Fikcja? Niekoniecznie! Zanim Lance Armstrong został przyciśnięty do muru, skazany na dożywotnią dyskwalifikację przez Amerykańską Agencję Antydopingową i “wyspowiadał się” w programie Oprah’y Winfrey, snuł plan by zostać gubernatorem Teksasu. A stamtąd na horyzoncie widać już Biały Dom. Czy mimo chwilowych problemów były kolarz i dopingowicz może powrócić do politycznych ambicji?

Kumpel Busha, idol Kerry’ego

To nie mrzonki. Lance Armstrong, w czasie swojej tymczasowej emerytury (czyli w latach 2006-2008) rozważał karierę polityczną. Urodzony w Teksasie kolarz, dzięki prowadzonej i firmowane przez siebie fundacji Livestrong oraz statusowi gwiazdy sportu na co dzień spotykał się z przedstawicielami świata biznesu i polityki.

President George Bush and 2005 Tour de France winner Lance Armstrong take a ride together.jpg
Public Domain, Link

Gdy w 2005, po siódmym z rzędu triumfie Armstronga w Tour de France z gratulacjami zadzwonił ówczesny Prezydent USA, George W. Bush, wkrótce potem obaj panowie umówili się na przejażdżkę rowerową.

Niemal równocześnie, w czasie kampanii prezydenckiej 2004r, z charakterystyczną, żółtą opaską Livestrong na nadgarstku był widywany rywal Busha, demokrata John Kerry (dostał ją od kobiety, która podczas konwencji wyborczej opowiedziała mu historię swojej własnej choroby. Sam Kerry w tym czasie leczył się na raka prostaty).

Co więcej, Lance korzystał z usług specjalisty zajmującego się wizerunkiem, który współpracował z Bushem oraz kolejnym kandydatem republikanów (w wyborach 2008), Johnem McCainem.

Mimo swojego pochodzenia z Teksasu oraz kontaktów z elitą republikanów, Armstrong spotykał się i szukał porad u Kerry’ego a całość światopoglądu, który znamy z mediów sugerowałby, że bliżej może mu być do demokratów.

Grzech chciwości

W wywiadzie dla Vanity Fair sprzed powrotu do peletonu, Lance Armstrong uznał za prawdopodobne, że w przyszłości (około roku 2014) mógłby się ubiegać o stanowisko gubernatora Teksasu. A gubernatorstwo w dużym stanie jest znakomitą odskocznią do Białego Domu.

Tyle tylko, że życie sportowego emeryta i celebryty ewidentnie go nudziło. Co więcej, Lance gardził nowym pokoleniem kolarzy i chciał jeszcze raz stanąć na podium Tour de France by udowodnić peletonowi, kto jest prawdziwym “Bossem”.

To w tym momencie zaczęła się historia upadku wielkiej gwiazdy sportu, którą można poznać choćby dzięki filmowi “The Armstrong Lie” (ZOBACZ RECENZJĘ).

Nienasycony Lance zapłacił za swoją chciwość i arogancję bardzo wysoką cenę, banicji ze sportu i częściowo z życia publicznego. Odarty z zaszczytów, z groźbą wielomilionowych odszkodowań na karku usunął się w cień.

Być może, gdyby nie błąd powrotu do peletonu w 2009r, w 2020r kandydowałby na urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych.

Zabezpieczony przed kompromitacją

Jako cechujący się niebywałą charyzmą, despotyczny człowiek sukcesu ze sporym rysem socjopatycznym, Lance Armstrong nadaje się do wielkiej polityki jak mało kto. Fakt niewielkiego doświadczenia w sprawowaniu funkcji publicznych nie jest przeszkodą w Stanach Zjednoczonych. Ronald Reagan, Arnold Schwarzenegger czy teraz Donald Trump weszli na szczyty nie będąc całe życie “zawodowymi politykami”.

W oczach wielu ludzi, Armstrong wciąż jest bohaterem. Nawet, gdy fanboje ze smutkiem przyjmują fakt przyznania się do stosowania i organizowania dopingu w grupie US Postal, przeznaczania publicznych funduszy na kupno niedozwolonych środków, zastraszanie, mobbing czy taki drobiazg jak rozwód z kobietą, która pomogła mu w trudnym czasie leczenia nowotworu, zawsze pozostaje Fundacja Livestrong.

“Walka z rakiem” jest tym, pozytywnym aspektem kariery Armstronga, którego raczej się nie kwestionuje.

Paradoksalnie ciemne strony dopingowej przeszłości byłego kolarza mogą być traktowane jako pewnego rodzaju atut, jeśli jeszcze raz zechce podjąć wyzwanie zmierzenia się z karierą polityka.

W brutalnej kampanii opartej o “zbieranie haków”, Armstrong mógłby grać w otwarte karty. Wszak większość jego przewinień już znamy, ba, nawet w przypadku skazania go przez sąd w którejś z toczących się spraw, nadal mógłby ubiegać się o prezydenturę.

Ponieważ śledztwo Jeffa Novitzkiego, które miało istotny wpływ na odebranie tytułów i dyskwalifikację Armstronga nabrało tempa, gdy administrację w Białym Domu przejęli demokraci (to dobra okazja dla fanów teorii spiskowych, ponieważ w ten sposób osłabiono lub wręcz wyeliminowano potencjalną gwiazdę republikanów, czyli Armstronga właśnie), można podejrzewać, że w przypadku startu na dowolne stanowisko publiczne, rywale dobiorą się do kulis drugiego filaru sławy kolarza, czyli właśnie do antynowotworowej fundacji.

Zatem póki co Lance Armstong wydaje się być “niewybieralny” nie tylko na stanowisko prezydenta USA, ale także na gubernatora jednego ze stanów.

Trzeba jednak pamiętać, że jak na ewentualnego polityka wciąż jest stosunkowo młody (ma 45 lat), za dekadę jego dopingowa przeszłość może stać się tyle warta co słynne “palił trawę, ale się nie zaciągał” Billa Clintona, jeden z grzechów młodości, które można śmiało zbagatelizować.

Biorąc pod uwagę poważny kryzys nie tylko idei, ale i osobowości w życiu politycznym, tak w USA jak i w Europie, charyzmatyczna postać jaką jest Lance Armstrong, mimo wielu popełnionych przewinień, może jeszcze sporo namieszać. Bo skoro wygrał Donald Trump, równie dobrze jestem sobie w stanie wyobrazić wyborczy triumf Armstronga.

Skomentuj

Komentarze

Powered by Facebook Comments