Casual

Mój pierwszy wyścig

Jeśli dobrze liczę, było to w maju 1995r. Rocznikowo miałem więc 13 lat i byłem młodzikiem. To wtedy wystartowałem w swoim pierwszym wyścigu i choć kariery jako kolarz nie zrobiłem, ten sport jest ze mną do dziś.

Połowa lat dziewięćdziesiątych to był prawdziwy ?boom? na rowery górskie. Sklepikarze i importerzy byli w stanie sprzedać cokolwiek na grubych oponach niemal w każdej ilości. MTB propagowała telewizja publiczna, gdzie do jazdy na ?góralu? zachęcali Katarzyna Dowbor, Doman Nowakowski i Mariusz Pacut. To wtedy też rower terenowy zaczynał być popularnym prezentem komunijnym.

Kolejne imprezy wyrastały jak grzyby po deszczu, reklamowany w lokalnych mediach Puchar Krakowa przyciągał na trasy całkiem sporo nie tylko zawodników, ale i kibiców. Parę razy, w ramach weekendowej wycieczki z rodzicami oglądaliśmy więc takie ściganie a że wyglądało to fajnie, zachęceni informacjami w radiu, gdy okazało się, że mogę wziąć udział, pewnego wiosennego dnia pojechaliśmy do pobliskich Myślenic.

No dobra, nie tak całkiem w ciemno, ponieważ Puchar Krakowa był w miarę poważną imprezą i nie dało się w niej wystartować ?z ulicy?. Wygląda na to, że musiałem być całkiem zdeterminowany, bo na szybko uzyskałem zaświadczenie o zdolności do uczestnictwa w zawodach od lekarza sportowego (wizyta u podchmielonej pani doktor pozostaje niezapomnianym przeżyciem), w tygodniu przed imprezą trochę więcej pojeździłem po jakiś górkach, dzień wcześniej podjechaliśmy zapoznać się z trasą by następnie stanąć razem z niemałą gromadką rówieśników na linii startu.

1997, też Myślenice, start Uphillu

Wiecie, jak wtedy wyglądały trasy zawodów? Rundy były dość długie, wiele z nich nie miała szczególnych trudności technicznych, choć zjazd po stoku narciarskim na sztywnym widelcu nawet dziś wywołałby pewne emocje.

Teraz myślę, że w zasadzie ta trasa w Myślenicach nie różniła się zasadniczo od dobrze znanego maratończykom ?mini? na Bikemaratonie w tym właśnie miejscu, z tą różnicą, że nie wjeżdżało się na Chełm, tylko gdzieś w połowie zawijało w dół pod wyciągiem. Bonusem był za to dwukrotny przejazd przez strumień, który powodował, że większość rundy jechało się w mokrych butach.

Jak mi poszło? Cóż, ukończyłem, nie byłem ostatni i nie dostałem dubla. Biorąc pod uwagę, że nie trenowałem w klubie tylko jeździłem na wycieczki i przejażdżki, do tego byłem w młodszym roczniku młodzika a chłopakom, z którymi stałem na starcie zaczynały już rosnąć wąsy i brody, było całkiem spoko.

O ile dobrze pamiętam, to po drodze męczyłem się niemiłosiernie, rozwaliłem kolano a do zwycięzcy straciłem więcej niż sporo, ale nie to było istotne. Musiało mi się spodobać, bo właściwie jak tylko były jakieś zawody w okolicy, to na nie jeździliśmy.

Gdy rok później wprowadzono obowiązek startu z licencją, żeby móc brać udział w całej tej zabawie, rodzice załatwili stertę formalności i cała zabawa zaczęła się od nowa.

1999, Wielka Nagroda MTB Beskidy

Najwidoczniej taka moja karma, że te zawody rowerowe mnie wciągnęły i w kolejnych latach z mniejszym lub większym zaangażowaniem startowałem przynajmniej kilka razy w sezonie. Raz było lepiej, raz gorzej, czasem gdzieś stanąłem na podium albo zdarzyła się jakaś przerwa. Zawsze jednak wracałem z tą samą motywacją, entuzjazmem i zaangażowaniem co w wieku 13 lat.

Teraz mam 35 i jazda na rowerze nieustająco sprawia mi satysfakcję i przyjemność. Z zarazy ściganctwa ewidentnie się nie wyleczyłem. A to wszystko dzięki temu, że dawno temu miałem zawody mtb ?pod domem?.