Przełajowa reprezentacja Polski wróciła z Mistrzostw Europy w holenderskim Huijbergen na tarczy. Zgodnie z panującą tendencją, należałoby tych wszystkich zawodników – modne słowo – zaorać. Podobnie jak przedstawicieli wielu innych dyscyplin sportu.

W świecie, w którym liczy się tylko zwycięzca, tylko on dostaje szansę przeżycia: finansowanie ze związku, czasami sponsora, bywa, że nawet zaprosi go do swojego programu Kuba Wojewódzki. Wielki a przy tym niezmarnowany talent trafia się tylko raz na jakiś czas, zwłaszcza w systemie, który funkcjonuje w krótkoterminowej perspektywie.

Postacią, która często w takich sytuacjach objawia dotkliwą prawdę jest Justyna Kowalczyk. Najlepszy polski przedstawiciel biegów narciarskich w historii, międzynarodowa gwiazda tej dyscypliny “powstała” tak naprawdę z przypadku (tak, tak, wiem, i ciężkiej pracy jej, jej pierwszego trenera, jej kolejnego trenera i tak dalej, ale de facto równie dobrze mogła rzucić bieganie i zająć się czymś innym jeszcze zanim sięgnęła po swój pierwszy sukces i nikt na to by nie zwrócił uwagi). Kowalczyk jako swoją idolkę, zawodniczkę, która wpłynęła na rozwój kariery, wybór życiowej drogi jaką jest sport wyczynowy wskazuje Lidię Chojecką.

Kogo? Biegaczkę średnich dystansów, która wymierne sukcesy odnosiła tylko w hali, w sezonie letnim zaliczając co najwyżej “punktowane miejsca”. Obiektywnie Chojecka była znakomitym sportowcem, przez wiele lat nawiązującym rywalizację ze ścisłą, światową czołówką. Tyle tylko, że szczytem jej możliwości było zakwalifikowanie się do finału Igrzysk czy Mistrzostw Świata. Medale zdobywała zimą, w hali, co może świadczyć o sporej inteligencji i umiejętności wykorzystywania pojawiających się szans.

Wspomniana narciarka mówi jednak wprost: bez Chojeckiej nie byłoby Kowalczyk.

Przechodząc z wyższego poziomu abstrakcji na kolarstwo trzeba więc zapytać, po co nam Mariusz Gil, Paula Gorycka, Marceli Bogusławski czy Olga Wasiuk. Albo czołówka Pucharu Polski w XCO, albo ktokolwiek inny poza Mają Włoszczowską, Rafałem Majką i Michałem Kwiatkowskim?

Trzymając się restrykcyjnych kryteriów, np. na międzynarodowe zawody przełajowe jeździliby tylko Belgowie, paru Holendrów, dwóch Czechów i jeden bogaty Amerykanin. W cross country ścigałoby się trzech Szwajcarów, Hiszpan, Francuz i Niemiec a na szosie ktoś taki jak np. Bryan Coquard ( nadzieja francuskiego sprintu), powinien przejść na emeryturę zanim z orlika stał się kolarzem elity.

Wbrew pozorom to jest poważne pytanie o to, czy jest sens w utrzymywaniu sportowców, którzy nie rokują na olimpijski medal. Czy np. gmina ma wspierać swojego najlepszego kolarza, jeśli ten nie ma wymiernych szans na zostanie najlepszym kolarzem w kraju. I czy w sytuacji, gdy najlepszy kolarz w kraju nie ma szans choćby na top20 na mistrzowskiej imprezie międzynarodowej, zasługuje na strój, hotel i bilet na te mistrzostwa?

Moje zdanie jest takie, że jeśli najlepszy zawodnik z regionu nie pojedzie na mistrzostwa kraju a najlepszy zawodnik z kraju nie pojedzie na mistrzostwa kontynentu, to za dwa, trzy lata nie będzie już najlepszego zawodnika w powiecie, bo w jego ślady nikt nie pójdzie. Co najwyżej garstka kolegów będzie się ścigała wokół trzepaka i nic z tego nie będzie. Brak kontaktu z mocniejszymi rywalami sprawi, że nikt nie będzie podnosił swojego poziomu. Jeśli jakimś cudem trafi się nie tylko utalentowana, ale i zdeterminowana by uprawiać sport jednostka, to z dużym prawdopodobieństwem na pierwszej, ważnej imprezie międzynarodowej zbierze baty. Bo nie będzie obok niej doświadczonych ludzi, którzy wybiorą hotel blisko trasy, będą znali niuanse związane z logistyką i organizacją, przez co szansa, że cały wyjazd zakończy się porażką wyraźnie wzrośnie.

Skoro talent nie przywiezie z mistrzostw “miejsca punktowanego”, na kolejne nie pojedzie, bo przecież nie warto na niego wydawać pieniędzy. Rower zawiśnie na haku a kolarz do sportu wróci dopiero jako masters, gdy będzie go stać na uprawianie sportu dzięki pieniądzom zarobionym na emigracji.

Niewykluczone, że wśród obecnego pokolenia młodych kolarzy nie ma zawodniczki, która powtórzy olimpijskie srebro Włoszczowskiej w Pekinie ani zawodnika, który stanie na podium eliminacji Pucharu Świata jak Marek Galiński. Trudno będzie nawiązać również do dobrych wyników juniorskich w przełajach sprzed kilku lat. Choć program rozpoznawania talentów przez Polski Związek Kolarski funkcjonuje od pewnego czasu, nie ma gwarancji, że za pięć lat będziemy mieli kolejnego mistrza świata na szosie i najlepszego “górala” Tour de France. Może być tak, że w najbliższych sezonach szczytem możliwości naszych zawodników będą miejsca na zapleczu europejskiej czołówki (może być też tak, że worek medali na torze i w mniej ważnych, ale mistrzowskich imprezach przełoży się na worek medali w najbardziej eksponowanych konkurencjach i staniemy się kolarską potęgą). Najważniejsze jest to, by w nich wierzyć, dawać kolejne szanse a dzięki temu pracować na lepsze warunki dla ich następców.

A o tym, że nigdy nic nie wiadomo, niech świadczą ministerialne nominacje nowego rządu. Szefem resortu sportu ma zostać Witold Bańka, biegacz na 400m, który brązowy medal mistrzostw świata w sztafecie 4×400 (Osaka 2007) zdobył dzięki uczestnictwu w eliminacjach. By jednak w ogóle pojechać na mistrzostwa, tak czy inaczej musiał być bardzo dobrym biegaczem, nawet jeśli indywidualnie nigdy nie zabłysnął na najważniejszych imprezach międzynarodowych.

Zdjęcie okładkowe: Matthew.j.obrien, wikimedia commons, CC BY SA 3.0

Skomentuj

Komentarze

Powered by Facebook Comments