdtowej na anchor.fm, które propaguje je również np. na Spotify.

    Zatem jeśli taka forma odbioru jest dla Was wygodniejsza, to zapraszam, podobnie jak do subskrybcji kanału na youtube a także do śledzenia konta na Twitterze. To tam a nie na facebooku wrzucam na bieżąco najciekawsze informacje o kolarstwie. 

  • Brittany Runs a Marathon

    Brittany Runs a Marathon

    Motywy, by zająć się sportem są różne. To banał, ale tak, każda z tysięcy osób biorących udział w imprezach masowych ma swoją historię. Dla tytułowej Brittany start w maratonie nowojorskim to, a jakże, szansa na doprowadzenie własnego życia do porządku.

    Uprzedzając fakty: to oczywiste, że Brittany w końcu pobiegnie w maratonie i “ogarnie się”. 

    Skoro zaczyna swoją drogę jako wyraźnie otyła imprezowiczka, tuż przed “trzydziestką”, meandrująca bez celu przez kolejne wieczory u boku bardziej atrakcyjnej i popularnej koleżanki, happy end jest po prostu obowiązkowy. 

    Nie w tym jednak rzecz, gdzie docieramy, ale co dzieje się po drodze. A po drodze oglądamy sprawnie napisany i dobrze zagrany (główne role grają Jillian Bell, Michaela Watkins i Utkarsh Ambudkar) komediodramat, w którym akcję do przodu popychają kolejne etapy zaangażowania w sport. 

    Plakat filmu Brittany Runs a Marathon

    Mamy więc małe zwycięstwa i porażki Brittany “z samą sobą”. Bo Brittany ma trudny charakter i zaburzone poczucie własnej wartości, które odbudowuje uczestnicząc w mitycznym wydarzeniu, jakim jest słynny bieg ulicami Nowego Jorku. 

    Samotna przez większość życia poznaje biegaczy, którzy stają się jej przyjaciółmi, stabilizuje masę ciała na normalnym, zdrowym poziomie, mniej pije i lepiej je. Spotyka się z przy tym z brakiem zrozumienia czy szyderstwami, lecz nie przeszkadza jej to w dążeniu do celu. Jak w wielu przypadkach zaczyna nawet obsesyjnie trenować, ale i z tej opresji wychodzi zwycięsko. 

    Choć udział w wymarzonym biegu jest oczywiście momentem kulminacyjnym, na plus całej historii (inspirowanej postacią znajomej reżysera) należy zapisać, że nie samo bieganie odmienia życie Brittany. Ostatecznie “ogarnia się” nie przez sport sam w sobie a dzięki otwarciu na rodzinę i przyjaciół. 

    Przez to zamiast prymitywnej, inspirującej do znudzenia, patetycznej historii oglądamy momentami zabawny “indie-filmik” o życiu nowojorskich trzydziestolatków. Tyle, że zamiast sztuki, reklamy czy kawiarni w tle mamy bieganie. 

    “Brittany Runs a Marathon” to zatem niegłupia i lekkostrawna rozrywka, która przy okazji odpowiada na pytanie, po co setki tysięcy ludzi na całym świecie każdego dnia wciskają się w lycrę i idą na trening. A raczej, dlaczego zrobiła to jedna z 50 tysięcy osób, które wystartowały w maratonie nowojorskim. 

    Brittany Runs a Marathon

    Reż. Paul Downs Colaizzo
    Amazon Studios, 2019
    103 minuty.

    Film obejrzałem na Amazonie, przy okazji subskrybcji Amazon Prime. Kolejna korzyść z drugiego sezonu The Boys ;)

  • Mistrz na trudne czasy

    Mistrz na trudne czasy

    Julian Alaphilippe, Anna van der Breggen i Wout van Aert to największe gwiazdy pandemicznych mistrzostw świata w kolarstwie szosowym. W tle mieliśmy nie tylko genialne widoki, ale też bardzo dobrą jazdę Michała Kwiatkowskiego i Katarzyny Niewiadomej. 

    Cud w Imoli

    Wygląda na to, że zorganizowane rzutem na taśmę szosowe mistrzostwa świata we włoskiej miejscowości Imola były kolejnym elementem ratującym kolarstwo w roku pandemii.

    Zrestartowany po lockdownie sezon oferuje ściganie na najwyższym poziomie i przynajmniej ze sportowego punktu widzenia jest sukcesem. Czy drużyny, organizatorzy, media a nawet sama Międzynarodowa Unia Kolarska wytrzymają go finansowo to temat na inną dyskusję. 

    Gdyby nie odbył się, lub co gorsza, przerwany został Tour de France, z dużym prawdopodobieństwem pożegnaliśmy kilka drużyn zawodowych a pracę straciłoby przynajmniej kilkaset osób. Gdyby nie odbyły się mistrzostwa świata, pogłębiłyby się kłopoty UCI. 

    Przesunięty na późne lato i jesień, maksymalnie intensywny i skoncentrowany sezon 2020 rozgrywany jest mimo licznych przeszkód i niemal codziennie oferuje sportowe widowisko na najwyższym poziomie. 

    Mistrzostwa Świata miały być rozegrane na górzystej trasie nieopodal siedziby UCI w Szwajcarii, ostatecznie ciężar organizacji wzięli na siebie Włosi. Ci sami Włosi, których wczesną wiosną pandemia dotknęła najbardziej w Europie, których gospodarka od lat się chwieje i których kolarstwo, choć wciąż popularne, nie jest w stanie nawiązać do dawnej świetności. 

    Tymczasem, przynajmniej z perspektywy transmisji w Eurosporcie, choć okrojone wyłącznie do wyścigów elity, mistrzostwa w Imoli były sporym sukcesem, czego istotnym elementem była właśnie lokalizacja zawodów. Selektywna trasa i genialne widoki były scenerią znakomitej rywalizacji. W przeciwieństwie do wielu poprzednich czempionatów, ten zapamiętamy na długo. 

    Podwójni medaliści

    Zwycięzcy są na mecie, powinna każdemu powtarzać Anna van der Breggen. Giro Rosa wygrała, owszem, z Katarzyną Niewiadomą, ale po tym, gdy ze złamanym nadgarstkiem wyścig opuściła Annemiek van Vleuten. Tęczową koszulkę w jeździe indywidualnej na czas zdobyła, ponieważ jadąca z wyraźną przewagę Chloe Dygert w fatalny sposób upadła i omal nie złamała kości udowej.

    Być może mając to w głowie, van der Breggen postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce podczas wyścigu ze startu wspólnego, gdzie popisała się znakomitym rajdem i samotnie przez ponad czterdzieści kilometrów powiększała przewagę nad próbującymi zorganizować pościg rywalkami. Dwa złote medale na jednej imprezie mistrzowskiej to wielka rzecz!

    Dwa srebrne medale zdobył z kolei Wout van Aert. Choć oczywiście nowy mistrz świata ze startu wspólnego, Alaphilippe, może dokonać jeszcze w tym dziwnym sezonie rzeczy wielkich, zwłaszcza podczas wyścigów jednodniowych, to Belg jest zdecydowanym kandydatem do “Velo d’Or”, tytułu kolarza roku.

    Wygrane w Mediolan-San Remo, Strade Bianche, na dwóch etapach Tour de France, jednym odcinki Criterium du Dauphine, rewelacyjna praca dla Primoza Roglica na Wielkiej Pętli i wreszcie znakomite występy w Imoli. 

    Owszem, w walce o tęczowe koszulki byli od niego lepsi: Filippo Ganna, który specjalnie przygotowywał się do walki o tytuł w jeździe na czas i Julian Alaphilippe, który, cóż, pojechał tak jak Julian Alaphilippe potrafi pojechać najlepiej górzysty klasyk. 

    Nie zmienia to faktu, że Van Aert jest bohaterem mistrzostw w Imoli niemal równym Annie van der Breggen. Kobiece kolarstwo wciąż umożliwia dominację wybitnych jednostek jak Vos, van Vleuten czy van der Breggen. W męskim tak wielka wszechstronność jaką prezentuje van Aert jest współcześnie fenomenem. 

    Nowy, wielki mistrz

    Wydawałoby się, że Julian Alaphilippe jest z nami “od zawsze”. Tymczasem nowy mistrz świata elity mężczyzn w wyścigu ze startu wspólnego ma wciąż tylko 28 lat i to zaledwie jego trzeci sezon, gdy odnosi realnie wielkie zwycięstwa. 

    Owszem, wcześniej stawał na podium i ogólnie “dobrze się zapowiadał”, natomiast to nie tak, że był (i jest) dominatorem światowego kolarstwa. 

    Wygrane w Walońskiej Strzale, Mediolan – San Remo, Clasica San Sebastian, Strade Bianche, na etapach i w klasyfikacji górskiej Tour de France czy wreszcie czwarte miejsce w Wielkiej Pętli poprzedzone heroiczną obroną żółtej koszulki to imponujące dokonania. 

    Równocześnie, lista celów, po które Francuz może jeszcze sięgnąć jest równie bogata, zaczynając od Liege-Bastogne-Liege, Lombardii, Amstel Gold Race, idąc przez Paryż-Nicea a kończąc albo na jednym z wielkich tourów (przy sprzyjającej trasie) albo, dla odmiany, Ronde van Vlaanderen pod koniec kariery. 

    Poza wymienianiem osiągnięć Alaphilippe’a, tych zaliczonych jak i potencjalnych, istotny jest także inny czynnik, jak najbardziej o charakterze sportowym, lecz mniej wymiernym. Jest to wpływ, jaki jego jazda wywiera na przebieg poszczególnych wyścigów, konsekwencja, z jaką wygrywa kolejne ważne imprezy i wreszcie styl, w jakim to robi. 

    Nowy właściciel tęczowej koszulki jeździ bowiem odważnie, bezkompromisowo, szukając okazji do wypracowania przewagi nad rywalami. Potrafi sięgnąć niezmiernie głęboko do swoich rezerw, wykorzystać talent i potencjał a przy tym wszystkim ma wielką charyzmę i radosny wizerunek. 

    Krótko mówiąc, to mistrz, jakiego kolarstwo w tym momencie najbardziej potrzebowało. 

    Imola a sprawa polska

    Reprezentacja Polski wraca z Włoch z czwartym miejscem Michała Kwiatkowskiego i siódmym Katarzyny Niewiadomej. 

    Nasze gwiazdy były stawiane wśród pretendentów nie tylko do medali, ale wręcz do złota przez ekspertów na całym świecie. Dobre występy w poprzedzających mistrzostwa Tour de France i Giro Rosa, udokumentowany dorobek w ciężkich wyścigach jednodniowych, może nienajmocniejsze, ale solidne drużyny. Nawet bez nuty patologicznego, polskiego patriotyzmu za obojgiem stało dość argumentów, by nie tyle mieć nadzieję, co móc racjonalnie stawiać na ich dobry rezultat. 

    I takie rezultaty odnieśli. 

    Zarówno Michał jak i Kasia dojechali do mety w czołowych grupach. Gdy następowała decydująca selekcja, byli tam, gdzie mieli być. Kwiatkowski jechał bardziej agresywnie, Niewiadoma bardziej podążała za rywalkami, ale kto wie, dzień wcześniej lub dzień później może to oni ubieraliby na podium tęczową koszulkę. 

    To frazes, ale zwycięzcę nie tylko poznajemy na mecie, ale zwyczajnie zwycięzca może być tylko jeden. Dlatego mistrzostwo świata jest sprawą tak wyjątkową, ponieważ zdobywa się je raz w roku, a raczej raz w życiu. Ba, większość nie zdobywa go nigdy. 

    Doświadczenia nie tylko Kwiatkowskiego, ale i Alaphilippe’a z wyścigiem nazywanym “wiosennymi mistrzostwami świata”, czyli Mediolan-San Remo idealnie pokazują, jak niewiele dzieli zwycięstwo od porażki. 

    W 2017 po genialnym finiszu na Via Roma Kwiatkowski wystawił koło i o milimetry pokonał Sagana i Alaphilippe’a. W 2019 to Alaphilippe zaimponował w sprincie, pokonując Naessena i właśnie Kwiatkowskiego. A w pandemicznym 2020, ten sam Alaphilippe uległ van Aertowi po dwójkowym finiszu by kilka tygodni później na mistrzostwach świata odpalić swój rakietowy atak na ostatnim podjeździe dnia, wykorzystać kilka chwil zawahania rywali, pojechać “a bloc” do samej mety i spowodować, że rywale z San Remo musieli obejść się smakiem.

    A jeśli myślicie o Niewiadomej jako o przegranej faworytce, to, cóż, tak, niewątpliwie taką jest. Tyle tylko, że jak pokazuje Alaphilippe, kolarstwo premiuje cierpliwość i konsekwencję. Owszem, przykłady Bernala, Evenepoela czy Pogacara a wcześniej Sagana uczą nas, że można sięgać po wielkie cele już od początku zawodowej kariery. Równocześnie szereg wybitnych kolarzy na swój przełom czekało latami, by wspomnieć choćby Grega Van Avermaeta. 

    Nie ma szczególnego sensu udowadniać, że ich jazda w Imoli była genialna, bo fakty są proste: i Michał Kwiatkowski i Katarzyna Niewiadoma przegrali. Bo taki był dzień, bo tak ułożył się wyścig, bo tak układa się ten sezon. Z wielu różnych powodów. 

    A równocześnie ich postawa była znakomita, wpływali na przebieg wyścigu, ich obecność w ścisłej czołówce w decydujących momentach rywalizacji sprawiła, że obserwowaliśmy takie a nie inne rozstrzygnięcia na mecie. I to należy zarówno docenić jak i wprost nazwać jako bardzo dobrą jazdę.

    Wiadomo, że każdy sportowiec, czy to indywidualny czy drużyna, jest tak dobry jak jego ostatni wynik. Ale równocześnie jest szersza perspektywa, tych konkretnych zawodów, całego sezonu czy całej kariery. I z niej, zarówno Kwiatkowski, Niewiadoma, ale też ich pomocnicy i pomocniczki, za występ w Imoli zasłużyli na wielkie gratulacje. 

  • Ranking kolarskich mistrzów świata, edycja 2020

    Ranking kolarskich mistrzów świata, edycja 2020

    Mads Pedersen w najdziwniejszym, pandemicznym sezonie ścigał się zaledwie 48 dni. W tęczowej koszulce ominęły go m.in. wiosenne klasyki. Z tego powodu najnowsza edycja rankingu mistrzów świata nie oddaje w pełni możliwości kolarskiego czempiona.

    Idea „rankingu kolarskich mistrzów świata” powstała gdy z „klątwą tęczowej koszulki” zmagał się Michał Kwiatkowski. Od tego czasu porównuję osiągnięcia właścicieli tego wyjątkowego trofeum w kolejnych sezonach. Pod uwagę biorę dokonania mistrzów świata zawodowców w XXIw.

    Ponieważ zasady rankingu UCI co jakiś czas się zmieniają, ranking mistrzów świata opieram na punktacji, niezależnego „CQ Ranking„.

    Pedersen po zdobyciu tytułu w deszczowym Yorkshire przypiął numer startowy podczas Tour Down Under w styczniu 2020. Przejechał dwa klasyki otwierające sezon w Belgii (Omloop i Kuurne-Bruksela-Kuurne), następnie wziął udział w przerwanym Paryż-Nicea. Po lockdownie wrócił na trasy w Vuelta a Burgos, następnie ścigał się na Tour de Pologne, gdzie zanotował jedyne zwycięstwo w tęczowej koszulce. W Tour de France kilka razy dobrze finiszował (dwa drugie miejsca), ale etapu nie wygrał.

    Ranking kolarskich mistrzów świata, edycja 2020:

    Oznacza to tyle, że w teorii Mads Pedersen jest najsłabszym mistrzem świata w XXIw. Tyle tylko, że realnie przepadła mu spora część sezonu, w tym cała kampania wiosennych klasyków gdzie mógłby zebrać sporo punktów, przynajmniej jedna lub dwie tygodniowe etapówki i być może jeszcze jeden wielki tour.

    W związku z tym, choć Pedersen nie będzie startował w koszulce mistrza świata po 27.09.2020, na koniec pandemicznego sezonu podsumuję jego dokonania tak, jakby miał normalną szansę zbierania punktów.

    Co więcej, jego następca będzie w pozycji uprzywilejowanej, np. część klasyków czy Vueltę będzie mógł pojechać dwa razy. Przez to przed kolejnymi mistrzostwami świata zaliczę te imprezy, w których zdobędzie więcej punktów (czyli np. jeśli nowym mistrzem zostanie Alaphilippe czy Kwiatkowski i kilka dni później będzie w Liege-Bastogne-Liege dajmy na to siódmy a w kwietniu 2021 na tymże monumencie piąty, to zaliczę punkty za piąte miejsce).

    Nie jest to oczywiście rozwiązanie idealne, ale zawsze „jakieś” a w sytuacji pandemii lepsze takie niż żadne ;).

    Z pewnością Mads Pedersen, który kilka razy w tym roku (na wspomnianym Tour de Pologne czy na etapach Touru w Nicei i na Polach Elizejskich) pokazał, że godnie nosi tęczowe barwy, ucierpiał na lockdownie i pandemii. Prestiżu, zainteresowania kibiców czy szacunku w peletonie doświadczył w mocno ograniczonym zakresie. Z dużym prawdopodobieństwiem zanotował też mniejsze przychody np. z kampanii reklamowych ze swoim udziałem. Straconych chwil i szans nikt mu nie odda. Cóż, życie.

    Zdjęcie okładkowe: Mads Pedersen podczas Tour de France 2020, fot. A.S.O./Alex Broadway

  • Rising Phoenix. Jak Feniks.

    Rising Phoenix. Jak Feniks.

    Z premierą w terminie (przełożonych) Igrzysk Paraolimpijskich w Tokio nowy dokument Netflixa, “Jak Fenix” nie tylko przybliża historię ruchu paraolimpijskiego lecz przede wszystkim inspiruje i wzrusza przedstawiając losy najsprawniejszych ze sportowców. 

    Netflix znowu to zrobił. Po znakomitym “Ikarze” czy kontrowersyjnych “The Game Changers” przygotował kolejny film, który dzięki swojej formie chce zmieniać świat.

    Sport paraolimpijski walczy o miejsce w masowej świadomości. Kolejne Igrzyska, gromadzą publiczność zafascynowaną wyjątkową sprawnością niepełnosprawnych atletów. 

    Choć szczególną rolę odegrały te z Londynu, największy do tej pory sukces całego ruchu, ważniejsze prawdopodobnie były ostatnie z rozegranych, czyli Rio 2016. Trudności finansowe i groźba odwołania imprezy mogła zakończyć sport paraolimpijski, budowany od lat ‘40 XXw przez Ludwiga Guttmanna. 

    Plakat filmu "Jak Fenix" przedstawia ujęcia paraolimpijczyków z lotu ptaka.

    Historia to jedno, ale w dobrym dokumencie najważniejsi są ludzie. 

    “Jak Fenix” daje nam szansę poznania dziewięciorga sportowców: florecistki, rugbysty, łucznika, pływaczki, lekkoatletów oraz przedstawicielki podnoszenia ciężarów, którzy mimo niepełnosprawności, nabytych lub wrodzonych, są bardziej sprawni niż większość z nas.

    Mimo różnego rodzaju trudności każdy z nich jest wybitnym atletą a każda z opowieści jest fascynująca. 

    Imponuje też sfera wizualna dokumentu Iana Bonhôte’a i Petera Ettedgui. Tradycyjne dla tego typu obrazów wypowiedzi oraz materiały archiwalne zmontowane są z ujęciami nakręconymi specjalnie na potrzeby filmu. Dodano bowiem szereg kadrów, prezentujących sportowców w szczególny sposób.

    Siła, szybkość, gracja i koordynacja, odwzorowujące sceny z zawodów w wyizolowanym otoczeniu, pokazujące muskulaturę i dosłownie olimpijski poziom wytrenowania sprawiają, że trudno myśleć o bohaterach filmu jako o “niepełnosprawnych”. 

    Piękno i elegancja zdjęć stoją w służbie upodmiotowienia paraolimpijczyków jako pełnoprawnych członków sportowej społeczności. 

    Ich historie, losy naznaczone chorobami, wojną, ubóstwem czy dyskryminacją pokazują nie tylko zwycięstwo ducha nad materią, ale przede wszystkim siłę, jaką niesie za sobą sport. 

    “Rising Phoenix” (pol. “Jak Feniks”)
    reż. Ian Bonhôte, Peter Ettedgui
    106′
    Netflix 2020

  • Rower z Pekinu

    Rower z Pekinu

    Azjatyckie kino pokazujące trudne życie najniższych warstw społecznych tamtejszych wielkich miast, tym razem z punktu widzenia kuriera rowerowego. 

    Zwiastun filmu „Rower z Pekinu”

    Pekin z roku 2001, gdy powstawał film Xiaoshuai Wang to zupełnie inne miasto niż współcześnie. Choćby z tego powodu, że w pogoni za modernizacją i statusem społecznym Chińczycy przesiedli się do samochodów do tego stopnia, że niektóre miasta europejskie są bardziej zroweryzowane niż niegdysiejsza stolica roweru. 

    Oglądając najnowsze azjatyckie obrazy, które przebiły się do mainstreamu: koreański “Parasite” czy japoński “Złodziejaszki” wiele wskazuje na to, że rozwarstwienie społeczne wciąż ma się tam świetnie a zaangażowani społecznie artyści chętnie sięgają po nie jako temat swoich wypowiedzi. 

    “Rower z Pekinu” to historia chłopaka z prowincji, który przyjeżdża do Pekinu do pracy. Pełen odwagi i zapału zostaje kurierem rowerowym, wykonując pracę nieudolnie, lecz z pełnym poświęceniem. 

    Na swojej drodze spotyka rówieśnika, z którym wchodzi w konflikt o tytułowy rower. Jednoślad jest dla jednego narzędziem pracy i szansą na awans społeczny, dla drugiego spełnieniem dziecięcych marzeń i aspiracji.

    Brud, biedę i upokorzenie oglądamy w niemal każdym ujęciu a choć problemy bohaterów wiążą się z popularnym motywem jakim jest wchodzenie w dorosłość, eskalacja młodzieńczego konfliktu może być metaforą problemów toczących społeczeństwa szybko rozwijających się gospodarek.

    Nawiązania do klasycznych “Złodziei Rowerów” De Siki nasuwają się same a przykry realizm historii zasłużył na Grand Prix jury festiwalu filmowego w Berlinie w 2001r. 

    Dla tych, których mniej interesuje aspekt społeczny historii a po prostu śledzą rowerowe akcenty w kulturze, smaczkiem będzie product placement Meridy. Na rowerach tej firmy jeżdżą zarówno kurierzy przedsiębiorstwa, w którym zatrudnia się nasz bohater jak i lokalny “gang” modnych chłopaków imponujących głównemu antagoniście. 

    “Rower z Pekinu”

    Reż. Wang Xiaoshuai
    109’
    Francja/Chiny/Tajwan 2001


    Film w sierpniu 2001 obejrzałem w TVP Kultura. Śledźcie program, by trafić na ewentualne powtórki.

    Przeczytaj recenzje filmów i książek kolarskich.

  • Kto wygra Tour de France 2020 i dlaczego?

    Kto wygra Tour de France 2020 i dlaczego?

    Ineos Grenadiers kontra Jumbo – Visma. Przy sile ognia tych dwóch latających fortec pozostałe drużyny i ich liderzy pozostają nieco w cieniu, ale to nie znaczy, że w kluczowych momentach nie przejmą inicjatywy i nie powalczą o żółtą koszulkę.

     

    27/08/2020 – Tour de France 2020 – Presentation des equipes a Nice – Groupama – FDJ, fot. materiały prasowe ASO

    Marzenie Francuzów

    Gospodarze czekają na zwycięstwo w swoim domowym wyścigu od 1985r. W drugiej dekadzie XXIw Francuzi doczekali się przynajmniej dwóch reprezentantów, którzy byli bliżej wygranej niż Virenque i Morreau w “erze epo”.

    Artysta Bardet i uniwersalny żołnierz Pinot pokazywali już, że są w stanie przełamać dominację zespołu Ineos (wcześniej Sky), ale brakowało im niezawodności. 

    Bardet za słabo jeździł na czas a Pinot gdy był realnie najmocniejszym kolarzem Wielkiej Pętli musiał wycofać się z powodu kontuzji. 

    Z myślą o idolach Francji, znakomicie czujących się w górzystym terenie, organizatorzy przygotowali z jednej strony trasę bardzo ciężką i marginalizującą znaczenie czasówki a równocześnie unikającą dużych wysokości sprzyjających rywalom z Ameryki Południowej.

    Powyżej 2000m n.p.m. peleton znajdzie się tylko na jednym etapie i to zaledwie na chwilę. Na odcinku numer 17 kolarze zafiniszują w Meribel na wysokości 2304m. 

    O ile wygląda na to, że pomysły Bardeta na pokonanie Ineos się skończyły (po tym sezonie przechodzi do Sunwebu, przed startem zdejmuje z siebie presję twierdząc, że chce tylko walczyć o zwycięstwa etapowe), o tyle Pinot ma pełne wsparcie drużyny FDJ, jest w dobrej formie a do tego wie, że może być szybszy pod górę niż Egan Bernal. 

    Każdy dzień to nowa szansa

    Często Tour de France daje kolarzom okazję do złapania wyścigowego rytmu, nabranie rozpędu i dojście do optymalnej dyspozycji po kilku etapach. 

    W tym roku nie tylko zawody rozgrywane są z mniejszą liczbą dni wyścigowych w nogach (ok. 20 w miejsce często spotykanych 40), to jeszcze odstęp między głównymi testami (w tym roku było to de facto tylko Criterium du Dauphine) a startem docelowym jest mniejszy, zaledwie dwutygodniowy.

    Co więcej, już pierwsze dwa dni to solidny sprawdzian w górach na trasach znanych z finału Paryż-Nicea a finisz na podjeździe i to pierwszej kategorii zaplanowany już na etap numer cztery.

    Dodatkowo peleton dwukrotnie zmierzy się z nieprzewidywalnym terenem Masywu Centralnego, zarówno przed jak i po Pirenejach.

    Etapem decydującym wcale nie musi być ten wspomniany z podjazdami Col de la Madeleine i Meribel a wcześniejszy, jurajski (numer 15.) ze stromym finiszem na Grand Colombiere a także wymagającym zjazdem z Col de la Biche (to właśnie presja, jaką w tamtej okolicy na rywalach wywarł zespół Ag2r zaowocowała dramatycznymi upadkami Gerainta Thomasa, Richiego Porte i Rafała Majki w 2017r).

    A to oznacza, że możliwe są różnego rodzaju zagrywki taktyczne. Wyścig ma szansę wygrać nie tylko kolarz najmocniejszy, ale też podejmujący największe ryzyko. Miguel Angel Lopez, Tadej Pogacar, Mikel Landa, Emanuel Buhmann, Nairo Quintana, Guillaume Martin, Adam Yates, kolarze Movistaru (Mas, Valverde, Soler), Bauke Mollema i Richie Porte, Daniel Martiznez czy Rigoberto Uran wcale nie stoją na straconej pozycji. 

    27/08/2020 – Tour de France 2020 – Presentation des equipes a Nice – Ineos Grenadiers (IGD), fot. materiały prasowe ASO

    Pojedynek wagi ciężkiej

    Choć w latach ubiegłych drużyna Movistar próbowała swoich sił ze składem pełnym gwiazd, nikt jeszcze nie rzucił takiego wyzwania ekipie Ineos jak teraz robi to Jumbo – Visma. Nie tylko dlatego, że Primoz Rogic i Tom Dumoulin to równorzędni rywale dla Egana Bernala i Richara Carapaza. Holenderski team to pierwsza ekipa w czasach dominacji Brailsforda, która poszła tą samą drogą co Brytyjczycy. Jumbo – Visma przywozi do Francji skład, którego każdy z członków mógłby być liderem innego zespołu a przez trzy tygodnie będzie wspólnie rywalizował z dream teamem Ineosu poświęcając indywidualne ambicje dla wspólnego, wyższego dobra. 

    Tour de l’Ain i Criterum du Dauphine pokazały, że siła ognia Jumbo Visma jest nawet większa od tego, co prezentowali Grenadierzy. Co prawda to było kilka tygodni temu a Tour zaczyna się teraz, jednak ostatnie lata pokazały, że wcześniejszy szczyt formy nie musi oznaczać słabości na Wielkiej Pętli. Podobnie jak nieco słabsza postawa kilkanaście dni przed TdF może świadczyć o tym, że najwyższa sprawność dopiero nadejdzie. 

    Michał Kwiatowski, Dylan van Baarle, Luke Rowe, Andrey Amador, Jonathan Castroviejo i Pavel Sivakow będą robić wszystko, by pokonać rywali w żółto-czarnych koszulkach. George Bennett, Wout Van Aert, Tony Martin, Robert Gesink, Amund Grondahl Jansen i rewelacyjny Sepp Kuus to prawdopodobnie najsilniejsi pomocnicy, z jakimi przyszło mierzyć się pociągowi Ineos. Pokuszę się o stwierdzenie, że tak mocnych konkurentów nie miały ani zespoły Lance’a Armstronga ani Miguela Induraina. 

    Szansa na przełamanie brytyjskiej hegemonii jest więc tym razem większa niż kiedykolwiek wcześniej. 

    To powoduje daleko idące konsekwencje. Przy kilku niezmiernie silnych ekipach, maleją szanse na powodzenie ucieczek. Może się też okazać, że mimo wielkich oczekiwań, wyścig będzie rozgrywany defensywnie, z nastawieniem na wyniszczenie rywali a nie rozstrzygnięcie śmiałym atakiem. Przy tak wyrównanej stawce odjechanie nadającym mordercze tempo konkurentom może być zwyczajnie niemożliwe. 

    Dla kibiców scenariusz – marzenie to nieustająca wojna, podobna do tej, którą na Giro d’Italia 2015 prowadziły drużyny Tinkoff-Saxo i Astana. Dla kolarzy jadących w peletonie tegorocznej Wielkiej Pętli byłby to koszmar i prawdopodobnie najcięższy wyścig w życiu.

    27/08/2020 – Tour de France 2020 – Presentation des equipes a Nice – Bora – Hansgrohe, fot. materiały prasowe ASO

    A co z zieloną koszulką?

    Stuprocentowi sprinterzy będą mieli w tym roku w porywach sześć okazji do sprawdzenia swoich możliwości. A to oznacza, że rywalizacja o zieloną koszulkę i prowadzenie w klasyfikacji punktowej rozegra się między Peterem Saganem a… trudno stwierdzić kim. 

    Nawet, jeśli Słowak póki co w tym sezonie nie błyszczał, konsekwencja, determinacja, czołowe lokaty na płaskich oraz lekko górzystych etapach oraz kilka lotnych premii na etapach górskich powinny dać mu ósme zwycięstwo w drugiej, najważniejszej klasyfikacji touru. 

    Najszybszym sprinterem w stawce jest teoretycznie Caleb Ewan, w dobrej dyspozycji są też Niccolo Bonifazio i Giacomo Nizzolo. 

    Trzeba też powiedzieć, że przy takim układzie trasy, finisze z peletonu będą nie tylko miłą odmianą, ale wręcz wyczekiwanym punktem programu. 

    Z kolei biorąc pod uwagę przewidywany przebieg rywalizacji i ostre ściganie Grenadierów z Jumbo – Visma całkiem prawdopodobne jest, że koszulka najlepszego górala trafi w ręce jednego z zawodników walczących o czołową lokatę w klasyfikacji generalnej. 

    Zatem kto wygra 107. Tour de France?

    Bukmacherzy wskazują na Egana Bernala. W drugiej kolejności największe szanse ma Primoz Roglic, dalej Tom Dumoulin, Thibaut Pinot, Tadej Pogacar i Richard Carapaz. 

    Stosunkowo niskie notowania mają Buchmann, Landa czy Miguel Angel Lopez.

    Nie wiemy też, czy informacje o kontuzjach i np. wcześniejsze wycofywanie się z Criterium du Dauphine były efektem licznych kraks, w których leżeli niemal wszyscy czy zaplanowanej wcześniej taktyki. Może się bowiem okazać, że pozornie niegroźne otarcia były realnie poważnymi stłuczeniami uniemożliwiającymi skuteczny trening w dniach bezpośrednio poprzedzających Tour.

    Na koniec wreszcie znaczenie będzie odgrywała pandemia z groźbą relagacji z wyścigu po przekroczeniu dozwolonej liczby dwóch pozytywnych przypadków Covid-19 w drużynie.

    W imię zasady “bij mistrza” i chcąc obejrzeć najciekawszy i najbardziej zaskakujący Tour de France XXIw chciałbym zobaczyć podium, na którym staną Thibaut Pinot, Tom Dumoulin i Emanuel Buhmann. Ale szansa na takie rozstrzygnięcie jest minimalna. 

    Najlepsze opisy trasy wraz ze szczególami zasad w poszczególnych klasyfikacjach znajdziecie tutaj:

    Natomiast kompletną listę startową na Pro Cycling Stats https://www.procyclingstats.com/race/tour-de-france/2020/startlist

  • Kto ośmieli się narzekać na Tour?

    Kto ośmieli się narzekać na Tour?

    Zaskakująca, ambitna i bezkompromisowa trasa. Na starcie creme de la creme światowego kolarstwa. Wyczekiwany, pierwszy i być może jedyny wielki tour sezonu 2020. Czy w tym roku ktoś ośmieli się narzekać na Tour de France?

    Wielka Pętla jest wielka, bo jest wielka i jest pętlą. Swoim patosem przytłacza wszystkie inne wydarzenia w kolarskim kalendarzu. Właściciel, czyli A.S.O, jako jeden z nielicznych w tym, sporcie był w stanie zbudować nie tylko historię, legendę i kult, ale także światową markę konkurencyjną na rynku sponsorów i mediów. 

    Dla postronnych, Tour de France to synonim kolarstwa, tak jak Spotify czy Netflix streamingu a Kindle czytnika książek. Miałem coś wspomnieć o walkmanie i adidasach, ale wyszedłbym na starca ;)

    Firmy decydujące się wesprzeć finansowo grupy zawodowe wiedzą, że większość zwrotu z takiej inwestycji dostaną w lipcu, ponieważ wtedy właśnie media na całym świecie piszą i mówią o sporcie rowerowym. Giro może być piękne, Vuelta mordercza a Paryż-Roubaix szalone, lecz tak naprawdę liczy się tylko Tour. W sezonie 2020 rozgrywany w większości we wrześniu, co zaburza wiele planów, nie tylko treningowych. Wspomnę w tym miejscu choćby branżę rowerową, która co roku planuje prezentacje nowych modeli właśnie przy okazji TdF.

    To wyścig inny niż wszystkie, którego nikt nie traktuje treningowo. Nie można jechać do Francji po to, by budować tam formę na inne imprezy. Jeśli nie jesteś w odpowiedniej dyspozycji, nie załapiesz się do składu, nawet jeżeli w niedalekiej przeszłości stałeś na podium w Paryżu odziany w żółtą koszulkę.

    Gdy na innych zawodach o wygraną w sprincie walczy dwóch, trzech, może sześciu kolarzy, na Tourze jest ich dwudziestu. Do ucieczki faktycznie chce zabrać się pół peletonu a druga połowa robi wszystko, by do tego nie dopuścić. Nieistotna różnica w lokatach poza podium klasyfikacji generalnej, na Tourze potrafi mieć kolosalne znaczenie. Tour to bowiem jedna z najchętniej oglądanych imprez sportowych na świecie, zatem każda minuta na ekranach milionów widzów ma wymierną wartość. 

    Niektórzy koneserzy dostrzegają jednak mankamenty tak wielkiej presji ciążącej na wszystkich związanych z francuskim wyścigiem. Trasa najczęściej ma klasyczny charakter co powoduje przewidywalność rywalizacji. Po pierwszych rozstrzygnięciach kolarze zaczynają bronić pozycji, unikając ryzyka w imię zasady, że lepiej wrócić z Touru z czymkolwiek niż z niczym. Bohaterowie Wielkiej Pętli, choć to tak samo dobrzy kolarze jak ci z Giro czy Vuelty stawiani są w hierarchii wyżej a nawet etapowy sukces we Francji potrafi zmienić w karierze więcej niż lata solidnej jazdy na innych imprezach. 

    Tym razem może być jednak inaczej. Trasa, zaplanowana jeszcze przed pandemią zmusi zawodników do ofensywnej jazdy już pierwszego dnia wokół Nicei. Pierwszy finisz na podjeździe (i to na premii pierwszej kategorii!) zobaczymy już czwartego dnia a w sumie 14 z 21 odcinków jest górska lub górzysta. Nawet jedyna czasówka kończy się na stromym podjeździe (La Planche des Belles Filles). A to powoduje, że okazji do ataku lub kryzysu zawodnicy dostaną bez liku.

    Dominujący przez ostatnich osiem lat brytyjski zespół Sky/Ineos/Grenadier ma w końcu równorzędnego rywala. Holendrzy z Jumbo – Visma przywożą do Francji dream team mogący przełamać hegemonię Dave’a Brailsforda, co potwierdzały niedawne testy na mniejszych wyścigach. Do tego ochotę na żółtą koszulkę ma grono nie tyle pretendentów, co topowych kolarzy, którzy udowadniali w niedalekiej przeszłości, że potrafią wygrywać nie tylko w innych, ważnych imprezach, ale też po prostu w bezpośredniej rywalizacji z kolarzami zespołu Ineos. 

    Wcześniejsi dominatorzy niezmiernie rzadko (a może w ogóle?) miewali tak mocnych rywali. 

    Zwycięzcy Touru i Giro z Ineos (Bernal i Carapaz) Jumbo – Visma przeciwstawia zwycięzców Vuelty i Giro (Roglica i Dumoulina) a cała lista startowa zwyczajnie powala na kolana. 

    Biorąc pod uwagę deficyt etapów sprinterskich, można spodziewać się niezwykle wyrównanej rywalizacji zarówno na finiszach z peletonu jak i o zieloną koszulkę w klasyfikacji punktowej. 

    W połączeniu z niewielką liczbą dni startowych, ogromną presją i niepewnością związanymi z sytuacją pandemii (dwa pozytywne wyniki testu na Covid powodują wycofanie drużyny z wyścigu, nie wiadomo też, czy kolejne imprezy będą rozgrywane bez przeszkód) i kryzysu finansowego (drużyny i sami kolarze muszą walczyć o kontrakty) nikt nie będzie odpuszczał czy szedł na kompromisy.

    Ten Tour zapowiadał się jako najciekawszy od lat jeszcze przed pandemią a skomplikowana sytuacja higieniczna sprawia, że głodni kolarskich emocji nastawiamy się na wyjątkowe widowisko. A to oczywiście oznacza, że tak wyśrubowane oczekiwania będzie bardzo łatwo zawieść. 

    Mam nadzieję, że na ile to możliwe, o zwycięstwie zadecyduje sportowa rywalizacja. Bark w bark, bez problemów w rodzaju poważnych kraks, kontuzji, problemów z dopingiem a także z koronawirusem. 

    Wyścig będzie relacjonowany w inny sposób niż dotychczas. Dziennikarzom zmniejszony zostanie dostęp do zawodników a konferencje prasowe odbędą się online. To z kolei spowoduje, że trudniej będzie nam oddzielić fakty od opinii, a także sprawi, że będziemy skazani na oficjalne komunikaty drużyn i zawodników oraz ich aktywność w mediach społecznościowych. Na koniec wreszcie, będzie to Tour de France bez całujących kolarzy hostess na podium. Trofea, kwiaty i maskotki będzie wręczał jeden przedstawiciel lokalnych władz, jeden reprezentant sponsora oraz “hostessa i host” w strojach, które można uznać za biznesowe czy też smart casual. 

    Tour de France 2020 łamie więc wiele stereotypów i zapowiada się jako impreza wyjątkowa, kto wie, może rozpoczynająca nową erę w kolarstwie zawodowym. Oby, mimo wyjątkowej sytuacji to święto sportu udało się rozegrać bez większych kłopotów.