Rok: 2013

  • Pokonać maszynę

    Po raz setny kolarze ruszyli dookoła Francji. Oczy wszystkich skierowane są na drużynę Sky. Bez obrońcy tytułu, Sir Bradleya Wigginsa, za to z jego następcą, Chrisem Froomem, Brytyjczycy niczym perfekcyjnie działająca maszyna celują w kolejny sukces. Czy możliwe jest pokonanie ekipy, która działa niczym najbardziej sprawne korporacje? Jeśli tak, to kto i gdzie jest w stanie to zrobić? Przez najbliższe trzy tygodnie nawet ci, którzy na co dzień nie interesują się kolarstwem będą śledzili walkę o żółtą koszulkę. Magiczny Tour de France wystartował.

    Trasa Tour de France 2013
    Trasa Tour de France 2013 ? Wikimedia commons, autor: Nu?, CC BY SA 3.0

    Niezwykła przemiana
    Dwadzieścia lat temu brytyjskie kolarstwo było mniej więcej na tym poziomie rozwoju co polskie. Nieco historii, kilka przebłysków i nic poza tym. Szereg reform, długoterminowy plan rozwoju, solidne podstawy szkoleniowe i finansowe sprawiły, że obecnie poddani Jej Królewskiej Mości są dominującą siłą w zawodowym peletonie. Z najważniejszych imprez przywożą worki medali, liczą się niemal w każdej odmianie rowerowego sportu: od toru, przez szosę na mtb kończąc. Kulminacją wieloletniego procesu był lipiec 2012, gdy Bradley Wiggins wygrał Tour de France a następnie zdobył olimpijskie złoto.

    Ten były kolarz torowy przez kilka sezonów zmieniał specjalizację by po wielu wyrzeczeniach, drakońskiej diecie i katorżniczych treningach stać się specjalistą wyścigów etapowych. Swą siłę oparł na jeździe na czas oraz wsparciu drużyny. Ubiegłoroczna ?Wielka Pętla? wyglądała jak ułożona specjalnie dla niego. Stosunkowo mało gór, za to wiele kilometrów samotnej walki z czasem. Wiggins i jego przyboczni, niczym najwybitniejsi mistrzowie perfekcyjnie wykorzystali jedyną szansę, zdominowali wyścig i wygrali Tour de France. Nie obyło się bez kontrowersji. Za plecami Sir Wiggo wyrósł wybitny rywal z tego samego zespołu. Pochodzący z Afryki Chris Froome pokazał, że niemal równie dobrze jeździ na czas, a pod górę jest nawet mocniejszy niż jego lider. Po kilku sprzeczkach, Froome schował swoją dumę, zachował się jak profesjonalista i godnie czekał na swoją szansę. Właśnie ją dostał. Wiggins po nieudanym Giro di Italia nie startuje w tegorocznej ?Wielkiej Pętli?, za to Froome, mający rewelacyjny sezon jest głównym faworytem do zwycięstwa. Tym bardziej, że i tym razem trasa jest jakby uszyta dla grupy Sky.

    Brytyjskie roboty
    Pochodzący z Kenii zawodnik, zanim trafił pod skrzydła Dave?a Brailsforda był obiecującym kolarzem jeżdżącym w mniej znanych grupach. Podobno rozwój jego kariery utrudniała choroba pasożytnicza, schistosomatoza, której nawrót trapił go jeszcze w 2012 roku. Dopiero uporanie się z tą przypadłością pozwoliło mu w pełni rozwinąć skrzydła i wejść na najwyższy poziom. Dla sceptyków tempo, w jakim rozwijają się kolarze w Sky jest argumentem na stosowanie przez tę ekipę niedozwolonych praktyk dopingowych. Za plecami Wigginsa i Froome?a pojawia się bowiem kolejny ?super pomocnik?, Tasmańczyk Richie Porte, który w tym roku może odegrać podobną rolę, co Kenijczyk rok temu. Tak czy inaczej, ekipa Sky jest w wielu kwestiach wyjątkowa. Jej zawodnicy są jednymi z najszczuplejszych w peletonie, wychudzone sylwetki liderów drużyny budzą w równym stopniu podziw i przerażenie. To również drużyna, która najbardziej ze wszystkich szuka przewagi technologicznej. Stąd zapewne niechęć części kibiców do kolarzy w czarnych strojach. Sky odziera sport z resztek romantyzmu. Zawodnicy tego zespołu jadą niczym roboty, podporządkowani wskazaniom mierników mocy, wsłuchani w polecenia dyrektorów sportowych płynących przez radio z centrum dowodzenia. Wyścig taki jak Tour de France jest zresztą stworzony do szukania tego typu rozwiązań. Dużo bardziej nieprzewidywalne, włoskie Giro i hiszpańska Vuelta utrudniają kontrolę peletonu, zarówno z powodu pogody jak i ekstremalnych trudności spotykanych na trasie. I Froome i Wiggins przekonali się już o tym. We Francji, gdzie mało co może zaskoczyć, zaprogramowanie i zrealizowanie wyrafinowanej strategii jest bardziej możliwe.


    Chris Froome podczas przygotowujące do Tour de France wyścigu Criterium International. Niemal cały czas patrzy w urządzenie pokazujące generowaną przez niego moc.

    Szare kontra szare
    Wygląda na to, że wymiana lidera poszła w Sky bez problemu. Froome wygrywa w tym roku niemal wszędzie, gdzie startuje. Jego pomocnik, Porte bryluje tam, gdzie Froome ma wolne. Pozostali pomocnicy są w szczytowych momentach kariery. Wszystko wygląda niemal perfekcyjnie. Do tego trasa wyścigu powinna preferować lubiącego atakować w górach lidera brytyjskiej drużyny.

    Tour de France w całej swojej historii szukał wielkich pojedynków. W tym roku Froome?owi przeciwstawić ma się Alberto Contador. Wybitny kolarz, który mimo dopingowej przeszłości cieszy się sympatią kibiców i uznaniem w peletonie. Hiszpan mocno pracował na taką pozycję, wiele razy zachowując się jak prawdziwy mistrz. Po dyskwalifikacji, choć nie był najmocniejszym zawodnikiem, brawurą i taktyką wygrał Vuelta Espana i mimo, że w tym sezonie nie bryluje jak Froome, jest również wielkim faworytem do końcowej wygranej. W teorii zapowiada się najbardziej elektryzujący pojedynek ostatnich lat. Choć Froome i Contador to kolarze o podobnej specyfice: dynamiczni w górach i świetni na czas, prezentują dwa przeciwstawne obozy. Hiszpan ma wiele wspólnego ze ?starym?, skażonym dopingiem kolarstwem. Na trasie jest za to spontaniczny, lubi ryzykować, jeździ jak mistrz z dawnych czasów. Ekipa Sky to technologia, wyrachowanie a do tego wyrażane nie wprost podejrzenia, że coś jest z nią nie tak. Nadmierna dominacja po traumie związanej z historią Lance?a Armstronga jeszcze przez wiele lat będzie budzić podejrzenia. Nic nie jest już czarno białe, zatem pojedynek liderów, choć emocjonujący, pełny będzie niepewności nie tylko o jego zakończenie sportowe, ale i dyscyplinarne?

    Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. Tym trzecim może być Alejandro Valverde. Również kolarz z dyskwalifikacją na koncie, również ze świetną drużyną i taki, któremu również bardzo pasuje trasa tegorocznego Touru. Prócz niego o podium walczyć będzie kolejny niezmiernie dynamiczny Hiszpan, który od kilku lat próbuje wygrać trzytygodniowy wyścig, póki co nieskutecznie. Dla Joaquima ?Purito? Rordrigueza to być może ostatnia taka szansa w karierze. O miano najstarszego zwycięzcy ?Wielkiej Pętli? walczyć będzie triumfator z 2011r, Australijczyk Cadel Evans, ale niewykluczone, że będzie on pilotował młodego Amerykanina, Tejaya van Garderena. Zastęp młodych talentów prezentują Francuzi: Pierre Rolland i Thibaut Pinot to pierwsi od piętnastu lat realni faworyci do dobrych miejsc reprezentujący drużyny gospodarzy. Nieco w cieniu, choć nie bez szans są również zawodnicy tacy jak Jurgen Van Den Broek, Ryder Hesjedal, Andrew Talansky czy Daniel Martin. Wreszcie Andy Schleck, powracający po kłopotach ze zdrowiem, wielka niewiadoma, kolarz, który może zarówno w ogóle nie zaistnieć jak i włączyć się do walki o zwycięstwo.

    Nie mogę zapomnieć o Polakach. Po rewelacyjnym Giro di Italia apetyty, zwłaszcza szukających sensacji dziennikarzy z redakcji sportowych są wielkie. Kibice wykazują więcej rozsądku i po prostu życzą ?naszym? powodzenia. Przemysław Niemiec, choć ma silną pozycję w swojej ekipie przede wszystkim musi zregenerować się po walce we Włoszech, Michał Kwiatkowski jedzie wspierać super-sprintera Marka Cavendisha i zbierać własne doświadczenia oraz? rywalizować z Maciejem Bodnarem, którego lider, Peter Sagan to jedno z głównych zagrożeń dla ?Cave?. Każdy dobry wynik na etapie czy w jednej z klasyfikacji będzie miłą miłą niespodzianką, choć na tle tegorocznych rezultatów, nie będzie zaskoczeniem.

    Jubileusz dla koneserów
    Wydawałoby się, że setny Tour de France powinien oferować szczególne fajerwerki. Te jednak ostatnio zapewniają widzom organizatorzy we Włoszech i Hiszpanii. Francuzi postawili na ciekawą, zrównoważoną trasę, stawiając na koncentrację sprawdzonych rozwiązań w miejsce ekstremalnych nowinkek. Pierwszy raz wyścig wystartuje z Korsyki. Peleton spędzi na wyspie trzy ciekawe dni. Od początku będą pagórki, wysokie tempo i walka o koszulkę lidera. Kolumna Tour de France dość wcześnie wjedzie w Pireneje, ale decydujące rozstrzygnięcia nastąpią w Alpach i w Prowansji. Nietypowym rozwiązaniem jest włączenie do programu dwóch najbardziej legendarnych podjazdów w jednym roku. Zawodnicy zmagać będą się zarówno z Mont Ventoux jak i z Alpe d?Huez! Całość wydaje się być wyważona, preferująca kolarzy kompletnych, dobrych i w górach i na czas, bez faworyzowania żadnej z tych specjalizacji. Uwagę zwraca, po raz kolejny, brak bonifikat na metach etapów, co może mieć wpływ na przebieg rywalizacji o zwycięstwo w klasyfikacji generalnej jak i na powodzenie ucieczek.

    Moje typowanie faworytów, w tradycyjnej, pięciogwiazdkowej skali:

    *****
    Chris Froome (Sky)
    ****
    Alberto Contador (Saxo Tinkoff), Alejandro Valverde (Movistar)
    ***
    Cadel Evans, Tejay van Garderen (BMC), Andy Schleck (Radioshack), Bauke Mollema (Belkin), Joaquim Rodriguez (Kartusha), Richie Porte (Sky)
    **
    Jurgen van de Broeck (Lotto), Jakob Fuglsang (Astana), Daniel Martin, Andrew Talansky (Garmin), Pierre Rolland (Europcar)
    *
    Damiano Cunego, Przemysław Niemiec (Lampre), Thibaut Pinot (FDJ), Igor Anton, Mikel Nieve (Euskaltel), Rein Taaramae (Cofidis), Thomas de Gendt (Vacansolei)

    Etapy, który nie wolno przegapić:
    01.07, Nicea, jazda drużynowa na czas
    06.07, Ax 3 Domaines, pierwszy finisz pod górę, wjazd w Pireneje
    14.07, Mont Ventoux, góra-legenda
    17.07. Embrun-Chorges ? ostatnia jazda indywidualna na czas
    18.07. Alpe d?Huez. I to dwa razy!

    Tekst pierwotnie opublikowany w portalu natemat.pl 29.06.2013

  • Syf

    Nie lubię pisać o mtb. I nie lubię pisać o dopingu. Nie lubię też pisać o lokalnych imprezach. Ale w tym wypadku trzeba. Sytuacja, w której bohater jednej z najbardziej przykrych wpadek dopingowych rodzimego kolarstwa, startuje i wygrywa w zawodach i jest to opisywane przez media jak gdyby nigdy nic jest co najmniej dziwna.

     

    Kacper Szczepaniak przez kilka chwil był wicemistrzem młodzieżowców w przełajach. W 2010r w Taborze przyjechał na metę za swoim bratem Pawłem. Wkrótce po tym sukcesie okazało się, że obaj zawodnicy stosowali EPO. Kacper dostał cztery a Paweł osiem lat dyskwalifikacji (wcześniej miał już podobne problemy). Popełnili błąd, zostali ukarani. Po okresie karencji mogą wrócić. Jestem daleki od zdania, że za pierwszą wpadkę sportowiec powinien być dyskwalifikowany dożywotnio. Cztery lata to dużo czasu, spora część kariery ucieka, ale z drugiej strony mając 24 wiosny można spokojnie wrócić do wyczynowego sportu. Ba, można wrócić nawet mając na karku ?czterdziestkę?, co udowodnił Davide Rebellin, choć jego kara była krótsza.

    Nie wiem, czy Kaper Szczepaniak planuje powrót. Wiem natomiast, że nie wolno mu startować w zawodach. Tymczasem nie dość, że startuje, to jeszcze wygrywa ?IX Otwarte Mistrzostwa Wielkopolski? w Pniewach. Zawodom patronowali lokalni oficjele, całość została opisana m.in. przez portal xc-mtb.info oraz znanego i cenionego redaktora Piotra Kurka, który z żelazną konsekwencją relacjonuje większość kolarskich wydarzeń. Wygląda na to, że nikt, od Burmistrza Pniew, przez organizatorów zawodów, na dziennikarzach kończąc nie miał nic przeciwko uczestnictwu zawieszonego zawodnika.

    Tymczasem sprawa jest jasna, §7 p.5 przepisów dyscyplinarnych Polskiego Związku kolarskiego zawiera:

    Kara zawieszenia uniemożliwia tej osobie udział w jakiejkolwiek funkcji w zawodach i innych formach życia sportowego organizowanych według przepisów PZKol. Podczas zawieszenia osoba licencjonowana ponosi odpowiedzialność za wszelkie przekroczenia przepisów PZKol i nadal podlega jurysdykcji instancji dyscyplinarnych. W szczególności osoba taka podlega przepisom antydopingowym, a zawieszeni zawodnicy zobowiązani są poddawać się testom ntydopingowym przeprowadzanym poza zawodami.

    Podczas okresu zawieszenia PZKol, Grupa Sportowa UCI, klub lub inna organizacja, nie może wypłacać osobie licencjonowanej żadnych korzyści finansowych, a osoba licencjonowana nie może przyjmować żadnych korzyści finansowych lub innych korzyści związanych z uprawianiem kolarstwa.

    W przypadku zawieszenia klubu, wszystkie osoby będące członkiem tego klubu lub związane z nim w inny sposób są także zawieszone, chyba że Zarząd PZKol pozwoli im wykonywać działalność indywidualnie na ustalonych warunkach.

    Kara zawieszenia pociąga za sobą odebranie licencji na cały okres zawieszenia. Wszelki udział w zawodach osoby, która została zawieszona, jest nieważny. Osoba taka ponosi dodatkową karę zawieszenia na taki sam okres jak kara poprzednia i dodatkowo karę finansową od 1 000 do 5 000 PLN oprócz innych kar, które mogą być zastosowane za wykroczenia podczas niezgodnego z przepisami udziału w zawodach.

    Decyzja o karze zawieszania musi mieć ściśle ustalone daty początku i końca okresu zawieszenia. Zawieszenie winno być skuteczne pod względem sportowym, to znaczy winno obejmować okres normalnej działalności zainteresowanego, w związku z czym może być rozłożone na kilka okresów w ciągu roku.

    Tymczasem Piotr Kurek o zawodach w Pniewach pisze tak:

    ?Eugeniusz Siminiak, Bogusław Kwiatkowski, burmistrz Jarosław Przewoźny oraz nadleśniczy Tomasz Markiewicz z Pniew byli głównymi animatorami takiego kolarskiego, jakże pozytywnego, zamieszania w swym mieście. Aż chce się wierzyć, że za rok w maju znów pasjonaci MTB spotkają się na Księżych Górach – tak jak dziś?.

    Nawet, jeśli Mistrzostwa Wielkopolski nie znajdują się w kalendarzu PZKol, były niewątpliwie wydarzeniem oficjalnym. Zawieszonego zawodnika nie powinno tam być. A tym bardziej jego uczestnictwo nie powinno być eksponowane.

    Od razu przypomniała mi się sprawa powrotu do zawodowego peletonu Alejandro Valverde,  po dyskwalifikacji związanej z aferą ?Operation Puerto?. Hiszpan również został przyłapany na udziale w amatorskich zawodach. Na sprawę zwrócił uwagę niezawodny blog The Inner Ring puentując ją sensownym zdaniem, że być może nie była to zbrodnia stulecia, ale z pewnością nienajlepszy sposób na powrót.

    Dlaczego w ogóle o tym piszę? Nie jestem z Wielkopolski, nie mam licencji i cieszę się tym, że mogę znowu bawić się w ściganie w lokalnych wyścigach. Rozumiem, że są ludzie, którzy chcą pomóc zawodnikowi w dojściu do dobrej dyspozycji. Co więcej, uważam, że od osoby, która przechodzi różnorakie problemy nie należy się odwracać. Tyle, że w tym przypadku wiele granic zostało wyraźnie przekroczonych. Mistrzostwa Wielkopolski miały w logo hasło ?Szukamy Talentów Rio Czeka?. Nie wiem, czy Kacper Szczepaniak jest taką nadzieją, nie wiem też, jaka nauka płynie z jego startu dla, być może, przyszłych nadziei kolarstwa. Wiem natomiast, że w sytuacji, w której dyscyplina, która jest mi bardzo bliska, i której poświęciłem wiele lat, ma się bardzo kiepsko, takie wydarzenia wymuszają komentarz.

    Najmniej winię zawodnika. Trudno rozstać się na dłużej z rowerem. Mógłby się nieco opamiętać i wyczekać jeszcze kilka miesięcy. Natomiast nie rozumiem ani organizatorów zawodów ani tym bardziej dziennikarzy, którzy jedną z najpoważniejszych wpadek dopingowych polskiego kolarstwa traktują jak nieistniejącą. To m.in. przez takie sytuacje w rozmowach z „nierowerowymi” znajomymi dowiaduję się, że kolarstwo to syf.

  • Klasa światowa

    Nie wiadomo czemu, nie wiadomo jak, ale mamy kolarza klasy światowej. Michał Kwiatkowski ograł mistrza świata i zajął czwarte miejsce w prestiżowym, rozgrywanym w Holandii wyścigu Amstel Gold.

    Nie ma jeszcze 23 lat a już teraz rywalizuje z najlepszymi profesjonalistami świata. Michał Kwiatkowski tej wiosny prezentuje się rewelacyjnie. W przedsezonowym sprawdzianie, Volta a Algarve był drugi (pokonał m.in Denisa Menchova czy Rigoberto Urana). Następnie w najlepiej obsadzonym od lat, ważnym wyścigu Tirreno – Adriatico był liderem, jak równy z równym rywalizował z Vincenzo Nibalim, Chrisem Froomem, Alberto Contadorem czy Joaquimem Rodriguezem by zakończyć tygodniową imprezę na czwartym miejscu (był najlepszym z młodzieżowców). Już wtedy zaimponował światowym ekspertom, ale jeszcze większą uwagę zwrócił dwa tygodnie temu. Na brukach Flandrii bardzo długo jechał w ucieczce a w końcówce jako jeden z nielicznych próbował dotrzymać tempa Fabianowi Cancellarze.

    Myślałem, że po tamtym występie Kwiatkowski będzie stawiany w roli ?czarnego konia? wiosennych klasyków przez najbliższe kilka sezonów, by gdzieś po drodze szukać swojej szansy. Tymczasem ?nasz zawodnik? potrzebował raptem dwóch tygodni by włączyć się do walki ze ścisłą czołówką w kolejnym wyścigu klasycznym. Owszem, na finiszu przegrał z utytułownymi: Valverde i Gerransem, ale ograł mistrza globu, Philippe?a Gilberta. Jest więc już teraz kolarzem klasy światowej, przedstawicielem prężnie wchodzącego do walki o najwyższe cele pokolenia początku lat dziewięćdziesiątych. Jeździ w drużynie z najwyższej półki, w której ma możliwość rozwoju (Omega Pharma – Quick Step, kierowana przez dyrektora-legendę, Patricka Lefevre?a). Podczas wyścigów otrzymuje należne wsparcie. O tym, że miał potencjał było wiadomo od dawna. Tej wiosny go potwierdził. Choć kolarstwo to sport, w którym trudno snuć długoterminowe prognozy (było wiele młodych talentów, które później gdzieś się pogubiły), można zasugerować, że stoi u progu wielkiej kariery.

    Michał Kwiatkowski to wychowanek TKK Pacific Toruń. Dobrze zapowiadał się już jako zawodnik młodszych kategorii wiekowych. Mając dwadzieścia lat wyjechał do Hiszpanii by szybko znaleźć angaż w drużynach World Tour. Rok temu zajął drugie miejsce w Tour de Pologne, ale wyniki, jakie osiąga tej wiosny są jeszcze bardziej wartościowe niż podium naszego wyścigu.

    Jeśli rozważyć sytuację zapaści Polskiego Związku Kolarskiego, w której Michał Kwiatkowski zaczynał karierę, tej klasy zawodnik w ogóle nie powinien istnieć. Jednak wbrew okolicznościom, w ciągu kilku lat doczekaliśmy się grona zdolnych profesjonalistów, którzy przebili się w światowej elicie. Szczerze im kibicuję, choć wiem, że wobec warunków, w jakich kształtowały się ich talenty trudno napisać o nich ?nasi?. Są ?swoi?, prywatni, kariery zawdzięczają własnej pracy i wysiłkowi oraz wyrzeczeniom niewielkiej grupy pasjonatów, którzy nadal pracują z młodzieżą.


    Finisz Amstel Gold Race, Michał Kwiatkowski kończy wyścig na czwartym miejscu!

    Tekst pierwotnie opublikowany w portalu natemat.pl 15.04.2013

  • Rozliczenie z idolem

    Rozliczenie z idolem

    Tyler Hamilton podobno jest miłym gościem. Drugi kolarz Giro d?Italia, czwarty Tour de France, złoty medalista olimpijski. Giermek, przyjaciel a później rywal Lance?a Armstronga. Lubiany przez kolegów. Wrażliwy i sympatyczny. Równolegle, pierwszy w historii zawodnik odarty z zaszczytów po pozytywnym teście na transfuzję krwi. Wraz z Danielem Coylem, wybitnym dziennikarzem, spisał i wydał swoje wspomnienia w formie książki ?Wyścig Tajemnic?. Czy mimo odrażającego procederu, który uprawiał jestem nadal w stanie patrzeć na Tylera Hamiltona z sympatią?

    Okładka książki "Wyścig Tajemnic".
    Okładka książki „Wyścig Tajemnic”. ? fot. własne

    Gdyby nie całokształt postaci, na usta cisnęłoby się jedno stwierdzenie. Hamilton napisał książkę i publicznie się ?wyspowiadał? z dwóch powodów: z zemsty i dla pieniędzy. Bez tej książki oraz bez współpracy z Amerykańską Agencją Antydipingową (WADA) Lance Armstrong prawdopodobnie nadal byłby siedmiokrotnym zwycięzcą Tour de France. Spora część wspomnień zawartych w ?Wyścigu Tajemnic? dotyczy właśnie Armstronga. Hamilton nie pisze o nim jednak wyłącznie jak o sportowym oszuście. Przedstawiona historia relacji między przyjaciółmi, wspólnikami, wreszcie rywalami i wrogami rzuca szersze światło na jedną z najbardziej kontrowersyjnych postaci w dziejach nowożytnego sportu. Mam wrażenie, że nawet we własnych wspomnieniach Hamilton pozostaje w cieniu ?Bossa?. To chyba najbardziej przykry element całej tej historii.

    Abstrahując od powodów, dlaczego Armstrong zdecydydował się zbudować swoją quasi-przestępczą organizację, można przyjrzeć się metodom, jak to osiągnął i w jaki sposób był tak bardzo skuteczny przez siedem lat pod rząd. Czy Lance to psychopata (a chcąc być zgodnym z terminologią, osoba o osobowości dysscocjalnej)? Być może. Jeśli wyjątkowa charyzma, umiejętność wpływu na innych granicząca z rodzajem uwodzenia w połączeniu z nieliczeniem się z kosztami, utylitarnym traktowaniem współpracowników, partnerów i przyjaciół oraz stosowaniem przemocy wystarczają, by to udowodnić, to tak. Tyler Hamilton z Danielem Coylem nie stawiają takiej tezy, ale czytając o relacji Armstronga – mistrza z Hamiltonem – uczniem do takich wniosków można dojść. Co więcej, gdy któryś z podwładnych, tak jak autor ?Wyścigu Tajemnic? zaczynał, mimo nierównych szans (Armstrong pewne substancje czy metody pozostawiał wyłącznie dla siebie) zbliżać się poziomem do Lance?a, stawał się persona non grata, odchodził (często będąc do tego zmuszonym) a następnie w nie do końca jasnych okolicznościach wpadał na dopingu.

    Cały schemat, jeśli prześledzić kariery Armstronga oraz jego pomocników, z perspektywy czasu jest widoczny i bez książki Hamiltona. Wiele przesłanek o takim właśnie przebiegu wydarzeń pojawiało się w trakcie czynnej kariery byłego, siedmiokrotnego triumfatora Tour de France. Do znanych lub możliwych do wydedukowania faktów z dziejów ekipy US Postal, Tyler Hamilton dodaje jednak coś więcej. Opowida o współpracy i relacjach z dwojgiem specjalistów, którzy wprowadzili na szczyt wielu profesjonalnych sportowców: Eufemiano Fuentesem i Luigi Cecchinim. Obaj bezkompromisowi, obaj niezwykle skuteczni. Ten pierwszy to ?wcielone zło?, cyniczny i bezczelny gwiazdor świata dopingu. Ten drugi to tylko i aż trener, który prowadził wybitnych atletów, jednak zachował czyste ręce. To nie on podawał, ordynował i dostarczał zabronione środki. Owszem, znał ich działanie na wylot, jednak skupiał się na układaniu morderczych planów ćwiczeń dla swoich podopiecznych.


    Tyler Hamilton ze złamanym obojczykiem walczy na trasie Tour de France

    Duet Fuentes-Cecchini doprowadził Hamiltona do punktu, w którym ten stał się idolem wielu kibiców. Poturbowany, ze złamanym obojczykiem, amerykański kolarz rywalizował z najlepszymi. Dodatkowo, choć z Armstrongiem nie było mu już po drodze, grał wobec niego fair. Przynajmniej w części dotyczącej zachowania na szosie. Nie umniejaszając jego heroizmowi, przed kluczowymi etapami oraz by lepiej znosić jazdę z kontuzją, Hamilton robił bowiem to, co wszyscy. Przetaczał krew. Sytuacja powtórzyła się rok później, gdzie oprócz złamanych kości kolarz zmagał się z chorobą ukochanego psa. Dysonans jest spory, ponieważ ten, twardy jak skała z jednej i niezmiernie wrażliwy z drugiej strony człowiek podjął wiele lat wcześniej wybór. Chciał dojść na szczyt, wygrać Tour de France i by to zrobić musiał się dopingować. Czy gdyby nie Armstrong i jego otoczenie, zrezygnowałby z tego?

    Niewątpliwie Tyler Hamilton był talentem sporego formatu i bez niedozwolonego wspomagania. Świadczą o tym rezulataty osiągane ?na czysto?, przed i po okresie gdy współpracował z Michele Ferrarim a następnie z Eufemiano Fuentesem. Nie był również człowiekiem pazernym na zaszczyty i pieniądze. Mimo licznych problemów osobistych (doping i związane z nim nielegalne procedury przysłużyły się jego tendencjom do depresji), nie popadł nigdy w tarapaty finansowe, również jego życie prywatne i sposób, w jaki o nim opowiada sugerują, że jest raczej przyzwoitym człowiekiem.

    Pytanie więc, gdzie popełnił błąd? Dlaczego w pewnym momencie nie powiedział ?stop?, jak Christophe Bassons czy Jonathan Vaughters? Przerost ambicji? A może jego autodestrukcyjne zapędy? Z pewnością można powiedzieć tylko jedno. Tyler Hamilton to zarówno dziecko jak i ofiara panujących na przełomie wieków zwyczajów panujących w sporcie wyczynowym. Warunków, w których doping, przez niewydolne procedury był niemal niewykrywalny a przez panującą wśród zawodników kulturę akceptowany, tolerowany a nawet propagowany. Specyficznego wyścigu biochemicznych zbrojeń, w którym przewodzili Lance Armstrong i Johann Bruyneel. ?Wyścigu Tajemnic?, w którym wszyscy przegrali.

    Książkę autorstwa Daniela Coyle?a i Tylera Hamiltona przeczytałem dzięki uprzejmości wydawnictwa Sine Qua Non

    Tekst pierwotnie opublikowany w portalu natemat.pl 06.04.2013

  • Czy można polemizować z sukcesem?

    Tour de Pologne Czesława Langa to czysty sukces. Bezprecedensowy w historii polskiego sportu. Do tego wyścig rozumiany jako firma może być stawiany na równi z przedsięwzięciami czołowych polskich biznesmenów. Siedemdziesiąty, jubileuszowy Tour de Pologne zostanie uhonorowany w szczególny sposób: rozpocznie się we Włoszech. Czy z takimi dokonaniami można w ogóle polemizować?

    Start etapu Tour de Pologne, Zakopane 2011
    Start etapu Tour de Pologne, Zakopane 2011 ? fot. M. Tyniec, CC BY SA 3.0

    Fakty – niezbędne
    W 1993r Czesław Lang został dyrektorem wyścigu, który wówczas, poza długą historią nie miał zbyt wiele do zaoferowania. Po trzech latach z amatorskiej imprezy wprowadził go do międzynarodowego kalendarza Międzynarodowej Unii Kolarskiej (UCI). Po kolejnych czterech impreza miała już kategorię 2.2. Tę samą, co prestiżowe imprezy takie jak 3 dni de Panne czy Giro del Trentino. Warto spojrzeć na to z obecnej perspektywy, jak cenne wydają nam się obecne osiągnięcia polskich kolarzy w tych imprezach: trzecie miejsce Macieja Bodnara w de Panne czy Szmyda w Trentino rok temu. W roku 2005 Czesław Lang wraz ze swoją ekipą awansował jeszcze wyżej. Kolarstwo wówczas przechodziło małą rewolucję, wprowadzono cykl Pro Tour (przemianowany później na World Tour) składający się z najważniejszych imprez kolarskich w sezonie. Dzięki temu Tour de Pologne stał się, przynajmniej w rankingach, tak samo ważny jak legendy: Tour de Suisse, Dauphine Libere czy Paryż – Nicea.

    Mimo zawirowań, jakie przeżywała UCI w kolejnych latach, nasz wyścig utrzymał najwyższą możliwą do uzyskania kategorię. O tym, jak duży jest to sukces, niech świadczy przykład Deutchland Tour. Zawodów, które przy pomocy dużych pieniędzy wdarły się błyskawicznie do czołówki imprez kolarskich by równie spektakularnie zniknąć – po problemach finansowych przestała być organizowana! To pokazuje, że, przynajmniej na tym etapie, powinniśmy wybaczyć krytykowaną komercjalizację, tysiące balonów, bannerów oraz traktowane z przymrużeniem oka nieśmiertelne rundy w miastach.

    Dyskusyjny, choć moim zdaniem nie do przecenienia jest też wkład Tour de Pologne w wyciąganie polskiego kolarstwa z dołka, w którym się przez wiele lat znajdowało. Dzięki możliwości udziały reprezentacji narodowej i licznym, heroicznym ucieczkom, nasi zawodnicy pokazują, że są tak samo dobrzy, jak ich rywale z Niemiec, Francji czy Włoch. Polska kolonia w drużynach Pro Teams i Pro Continental jest już całkiem spora, rodzima drużyna CCC Polsat powróciła na zaplecze elity. Kontakt z najlepszymi oraz promocja, jaką można było dostać podczas Tour de Pologne wyraźnie się zwracają.

    Mity – niepotrzebne
    Niestety wokół naszego wyścigu obudowano wiele niepotrzebnych mitów. Po pierwsze, nie ma czegoś takiego jak ?Kolarska Liga Mistrzów?, hasło przewodnie towarzyszące Tour de Pologne od czasu awansu do Pro Touru. Najbardziej prestiżowe wyścigi są niezmienne od lat. To wielkie toury (trzytygodniowe imprezy we Francji, Włoszech i Hiszpanii), klasyczne ?Monumenty? (jednodniowe zawody rozgrywane wiosną i jesienią we Włoszech, Francji, Belgii z około stuletnią tradycją, podczas których najwybitniejsi kolarze przechodzili do historii sportu, najbardziej znanym ?Monumentem? jest brukowany Paryż-Roubaix), do tego można doliczyć kilka mniejszych etapówek: otwierający sezon Paryż-Nicea, poprzedzające wielkie toury Dauphine Libere, Tour de Suisse oraz Tour de Romandie. I tyle. Jeśli mimo krótszej obecności w zawodowym peletonie zrównamy Tour de Pologne z imprezą taką jak Wyścig Dookoła Kraju Basków, będzie to wystarczająca nobilitacja.

    Drugi mit to trasa. Niestety, w Polsce mamy do dyspozycji co najwyżej wzgórza a nie góry. Od kiedy na nasz wyścig zaczęły przyjeżdżać czołowe grupy zawodowe, nawet najcięższe propozycje serwowane przez organizatorów nie dokonały znaczącej selekcji w peletonie. Górzyste etapy często kończą się finiszem z większej grupy. Sęk w tym, że nie ma w tym nic złego. Nie każdy wyścig musi być dla górali, nie wszędzie trzeba zyskiwać przewagę atakując na podjazdach. Kolarstwo to sport różnorodny, z wieloma specjalizacjami, w każdej znajdzie się wielu wybitnych atletów, którzy stworzą świetne widowisko.


    Prezentacja polskich etapów 70. Tour de Pologne – uwaga, 16 minut (!)

    Trzeci mit to zawodnicy. Owszem, przyjeżdża do nas elita. Zawodnicy z kontraktami w ekipach Pro Teams zasłużyli na to talentem, profesjonalizmem i pracowitością. Posiadający najlepsze zaplecze techniczne, medyczne i logistyczne. Trzymając się nie do końca adekwatnych porównań to ?Formuła 1 na rowerach?. Tyle, że ścigają się u nas nie ?Alonso, Hamilton i Vettel? a ?Kubica i Massa?. Też dobrze, prawda? Dzięki temu, że nie jest to najbardziej prestiżowa etapówka w sezonie, za to oferuje dużo punktów do zdobycia, najlepsze drużyny sprawdzają u nas zawodników, w których pokładają wielkie nadzieje. Stąd sukcesy Martina, Sagana, van Summerena czy Mosera. To naprawdę zacne i warte podkreślania. Owszem, na starcie pojawiają się mistrzowie świata czy zwycięzcy wielkich tourów, ale nie oszukujmy się, nie traktują Tour de Pologne priorytetowo.

    Co zamiast fajerwerków?
    Czesław Lang ?jest Włochem?. W Italii przecierał szlaki dla polskich zawodowców jako sportowiec a jako biznesmen wprowadził tamtejszych kolarzy na polskie szosy. Związki z tym krajem ma również bardziej osobiste – zięciem jest właśnie Włoch. Nic dziwnego, że skoro wypracowana współpraca z regionem Trentino zaczęła kwitnąć, zdecydował się na rozegranie dwóch pierwszych etapów Tour de Pologne w Dolomitach. Jeśli osobiste sentymenty można połączyć z dobrym interesem a przy tym zrobić rzecz bez precedensu, czemu nie spróbować. Zaprezentowana trasa jubileuszowego, 70. wyścigu dookoła Polski jest, wbrew obawom wielu kibiców dość zrównoważona. Do ciężkich, wysokogórskich etapów we Włoszech dołożone są płaskie i – z tej perspektywy – pagórkowate odcinki w Polsce. Całość wieńczy długa jazda indywidualna na czas. Na tyle długa, by wyrównać różnice powstałe w Dolomitach. Tym razem jedno jest pewne. Wyścigu nie wygra wytrzymały sprinter pokroju Petera Sagana. Raczej szczupły góral pokroju Sylwestra Szmyda (jaka byłaby to piękna historia!) lub muskularny czasowiec taki jak Tony Martin będzie świętował sukces na krakowskich Błoniach.


    Klip promujący wyścig Strade Bianche – już w najbliższą sobotę.

    Jubileuszowe fajerwerki to nie wszystko. Na fali promocji, jaką w tym roku dostanie Tour de Pologne można zbudować coś więcej. Zafascynowany Włochami Czesław Lang powinien pogłębić inspirację. Jego wyścig ma już niemal wszystko poza jednym: legendą. Z punktu widzenia kibica, Tour de Pologne to wyścig nieistotny. Interesujemy się nim, ponieważ jest ?nasz?. Widz zagraniczny nie dostaje argumentów by przełączyć kanał lub włączyć streaming z Polski. Tymczasem Włosi uwagę przyciągają po mistrzowsku. Zmieniają formułę swoich wyścigów tak, by naturalne stały się dyskusje wokół nich. 70. Tour de Pologne, ?z ziemi włoskiej do Polski? podąża śladami Jana Pawła II to chwytliwe hasło dla TVP. Dla czytelnika cyclingnews, największego na świecie kolarskiego portalu informacyjnego – niekoniecznie. Włoski wyścig ?Strade Bianche? jest młodszy niż obecność Tour de Pologne w Pro Tour. Ma stosunkowo niską kategorię: 1.1, ale w siedmioletniej historii dwa razy wygrał go Fabian Cancellara i raz Philippe Gilbert – giganci zawodowego peletonu. Strade Bianche daje widzom to, co Anglosasi określają przymiotnikiem ?epic?. Emocje, legendę, poczucie uczestnictwa w czymś ważnym. A to wszystko dzięki temu, że organizator zmusza kolarzy, by na rowerach szosowych jeździli po charakterystycznych, szutrowych drogach w okolicach Sieny. Tak jak ich poprzednicy dwa pokolenia wcześniej. Idąc za ciosem organizatorzy wskrzeszają kolejną jednodniówkę ?Giro del Lazio?, tym razem pod nazwą ?Roma Maxima?, kierując zawodników na historyczną, brukowaną jeszcze przez Rzymian, via Appia.

    Idąc tym torem, spójrzmy szerzej. Media i kibice są żądni wrażeń. Suchy profesjonalizm nas nudzi a na PR się uodparniamy. Skoro i tak etapy Tour de Pologne kończą się na rundach, a ostatni odcinek finiszuje w Krakowie, czemu więc na Błoniach (lubianej przez autochtonów, ale jednak łące) a nie pod Sukiennicami (zatłoczonym przez turystów, ale jednak Rynku, jednym z symboli turystycznych całego kraju)? Sam przejazd nie wystarczy. Finisz po kostce? Cóż z tego? A może ?pójść po całości? i wjechać na wawelski dziedziniec?
    Wieloletnim partnerem jest Wieliczka (solne trofea, które otrzymują zawodnicy są wyjątkową pamiątką wśród standardowych kryształów), czemu nie zorganizować krótkiego, indywidualnego prologu pod ziemią?
    Skoro nasze góry wypadają blado na tle Alp czy Pirenejów a podjazd w Gliczarowie nie robi większej selekcji niż holenderski Cauberg, poprowadźmy kolarzy po mazurskich brukach i szutrach. Jeśli któryś z niestandardowych pomysłów ?złapie? trzymajmy się go i pielęgnujmy. By stworzyć legendę, potrzeba nie tylko profesjonalizmu, ale i odrobiny szaleństwa. Panie Czesławie, przecież ?jest Pan Włochem?!

    Tekst pierwotnie opublikowany w portalu natemat.pl 28.02.2012