In mindIn sport

Like a pro

Tour de France 1962, fot. Wikimedia Commons, NL-HaNA, ANEFO / neg. stroken, 1945-1989, 2.24.01.05, item number 914-0612 CC BY SA 3.0

Był taki czas, jeszcze kilkadziesiąt lat temu, gdy kolarze w zimie nie trenowali jak szaleni, lecz oszczędzali energię na najważniejsze starty. Przełom nastąpił mniej więcej ?za panowania? Eddy?ego Merckxa. Od tamtego momentu wszyscy staramy się żyć jak zawodowcy.

Federico Bahamontes, wybitny kolarz, który największe triumfy święcił na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XXw niedawno w artykule dla portalu cyclingnews opisał, jak wyglądały przygotowania zawodowców pół wieku temu. Kluczem do sukcesu było dla niego zachowanie dobrej formy w zimowych miesiącach, co sprowadzało się do trzymania diety i odpowiedniego wysypiania się. Dyscyplinę utrzymywał także na przedsezonowych zgrupowaniach, które dla jego równolatków bywały okazją do solidnych imprez. Zamiast trenować w grudniu, styczniu i lutym, kolarze więcej startowali w sezonie. Im później zaczynali się ścigać, tym lepiej: więcej energii zostawało im do spożytkowania podczas najważniejszych zawodów wiosną i latem. Człowiekiem, który wywrócił kolarstwo do góry nogami był oczywiście Eddy Merckx. Mniej więcej w okresie, gdy zaczynał dominować w peletonie kolarze zaczęli zachowywać się, jak teraz byśmy to nazwali, profesjonalnie. Belgijski ?Kanibal? wiódł w tym oczywiście prym.

Rik Van Looy, fot. Wikimedia Commons, domena publiczna

Rik Van Looy Giro d’Italia 1961, fot. Wikimedia Commons, domena publiczna

Przenosząc się sześćdziesiąt lat do przodu zastajemy sytuację, gdy niemal każdy co bardziej zaawansowany amator żyje i trenuje jak zawodowiec. Być może jest to zasługa popularności kolarstwa górskiego, które w pewnym momencie spopularyzowało wyczynową jazdę rowerem i zrównało wszystkich stawiając wspólnie na starcie. Tak czy inaczej, kolarz-amator ma obecnie przynajmniej pulsometr, coraz częściej miernik mocy, współpracuje z trenerem, dietetykiem, korzysta z odnowy biologicznej, garściami przyjmuje suplementy a jego sprzęt bywa lepszy i lepiej dopasowany (bike fitting) niż niejednego zawodowca. O takich drobiazgach związanych z postępem technologii jak choćby dostęp do analizy danych treningowych przez bezpłatne systemy typu Strava nie ma nawet co wspominać. Różnicą jest oczywiście czas, jaki amator może poświęcić na regenerację, ale mimo to roczny kilometraż i objętość, jaką wszyscy wykonujemy jest imponująca. Gdyby nie fakt, że gros tego dystansu to treningi a nie wyścigi, można by powiedzieć, że jesteśmy lepsi od herosów sprzed kilku dekad.

W całym tym szaleństwie prym wiodą kolarscy neofici. Amerykanie, Brytyjczycy czy Australijczycy, którzy dopiero niedawno zorientowali się, że jazda rowerem jest po prostu fajna, próbują być bardziej papiescy niż sam papież. Skoro ideałem kolarza jest Włoch, stylizują się na Filippo Pozzato, Mario Cipolliniego i im podobnych, dobierając kolory, fryzury oraz  pijąc wyłącznie organiczną kawę z etiopskich plantacji.

Być włochem – marzenie amatora!

Nadrabiając wieloletnie deficyty, gdy tylko pojawiła się możliwość, również zaczęliśmy uczestniczyć w tej zabawie. Jeszcze kilka lat temu zimowe zgrupowanie w ciepłych krajach było dostępne dla nielicznych. Ba, nawet rodzimi zawodowcy trenowali na Bałkanach czy na Krymie a nie na Kanarach. Tej zimy łatwiej spotkać znajomych w Hiszpanii czy Włoszech niż na ulubionej rundzie treningowej pod miastem. Można się zżymać na zadziwiającą popularność jednej z miejscowości na iberyjskim wybrzeżu, ale fajne jest jedno: nie tylko coraz większa jest grupa ludzi, którą na to stać, ale też coraz więcej osób wysoko w swojej hierarchii potrzeb stawia zaawansowaną aktywność fizyczną. Być może uderzanie w wysoki ton, gdy klasa średnia bawi się we Włochów jest nieco nie na miejscu, ale niedawno przypomniany przez Google fragment Karty Olimpijskiej głosi ?Uprawianie sportu jest prawem człowieka?. Nawet jeśli to tylko moda to i tak o wiele lepsza niż moda na kupowanie coraz większych telewizorów. Jeżeli jednak ktokolwiek z nas zagalopuje się na tyle, by pomyśleć, że już prawie-prawie osiągnął mistrzowski poziom, na ziemię sprowadza jeden wynik: rekord w jeździe godzinnej. Wspomniany Merckx w 1972r przejechał 49,431km a Fausto Coppi w 1942r pokonał 45,848km. W porównaniu z nimi, jak bardzo dopasowanego nie miałbyś roweru, ilu suplementów byś nie brał i jak bardzo aerodynamicznych kół nie założył, nadal pozostaniesz tylko amatorem.

Related posts
CasualIn mind

Jazda solo to styl życia

W sytuacji, w której samotna jazda stała się koniecznością, wielu kolarzy tęskni za grupowymi przejażdżkami. Tymczasem #ridesolo może być podyktowane nie przykrymi okolicznościami a osobistym, codziennym wyborem.
Read more
In mindIn sport

Czy kolarstwo jest gotowe na ściganie indoor?

Bez względu na to, czym zakończy się epidemia wirusa: kryzysem, rewolucją czy jeszcze większą dominacją najbogatszych korporacji, sport w końcu wróci. Rywalizacja online jest jedną z możliwości, pytanie tylko, czy kolarstwo jest na nią gotowe?
Read more
In sport

Jak mocny jest mocny amator?

Mistrzostwa Polski XCO były okazją by pochylić się nad poziomem sportowym polskich amatorów. Wniosek jest prosty: jeśli chcesz się ścigać z amatorami, musisz być zwierzęciem. Trasa na Kazurze Jak to mawiają ?warunki są takie same…
Read more