In sport

Nigdy nie skreślajcie kolarzy. Nigdy!

Rigoberto Uran na trzy dni przed końcem Tour de France walczący o zwycięstwo? Nikt się tego nie spodziewał! Kolumbijski kolarz został pominięty przez większość fachowców w przedwyścigowych typowaniach a fani najchętniej wysłaliby go na emeryturę tylko dlatego, że miał dwa, nieco gorsze sezony. Tymczasem Uran odrodził się i w dobrym stylu jest jednym z najmocniejszych kolarzy Wielkiej Pętli 2017.

Czas szybko leci. Rigoberto Uran (rocznik 1987, czyli w tym roku ma ?trzydziestkę?) już dawno przestał być ?młodym, obiecującym zawodnikiem?. Rozgłos zyskał w 2012r, gdy wraz z Sergio Henao w barwach teamu Sky znakomicie jechał w Giro d?Italia, wygrywając tam klasyfikację młodzieżową. Dwa miesiące później, podczas Igrzysk Olimpijskich w Londynie przegrał finisz o złoty medal w wyścigu ze startu wspólnego z Alexandrem Vinokurowem a jesienią skutecznie walczył we włoskich klasykach.

Rok później był już drugi w ?generalce? włoskiego touru, ustępując tylko Vincenzo Nibalemu. Po przejściu do ekipy Quick Step  w 2014r poprawił umiejętność jazdy na czas i stał się uniwersalnym kolarzem etapowym. Nawet z perspektywy czasu trudno ocenić, czy gdyby nie kontrowersyjna akcja Nairo Quintany na przełęczy Stelvio, Uran obroniłby prowadzenie i wygrał cały wyścig czy też drugie miejsce to było wszystko, na co mógł sobie w owym czasie pozwolić.

Tak czy inaczej dwie drugie lokaty rok po roku w Giro to świetny wynik, którym pochwalić mogą się tylko nieliczni. Mimo to dwa kolejne sezony były w wykonaniu Rigoberto Urana nieco słabsze.

Podpisany w 2016r kontrakt z mniej eksponowaną i dysponującą wyraźnie niższym budżetem drużyną Jonathana Vaughtersa zwiastowało raczej przejście na pozycję ?harcownika?, uciekiniera i łowcy etapów niż powrót do walki o najwyższe cele.

Tymczasem minął rok i nic nie wskazywało na to, by Kolumbijczyk budował jakąś super formę. Od początku sezonu 2017 w krótszych etapówkach zajmował lokaty w pierwszej dziesiątce, ale jechał ?bez błysku?, czyli tak, jak przez poprzednie kilkanaście miesięcy.

Pierwszy etap Touru w Dusseldorfie pojechał przeciętnie, tracąc do Christophera Froome?a 51?. Trzeba pamiętać, że otwierająca wyścig czasówka była rozgrywana w bardzo trudnych warunkach, padającym deszczu i na śliskiej nawierzchni. Tak czy inaczej, mając w pamięci dobre występy w podobnych próbach w przeszłości można było wątpić w dobrą dyspozycję Rigoberto Urana.

Gdy jednak peleton wjechał w góry, Uran był z najlepszymi. Na La Planche des Belles Filles przyjechał razem z Bardetem, 6? za Froomem. Podczas ?jurajskiej rzeźni? czyli dramatycznego etapu do Chambery zachował czujność, cudem uniknął zderzenia z Porte i Martinem i choć jego rower ucierpiał, na najtwardszym przełożeniu wygrał emocjonujący finisz z wyselekcjonowanej grupy liderów.

https://www.instagram.com/p/BWvRzlqh2Hu/

W Pirenejach było jeszcze lepiej. Zanotował drugi rezultat na etapie do Peyragudes, odrabiając część strat do Froome?a. Również podczas ciężkiej przeprawy na odcinku do Foix zachował czujność, podobnie jak na nerwowym etapie w Masywie Centralnym.

W przeciwieństwie do Fabio Aru wykazał się wytrzymałością, walcząc o bonifikaty i nie puszczając koła szarżującego Romaina Bardeta.

Przed decydującą o wynikach czasówką zachowuje szansę nawet na wygraną. W obliczu 22,5km, wymagającej jazdy indywidualnej w trzecim tygodniu wielkiego touru nie można powiedzieć, że Froome jest pewny zwycięstwa.

Owszem, trudno sobie wyobrazić sytuację, w której to właśnie Rigoberto Uran wygrywa z Brytyjczykiem, ale mając w pamięci jego dobre występy na Giro d?Italia i Vuelta a Espana można stwierdzić, że ma potencjał do sprawienia niespodzianki.

Tak czy inaczej, miejsce na podium jest bardzo prawdopodobne a już samo to dla kolarza, o którym wszyscy niemal zapomnieliśmy jest piękne.

Choć o Uranie wiemy nie za wiele – nie jest kolarzem, który na prawo i lewo udziela wywiadów – z wizerunku, jaki kreuje można powiedzieć, że to bardzo w porządku gość. Wyluzowany, udzielający się charytatywnie, mający poczucie humoru a przy tym poświęcony swojej pracy-pasji, jaką jest kolarstwo.

Trudno więc nie darzyć go sympatią, zarówno jako postać jak i sportowego outsidera powracającego na szczyt.

To nie pierwsza i nie ostatnia historia, jaką dostarcza nam zawodowe kolarstwo. Kolejni herosi zaliczający wzloty i upadki, lepsze i słabsze sezony udowadniają, że nigdy, aż do zakończenia kariery nie wolno przekreślać ich szans. Zwłaszcza, jeśli już wcześniej pokazywali, że są w stanie rywalizować na najwyższym poziomie.

Formy, talentu, genów i daru od boga nie traci się z dnia na dzień. Zdarza się, że, z różnych powodów, o których często nie wiemy, zawodnik zalicza gorszy czas. Trwa to miesiąc, dwa, sezon, czasem kilka, ale wcześniej czy później potrafi nawiązać do zapowiadanego potencjału i spełnić pokładane w nim nadzieje.

To piękno sportu, piękno kolarstwa i wspaniałe chwile. Nie pozostaje więc nic innego, jak śledząc sobotnią czasówkę co jakiś czas powtórzyć #GoRigoGo. Bo gdyby Uran wygrał ten wyścig, to byłaby dopiero historia!