Fabian Cancellara kończy karierę olimpijskim złotem. Gdy wydawało się, że wycieczka do Rio będzie jedynie jego rundą honorową, Szwajcar przygotował dyspozycję niczym za swoich najlepszych lat i zmiażdżył konkurentów w jeździe indywidualnej na czas.

To nie będzie hagiografia “Spartakusa”. W obecnych czasach uznanie jakiegokolwiek sportowca za świętego to sprawa bardzo ryzykowna. Biorąc pod uwagę, kiedy Fabian Cancellara zaczynał karierę, odnosił pierwsze sukcesy, z kim rywalizował i w jakich zespołach jeździł, trzeba mieć się na baczności.

Swój pierwszy etap w Tour de France Szwajcar wygrał w 2004r. Pierwsze z czterech mistrzostw świata to rok 2006, wygrana w Mediolan-San Remo 2008, “dublety” Ronde Van Vlaanderen – Paryż Roubaix to 2010 i 2013.

Pierwsza dekada XXIw to nie był czas dla “czystych” kolarzy a ekipy Fassa Bortolo czy CSC, których barwy reprezentował, nie słynęły z “czystości”.

Mimo to wokół Cancellary rzadko pojawiały się dopingowe pomówienia. Nawet pseudonim “Luigi” na liście Eufemiano Fuentesa w “Operation Puerto” ostatecznie został przypisany nie jemu lecz Thomasowi Dekkerowi.

Cieniem na imponującej karierze Fabiana Cancellary kładzie się więc jedynie podejrzenie o “motodoping”. Imponujące ataki na trasie brukowanych klasyków i dominujący styl jazdy wzbudziły pogłoski, wedle których Szwajcar miał być jednym z pierwszych stosujących ukryte “doładowanie” w swoim rowerze. Szczególna troska, jaką Cancellara obdarzał sprzęt nie pomogła w uciszeniu krytyków a na youtube do dzisiaj można znaleźć filmiki próbujące udowodnić, że z rowerem “Spartakusa” było coś nie tak.

Trochę dziwnie zaczynać opowieść o wybitnym sportowcu od wzmianki o jego potencjalnych oszustwach, ale cóż, pokolenia atletów zapracowały na takie podejście.

Tak czy inaczej, teraz już bez przeszkód możemy się skupić na przebiegu kariery Fabiana Cancellary.

Jej największym wyróżnikiem nie jest nawet imponujący zbiór zwycięstw w najważniejszych wyścigach na świecie. Są bowiem kolarze, którzy seryjnie wygrywają określony typ zawodów: sprinty z peletonu, wielkie toury czy brukowane klasyki.

W przypadku Cancellary najważniejsza jest wszechstronność, która stała się główną składową jego mistrzostwa.

Ewolucja od specjalisty prologów czy też krótkich czasówek przez dominatora jazdy indywidualnej na czas po wybitnego kolarza klasycznego jest imponująca.

Ba, już w obrębie samych klasyków współcześnie trudno znaleźć kolarza, który byłby w stanie rywalizować na tym samym poziomie i w Mediolan-San Remo i w Ronde Van Vlaanderen i w Paryż-Roubaix. A Cancellara nie tylko ma na swoim koncie zwycięstwa w każdym z tych wyścigów, ale też trzykrotnie stawał na podium tych monumentów w jednym sezonie, dwa razy notując wygraną przynajmniej w jednym z nich. To zaiste imponujące.

Co więcej, Szwajcar potrafił też wygrywać w kolejnym, nietypowym wyścigu, aspirującym do miana klasyku, czyli Strade Bianche. Włoska impreza prowadząca pagórkowatymi, szutrowymi drogami Toskanii padła jego łupem aż trzykrotnie. Dzięki temu jeden z sektorów “białych dróg” został poświęcony Cancellarze a “Spartakus” na zawsze będzie częścią historii tego, konkretnego wyścigu.

Jakby tego było mało, istotne jest nie tylko bogate portfolio Cancellary, ale styl, w jakim sięgał po zwycięstwa. Potrafił zaskoczyć sprinterów długim finiszem “z kilometra” a jego mocy nie był się w stanie przeciwstawić nawet rozpędzony do granic możliwości peleton. Uciekał też z grupy faworytów na długo przed metą lub też niszczył najpoważniejszego rywala w bezpośrednim pojedynku “jeden na jeden”.

Tak jak w karierze każdego sportowca, tak i w karierze Fabiana Cancellary zdarzały się trudne momenty. W kolejnych kraksach Szwajcar łamał obojczyki czy uszkodził jeden z kręgów, ale zawsze wracał w równie dobrej formie co przed kontuzją.

Sezon 2016 zapowiedział jako swój ostatni. Choć wczesną wiosną wygrał Strade Bianche, kampania klasyków nie poszła po jego myśli. Wyrazem niepowodzenia pecha był upadek na torze, już za metą Paryż-Roubaix, “runda honorowa”, rozumiana i dosłownie i w przenośni była daleka od takiej, jaką Szwajcar mógł sobie wymarzyć.

Do Rio de Janeiro jechał raczej jako outsider niż faworyt. Wyścig ze startu wspólnego był dla niego zbyt górzysty a w jeździe na czas uwaga ekspertów była skierowana na młodszych rywali. O Cancellarze wspominało się raczej przez grzeczność, bo przecież nie wolno zapomnieć o wielkim mistrzu, który jednak już przeszedł do historii. A przynajmniej tak nam się wydawało, ponieważ Szwajcar na olimpijską czasówkę jeszcze raz zbudował najwyższą dyspozycję.

Pojechał tak, jak za swoich najlepszych lat. Pokazał nie tylko wielką moc, ale i niemal nienaganny styl oraz technikę. To elementy za które cenieni są specjaliści od czasów Jacquesa Anquetila. Ze sceny schodzi co prawda już po szczytowych chwilach swojej kariery, ale jako wielki mistrz i ikona kolarstwa XXIw. A może i ikona kolarstwa w ogóle.

Skomentuj

Komentarze

Powered by Facebook Comments