DopingIn sport

Dobry doper, zły doper

Czym się różni kolarz David Millar od kolarza Stefana Shumachera? Albo dyrektor sportowy Johnatan Vaughters od dyrektora sportowego Manolo Saiza? Każdy z nich na jednym z etapów kariery stosował lub ordynował innym stosowanie dopingu. Każdy z nich został skazany dyscyplinarnie, karnie lub choćby potępiony społecznie. I każdy z nich w ten czy w inny sposób nadal jest związany z kolarstwem. A mimo to jednych lubimy i szanujemy a innych uznajemy za zakałę, by nie powiedzieć pasożytów.

Wyczynowi sportowcy odnoszący sukcesy to gwiazdy popkultury, czy tego chcą, czy nie. Historie o łotrach, przestępcach czy bandytach zawsze cieszyły się popularnością. Co więcej, niejeden czarny charakter, jako główny bohater opowieści, cieszył się większą sympatią niż szlachetna postać będąca w opozycji do niego. W ostatnich latach mamy wysyp różnej maści zbirów, którym kibicujemy i w sumie życzymy dobrze. Seryjny morderca Dexter, cham i socjopata House, erotoman i wiarołomca Moody przez kolejne sezony gościli w naszych domach i sercach jako telewizyjni idole. Dobrzy ludzie są nudni i tak naprawdę mało kogo interesują.

W przypadku ludzi sportu przyłapanych na niedozwolonym wspomaganiu sprawa jest inna. Dostęp do dopingu to często kontakty z mafią a cały proceder jest daleki od akcpetowalnego moralnie. Obowiązująca zmowa milczenia łamała kariery tym, którzy postanowili wyłamać się z układu. Jeśliby spisać wymówki, które sprzedawali nam za pośrednictwem mediów zawodnicy wyśledzeni przez stosowne służby lub zwyczajnie złapani na kontroli antydopingowej, można by napisać niejeden skecz kabaretowy. Chory pies, leki dla teściowej, cukierki od cioci z Kolumbii czy zanieczyszczone mięso w regulującej wszystko Unii Europejskiej są wysoko na tej liście.

Jeszcze do niedawna festiwal głupkowatych zaprzeczeń był na porządku dziennym przy każdej dopingowej sprawie. Sytuację zmienił słynny raport USADA, towarzyszący dyskwalifikacji Lance?a Armstronga. Poznaliśmy część prawdy o praktykach w zawodowym peletonie przełomu XX/XXIw. Co ciekawe, prawda ta nie różniła się znacząco od poszlak, do jakich docierali niektórzy dziennikarze, jednak w obliczu milczenia środowiska, nie można było ich w pełni udowodnić.

Wspomnieni David Millar czy Johnatan Vaughters byli jednymi z pierwszych, którzy postanowili wyjść przed szereg i powiedzieć prawdę. Nie są lepsi od innych w jednym elemencie: zrobili to post factum, mając za sobą persfazję ze strony władz antydopingowych. Tak jak na spowiedzi spełnili kilka warunków, które zmazały ich winy, choć nie sprawiło to, że zapomnieliśmy o ich istnieniu. Nie tylko wyrazili żal, a swoją pracą częściowo zadośćuczynili jeśli nie bliźnim, to przynajmniej ich następcom, to jeszcze wytrwali w mocnym postanowieniu poprawy. Można powiedzieć, że to tylko słowa i gesty, ale w takich sprawach właśnie one mają niebagatelną wagę.

Stefan Schumacher, do którego sytuacji komentarze zainspirowały mnie do napisania tego tekstu, to postać o nieco innym podejściu do tematu dopingu. Gdy wpadł na EPO CERA, wyjawił prawdę dopiero, gdy jego apelację odrzucił Trybunał Arbitrażowy. Niemiecki kolarz to zawodnik, który w sportowy wiek męski wchodził w czasach, gdy niedozwolone wspomaganie było powszechne, popularne i, przy zachowaniu minimum ostrożonści, niemal bezkarne. ?Brał? od początku swojej zawodowej kariery, nie miał oporów przed sięganiem po coraz skuteczniejsze rozwiązania. Nie zaprezentował słów czy gestów, które umożliwiłyby inną ocenę. Do skrajnego przypadku, jakim jest Ricardo Ricoo na szczęście mu daleko, tym bardziej, że mimo wszystko po zakończeniu okresu dyskwalifikacji oficjalnie jest ?czysty?. Trzeba też pamiętać, że w ostatnich czterech latach nie był łączony z żadną nową aferą dopingową a wyniki jego testów były negatywne.

Cała sprawa rozchodzi się więc o wizerunek i zaufanie. To ważki temat pełen subiektywnych opinii i własnych sympatii. Sprawa powrotu Schumachera do grupy Pro Continental nie zwróciłaby mojej uwagi, gdyby nie transfer do polskiego zespołu. Tu znów pojawia się kwestia gestów. Jeden były dopingowicz, Rebellin niewiele oznacza. Dwóch o podobnej historii może być wyrazem tendencji czy nawet polityki. Jakkolwiek świetlana nie byłaby przyszłość zespołu sponsorowanego przez CCC, zwyczajnie wolałbym, żeby ambitnie postawione cele realizowane były innymi środkami.Wracając do nawiązań popkulturowych. Schumacher to nie jest Robin Hood Janosik, czy choćby Jamie Lannister. Można mu wybaczyć grzechy z przeszłości, ale trudno mu kibicować.

Zdjęcie okładkowe: Emilio Labrador, flickr cc by 2.0

Related posts
Recenzje

Un Ange, czyli film o Vandenbroucke’u

Koen Mortier zaprasza do swojej fantazji na temat ostatnich godzin życia Franka Vandenbroucke’a. Upadłej gwiazdy “pokolenia epo”, kolarza który nieco ponad dziesięć lat temu zmarł samotnie w Dakarze po nocy spędzonej z prostytutką.
Read more
Recenzje

Marco Pantani. Ostatni Podjazd.

W ogromie reporterskiej pracy, którą wykonał Matt Rendell opisując życie, karierę i śmierć Marco Pantaniego największą wartość mają te słowa, które nie przekonają nieprzekonanych, ale są wartością rzadko spotykaną w kolarskich mediach. Te, które boleśnie…
Read more
Bez kategoriiIn mindIn sport

Co zmienić w pro kolarstwie?

Jaka będzie przyszłość kolarstwa zawodowego po pandemii koronawirusa i kryzysie ekonomicznym?
Read more