Ole Einar Bjoerndalen, Michael Phelps, Sebastian Loeb. „Kosmici” współczesnego sportu. Bili rekordy, czego dotknęli, zamieniało się w złoto. Czy za pół wieku nadal będą punktem odniesienia dla kolejnych pokoleń? W kolarstwie legenda jest jedna. To Eddy Merckx.
Książka Daniela Friebe „Kanibal” nie jest autoryzowaną biografią najwybitniejszego kolarza. To zbiór relacji naocznych świadków, współpracowników i rywali, którzy uczestniczyli w przemianie, jakiej uległy wyścigi na rowerach pod wpływem jedynego czynnika. Merckx, genialny belgijski zawodnik popchnął tę dyscyplinę o kilka dekad do przodu, samemu pisząc historię za kilkanaście osób. Nazwać jego portfolio imponującym to mało a dokonania późniejszych generacji kolarzy nawet jeśli wybitne, są tylko wycinkiem tego, co sam Merckx wywalczył w czasie swojej kariery.
Daniel Friebe „Eddy Merckx Kanibal” wyd. Veni Vidi Vici 2013
Historia, którą brytyjski dziennikarz snuje w swojej publikacji jest co do zasady znana. Gimondi, Van Looy, Ocana i wielu innych, których wielki talent roztrzaskał się o geniusz Merckxa dają kontekst by przybliżyć postać wielkiego Belga. Dla mnie najważniejsze nie jest jednak podążanie za losami samego kolarza a za losami kolarstwa jako takiego. Proces modernizacji konserwatywnej dyscypliny, który rozpoczął się od prób przełamania miażdżącej dominacji „Kanibala” trwa do dziś.
Podróż w przeszłość prowadzi do czasów, gdy wielu zawodowców przygotowania do sezonu zaczynało raptem na kilka tygodni przed rozpoczęciem wiosny a dziennikarze kreowali gwiazdy lub łamali ich kariery. Drukowane gazety sprzedawały milionowe nakłady z sylewtkami walczących rowerzystów na swoich „jedynkach”. Wycieńczeni atleci jedyne po co sięgali to po bidony z wodą lub prymitywne stymulanty a siedem minut straty w klasyfikacji generalnej wielkiego touru było różnicą możliwą do odrobienia.
Gdy na scenę wchodzi Eddy Merckx, ze swoim katorżniczym, jak na tamte czasy, treningiem i niespotykaną wolą walki wszystko się zmienia. Jego absolutna dominacja trwa około sześciu lat, w czasie których wygrywa praktycznie wszystko, co było do wygrania. Złamać hegemonię jest w stanie dopiero kolejne pokolenie: młodsze, wypoczęte i wyposażone w nowszy typ farmakologii.
Nie wiem, czy Merckx będący granicą między starym a nowym sportem odnalazłby się dziś. W czasach, gdy głównym źródłem informacji i komunikacji na linii kolarze – fani jest Twitter a kolarze i ich sponsorzy angażują gigantyczne środki, by przygotować się do jednego startu w sezonie. Wśród fanów sportu od tamtych czasów niezmienne jest jedno. Wciąż buczą przy trasach, gdy ktoś zbytnio zdominował rywalizację.
Książkę przeczytałem dzięki uprzejmości wydawnictwa Veni Vidi Vici.
Uważam, że osoba, która regularnie uczestniczy w zawodach kolarskich powinna mieć licencję. Dzięki temu jasno można określić cel, w jakim staje na starcie. Jest nim rywalizacja sportowa. Równocześnie wiąże się to z podporządkowaniem przepisom, regulaminom i zasadom: fair play, antydopingowym, dotyczącym sprzętu itd.
Sport instytucjonalny ma to do siebie, że opisują go różnorakie reguły, których strzegą stosowne federacje. W przypadku kolarstwa jest to Międzynarodowa Unia (UCI) a na rodzimym gruncie Polski Związek (PZKol). Z dawnych czasów pamiętam pytanie, jakie często padało z ust innych zawodników: ?a ty masz licencję, czy jeździsz tak tylko dla przyjemności?? W domyśle: jesteś kolarzem-sportowcem, czy rowerzystą-hobbystą.
Jednak tak jak licencja sama nie zrobi z kogoś kolarza, tak jej brak nie zrobi turysty. O ile jeszcze piętnaście lat temu trudno było regularnie rywalizować nie mając tego dokumentu, o tyle teraz na większości wyścigów wystarczy opłata wpisowa. Co najwyżej nie zbiera się punktów do klasyfikacji regionalnej czy ogólnokrajowej. Ba, nawet by brać udział w wyścigach szosowych – ostatniej ostoi kolarskiego konserwatyzmu – często wystarczy oświadczenie o stanie zdrowia, rower i kask.
O tym, że ludzie chcą się ścigać i podnosić swoje umiejętności świadczy coraz więcej imprez i kolejne rekordy frekwencji. Nie tylko w Polsce. Kraje anglosaskie przeżywają kolarski boom. W Stanach czy w Wielkiej Brytanii zawodnicy – od profesjonalistów po amatorów rywalizują niemal dzień w dzień. Równocześnie międzynarodowa federacja chce utrzymać swoje wpływy oraz należyty porządek. Stąd też ożywia, martwy dotychczas przepis o zakazie startu zawodników licencjonowanych w imprezach spoza swojego kalendarza pod karą grzywny i miesięcznego zawieszenia.
Moja stara licencja kolarska
Załóżmy, że w sezonie 2014 chciałbym wystartować w mistrzostwach Polski XC, w kategorii masters. Zanim wydam 50PLN na licencję w swoim regionalnym związku, muszę sam poszukać obowiązkowej polisy ubezpieczeniowej. Mistrzostwa są pod koniec lipca. Do tego czasu, chcąc się ścigać powinienem pilnować i sprawdzać, która impreza jest, a której nie ma w kalendarzu PZKol. Co roku jest ich niewiele, co roku też przynajmniej kilka fajnych wyścigów nie jest wpisanych na listę związku. Nie wspominam już o maratonach, które co do zasady są imprezami masowymi i raptem kilka ma status oficjalnych zawodów kolarskich. W związku z tym, jedyne co kupuję wraz z licencją to kaganiec i groźbę sankcji. Jedynym benefitem jest zaspokojenie ego: mając możliwość startu w mistrzostwch kraju, jestem prawdziwym kolarzem. Mniej więcej na tej zasadzie, jak kupując licencję na dane łowisko stałbym się legalnym wędkarzem.
Dla odmiany rzućmy okiem na kraj, w którym kolarstwo odniosło spektakularny sukces. Brytyjczycy nie tylko wygrywają co popadnie: na szosie, w górach i na torze, ale też masowo wsiadają na rowery. To jedna z czterech dyscyplin, które po Igrzyskach w Londynie zdobyła nowych, aktywnych uczestników.
Sir Chris Hoy zachęca do zapisania się w szeregi British Cycling
Projekt ?British Cycling? ma szerokie podstawy. Nie tylko finansowe, infrastrukturalne i szkoleniowe. Kupno licencji i członkostwa w tamtejszym Związku jest całkiem opłacalne. Przed końcem roku strona internetowa brytyjskiej federacji zachęca do opłacania kolejnego sezonu. Do wyboru są cztery plany, oferujące szereg koszyści. Opcja ?na bogato? to 66 funtów (330 złotych). Wraz z rocznym członkostwem kupujemy: ubezpiecznie OC i NNW (obejmujące również 21 dni za granicą!), rabaty w Wiggle, Halfordsie, 40% zniżki w usłudze Training Peaks, zniżkę przy ubezpieczeniu roweru oraz tymczasową licencję, umożliwiającą starty w większości imprez. Zawodnik elity, chcąc startować w zawodach najwyższej rangi musi dopłacić jeszcze 34 funty (170 złotych). To siedemdziesiąt złotych więcej niż w Polsce. W sumie za 500PLN otrzymujemy kompletny pakiet, który zwróci się przy kilku zakupach związanych z przygotowaniem sprzętu do sezonu. Biorąc pod uwagę związane z członostwem w British Cycling ubezpieczenie, koszt całości jest porównywalny jak w Polsce a dodatkowo ogranicza sporo czasu (kupno stosownej polisy w naszym kraju nie jest takie oczywiste, choć sporo zawodników jeździ np. z nic nie dającą polisą typu ?bezpieczny rowerzysta?).
Mając taką ofertę (są również tańsze opcje a także licencja turysty) ze strony Związku mógłbym spokojnie nie przejmować się wyścigami będącymi poza systemem. To federacja zachęca, by wstąpić w jej szeregi i przestrzegać jej zasad a nie karze swoich zawodników za to, że chcą ścigać się na rowerze. Prestiż, punkty, nagrody i bezpieczeństwo sprzedaje razem z ideą reprezentowania tych samych barw co Sir Wiggo, Nicole Cooke czy Chris Hoy.
Zatem tak, chciałbym mieć licencję. Brytyjską. Dzięki temu mógłbym nie tylko startować w wyścigach, ale też korzystać z przynależności do organizacji, która o mnie dba. Mieć poczucie, że uczestniczę we wspólnym budowaniu czegoś, co ma sens, przyszłość i jest dobre dla mojej grupy społecznej. Kupując naszą licencję, jedyne poczucie, jakie mogę mieć, to to, że zostałem członkiem.
Edycja 04.02.2014: UCI zdecydowała się uchylić egzekwowanie przepisu 1.2.019 o kolejny rok (do 2015). Posiadacze licencji nie będą więc karani za starty w „dzikich” zawodach. W polskim przypadku konsekwencją zamieszanie jest fakt, że do kalendarza PZKol zdążyli się zgłosić wszyscy liczący się organizatorzy imprez, w tym masowych maratonów. Liczne problemy związane ze sportem wyczynowym, w tym brak jakichkolwiek powodów, by posiadać licencję i przynależeć do Związku pozostają nierozwiązane .
Kolarstwo to jedna z czterech dyscyplin sportu, które po Igrzyskach Olimpijskich w Londynie zyskały na popularności wśród Brytyjczyków. Już ponad dwa miliony poddanych Elżbiety II przynajmniej raz w tygodniu wsiada na rower. Wieloletni projekt prowadzony przez tamtejszą federację kolarską przyniósł więc nie tylko sukces w sporcie wyczynowym, ale i w powszechnym.
Maja Włoszczowska została została jedną z twarzy kampanii USP Zdrowie. Występuje w niej prywatnie, jako mistrzyni świata. Wiele firm inwestuje spore pieniądze w sport wyczynowy, ale rzadko kiedy zaangażowanie wychodzi poza wymianę logotypów, przelewów i faktur.
Reklama USP Zdrowie z Mają Włoszczowską
Włoszczowska wcześniej rzadko pojawiała się w reklamach. Choć od lat jest jednym z najlepszych polskich sportwców i najbardziej utytułowanym kolarzem jej potencjał nie był wykorzystywany. Lotto i PZU, pierwsi duzi sponsorzy w naszym kolarstwie górskim korzystali na regularnych wizytach kolarek w studiu olimpijskim TVP przed Igrzyskami w Atenach. Sponsoring Hallsa to kompletna klapa. Choć finansowana przez markę grupa zawodowa osiągnęła cel: medal Włoszczowskiej i miejsce top10 Aleksandry Dawidowicz w Pekinie, po największym sukcesie firma wycofała wsparcie dla zawodniczek. Kolejne cztery lata pieniądze zapewniał głównie Dariusz Miłek. W tym czasie Włoszczowska została mistrzynią świata a firma CCC stanęła na wysokości zadania, chwaląc się tym sukcesem w wizerunkowym spocie emitowanym w telewizji.
Reklama CCC z Mają Włoszczowską
Aby wyczerpać temat, nasza najlepsza kolarka wystąpiła również w kampanii marki Scott, na rowerach której sięgała po największe sukcesy. Na tym właściwie kończy się historia reklam z polskimi kolarzami. Czy to efemeryczni sponsorzy, którzy płacą (lub nie) przez kilka miesięcy czy też wieloletni partnerzy, sponsoring w polskim sporcie sprowadza się do najprostszych działań. Wsparcie dla wyczynowców albo dla młodzieży nie musi prowadzić wprost do zwiększenia sprzedaży – może również być elementem budowania wizerunku (ciekawy artykuł na The Inner Ring o tym, dlaczego na koszulkach zawodowców znajdują się nazwy takie jak Astana czy MTN). Aby osiągnąć jeden z tych celów, potrzeba czegoś więcej, niż wymiany logotypów. Aby spojrzeć szerzej, nie tylko na kolarstwo, podobny schemat można zaobserwować niemal w każdej dyscyplinie sportu. Prezes TS Wisła, jednego z największych polskich klubów (15 sekcji różnych dyscyplin, ponad 1500 osób, w tym judo, brydż czy strzelectwo) żali się na pustki w kasie i niewielkie dotacje ze strony samorządu. Potencjalnym sponsorom proponuje bannery w hali oraz logotypy na koszulkach zawodników. Tylko wybitnie zdolny sprzedawca będzie w stanie przedstawić potencjalnemu sponsorowi korzyści płynące z umieszczenia jego logotypu na strzelnicy, chyba, że kilkanaście tysięcy złotych na sekcję przekaże rodzic-przedsiębiorca jednego z wychowanków klubu.
Wycofanie się Banku BGŻ to gorący temat w polskim kolarstwie. W tekstach ekspertów dominuje ton gorzko-dziękczynny. Instytucja finansowa przez kilka lat finansowała grupę zawodową, firmowała swoim logotypem tor w Pruszkowie, ale była również obecna podczas imprez kolarskich dla zawodowców i amatorów oraz wspierała sport masowy: zespół maratończyków. Będąc w strukturach Rabobanku, który przez wiele lat kompleksowo dotował holenderskie kolarstwo, trudno się dziwić, że i u nas BGŻ zaangażował się w sposób korporacyjno-profesjonalny. Korporacje podlegają jednak swoim prawom, bank przechodzi do innej grupy kapitałowej (BNP Paribas) i zrywa z kolarstwem niemal z dnia na dzień. Czy na kilkuletnich wydatkach wygrał, czy przegrał, tego nie wiem. Miło, że w trudnych czasach dla polskiego kolarstwa organizacja inwestowała w sport, zamiast płacić celebrycie. Z drugiej strony szkoda, że kolarze nie stali się w tym okresie stałym elementem budującym wizerunek instytucji, która się z nim wiązała. BGŻ reklamowały wiewiórki. Co stało na przeszkodzie, by w czasach, gdy istniała grupa zawodowa, nakręcić spot z kolarzami?
Wiewiórka z reklamy BGŻ
Nie wiem kto, i czy w ogóle ktoś, zajmie miejsce banku w polskim kolarstwie. Tak naprawdę to nie jest drogi sport ani też (dla korporacji) wielkie pieniądze, które trzeba zainwestować. Budżety kampanii z Szymonem Majewskim czy gwiazdami banku BZ WBK wystarczyłyby z naddatkiem na grupę kontynentalną a może nawet pro kontynentalną. Mecenasów mamy wystarczającą ilość. Niektórzy nawet nie wiedzą, ile kosztuje ich wspieranie sportu i czy przynosi jakiś zysk. Stroje teamowe w każdym sklepie rowerowym, sylwetki kolarzy witające klientów w placówkach firmy, sportowe akcenty na eventach, dobra obecność w internecie, wreszcie wizerunkowa kampania w telewizji. To zwiększy koszty, ale w końcu się zwróci.
Łatwo rozpoznawalna sylwetka i niezapomniany styl jazdy. Jak każdy z wielkich mistrzów, Jose Maria Jimenez był postacią niezwykle charakterystyczną, zarówno na rowerze jak i poza nim. Dziesięć lat temu zmarł z powodu zatoru w madryckim szpitalu psychiatrycznym. Miał wówczas trzydzieści dwa lata.
Przez całą karierę Jimenez był związany z jedną ekipą, sponsorowaną przez Banesto drużyną Jose Miguela Echevarii. Obecnie ten zespół to Movistar, a gwiazdą jest Alejandro Valverde. Kolarz o zdecydowanie większym dorobku, posiadający na koncie zwycięstwa w klasykach i w wielkim tourze. Choć to sportowiec wybitny, nie jest, jak Jimenez, artystą.
Lata dziewięćdziesiąte XXw. to dziwny czas dla wyczynowego sportu. Wraz z kolejnymi wyznaniami atletów dowiadujemy się, że był to okres dopingowej wolnej amerykanki. Postrzeganie tej epoki wyłącznie jako wyścigu chemicznych zbrojeń, w sytuacji, gdy mimo wszystko o laury walczyli wtedy bardziej romantyczni szaleńcy niż wyrachowani biznesmeni jest błędne. Być może epo, testosteron i hormon wzrostu były w stanie z solidnego pomocnika zrobić zwycięzcę Tour de France, ale to nie przyjmowane przez sportowców substancje porywały serca kibiców.
Jose Maria Jimenez Sastre to gwiazda w starym stylu. Zawodnik, który przez kilka dni potrafił gnębić swoich rywali, pokazywać swoją wyższość na trasie a wieczorami balować do upadłego. Równocześnie, mając sukces na wyciągnięcie ręki tracił wszystko i zamiast triumfów i wpisów w kronikach pozostały po nim głównie wspomnienia. Mistrzostwo Hiszpanii, trzecie miejsce w hiszpańskiej Vuelcie i czterokrotna wygrana w klasyfikacji górskiej tego wyścigu to sporo, ale biorąc pod uwagę, że Jimenez wygrał dziesięć etapów swojego narodowego touru, miał szansę na więcej.
Nie są znane przyczyny jego depresji, z którą zmagał się przez większość kariery. Wiadomo, że był wybuchowy, chimeryczny, źle znosił presję i ulegał wielu pokusom. Ekipa Banesto, którą reprezentował zmagała się z kryzysem sukcesji po zakończeniu kariery przez Miguela Indruaina. ?Big Mig? był opanowanym kolarzem, który wygrywał wyścigi defensywną jazdą, obroną przewagi zdobytej podczas jazdy na czas. Jimenez to jego przeciwieństwo, nie radził sobie z jazdą indywidualną, przewagę zdobywał, ryzykancko atakując w górach. To było jednak za mało, by równać się z kolarzami bardziej wyrachowanymi, którzy najbardziej umiejętnie potrafili korzystać z przewagi, jaką dawało EPO.
Vuelta Espana 2001, ostatnia jaką przejechał jest swoistym podsumowaniem jego kariery. Po trzynastu etapach Jimenez był piąty, z niewielkimi stratami w klasyfikacji generalnej. Podium było w zasięgu, tym bardziej, że do mety pozostawało jeszcze sporo gór a Hiszpan w wielkim stylu wygrał już trzy etapy. Tymczasem nie wytrzymał tempa nadawanego przez drużynę Kelme, stracił wiele minut i nie wydostał się już z kryzysu do końca wyścigu. Na dobre wycofał się z kolarstwa i choć miał wsparcie swojej drużyny, nie powrócił na rower.
Przez dwa lata próbował odbudować siły korzystając z pomocy terapeutów w klinice psychiatrycznej, ale zamiast powrócić do zdrowia, niespodziewanie zmarł z powodu zatoru. Tak jak nie wiadomo, czy jego problemy wynikały z konsekwencji, jakie niosła ze sobą dopingowa kultura sportu lat dziewięćdziesiątych, tak trudno powiedzieć, że przyczyną zatoru było stosowanie epo. Frank Vandenbrucke czy Marco Pantani, inne ?cudowne dzieci? drugiej połowy kolarskich lat dziewięćdziesiątych odeszli równie tragicznie, po drodze zmagając się z kłopotami podobnej natury co Jimenez. Być może taki jest los artystów. Póki porywają serca widzów, mało kto zwraca uwagę, że w jednej ręce trzymają naładowany pistolet a w drugiej wódkę z valium.
* Ilustracje są screenshotami z dokumentu hiszpańskiej telewizji, który można obejrzeć np tu.
Tak, to dziś. Biegacze narciarscy zaczynają zmagania o Puchar Świata. Fińskie Kuusamo będzie areną trzydniowego wyścigu etapowego ?Ruka Triple?. To wstęp do długiego sezonu, którego zwieńczeniem będą Igrzyska Olimpijskie w Soczi. Wyświechtany slogan o pisaniu historii ma w tym wypadku uzasadnienie.
Justyna Kowalczyk to jedna z nielicznych osobowości polskiego sportu, która jest gwiazdą światowego formatu. Oprócz tego, że jest czołową biegaczką swojego pokolenia, znakomicie radzi sobie z mediami a jej publiczne wypowiedzi stoją na niezmiernie wysokim poziomie. Do tego ma charakter, by nie powiedzieć ?charakterek?. Samotnie sprzeciwia się dominacji norweskiej reprezentacji: najbogatszej, najmocniejszej i najbardziej wpływowej. Zarówno na trasach, atakując niemal na każdym podbiegu jak i po zawodach, wprost krytykując stosowanie przez Marit Bjorgen i jej koleżanki leków na astmę.
Sezon 2013/14 jest olimpijski, to wiemy. Igrzyska w Soczi będą trzecimi dla naszej biegaczki. I trzecimi, na których będzie walczyła o medale. Trasy w Rosji powinny jej pasować, są bardziej górzyste niż w Vancouver. Z drugiej strony konkurencja, w której będzie broniła złota z Kanady rozegrana zostanie stylem dowolnym, gdzie Kowalczyk ustępuje rywalkom. Tak czy inaczej, w większości startów indywidualnych Polka będzie jedną z głównych faworytek do podium.
Justyna Kowalczyk na podium Igrzysk w Vancouver, fot. Tabercil / Wikimedia Commons / CC BY 2.0
W tym miejscu można otworzyć kroniki. Justyna Kowalczyk stoi przed niebywałą i rzadką okazją zdobycia medali na trzecich Igrzyskach z rzędu. A to nie jedyny rekord, jaki może ustanowić w tym sezonie. Nawet jeśli zawody w Soczi skupiają uwagę wszystkich, do ustrzelenia są kolejne cele. Drogą do wygrania Pucharu Świata jest oczywiście Tour de Ski. To wyjątkowa impreza, która jest wyrazem zmian, jakie zachodzą w biegach narciarskich i dowodem sukcesu przeprowadzonych reform. Medialny spektakl, droga do punktów, sławy i, co ważne, sporych pieniędzy. Nasza biegaczka zdominowała te zawody, zwyciężając cztery razy, rok po roku! To wyśrubowany rekord, który i w tym roku może zostać przez nią poprawiony o kolejny triumf. Co by się dalej nie działo, dokonania biegaczki z Kasiny zostaną w kronikach narciarstwa na zawsze.
Ocena i porównanie dokonań najwybitniejszych sportowców jest zawsze trudna. Justyna Kowalczyk, niezwykły talent a do tego tytan pracy, spotkała na swojej drodze inną wielką postać. Marit Bjorgen, starsza od Polki o trzy lata jest bardziej utytułowana, jeśli brać pod uwagę imprezy mistrzowskie. To złota multimedalistka Igrzysk Olimpijskich i światowego czempionatu. Ma również na koncie najwięcej zwycięstw w pojedynczych eliminacjach Pucharu Świata. W klasyfikacji generalnej triumfowała trzy razy, ale Kowalczyk aż cztery. Jeśli Polka wygra w tym roku, zrówna się na prowadzeniu klasyfikacji wszechczasów z Jeleną Valbe. Rosjanką, która największe sukcesy odnosiła na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Oczywiście trudno prognozować, co będzie dalej, mając w perspektywie rozpoczynający się dopiero sezon. Ale droga do samodzielnego prowadzenia w historii Pucharu jest otwarta. Nawet mając na uwadze wchodzące na najwyższy poziom sportowy pokolenie młodszych rywalek.
Czy Justyna Kowalczyk będzie miała w tym roku swój sezon życia? Chciałbym, tym bardziej śledząc ogrom wysiłku, jaki włożyła w przygotowania. Biegi narciarskie to jedna z najbardziej wymagających fizycznie dyscyplin sportu na świecie a Polka słynie z tego, że przygotowując się do każdej zimy wykonuje wyjątkowo ciężką pracę, nawet na tle innych wybitnych zawodniczek i zawodników. Mam również nadzieję, że oczekiwania względem reprezentacji skoków narciarskich zdejmą z niej nieco presji. Kowalczyk nie będzie rodzynkiem i jedyną nadzieją, wokół której toczy się portalowo-tabloidowe życie w czasie Igrzysk.
Choć sport rządzi się swoimi prawami, z dużym prawdopodobieństwem można stwierdzić, że nasza biegaczka w kluczowych momentach będzie przygotowana w 100%. Czy wraz z nią do sezonu olimpijskiego przygotowali się sprawozdawcy TVP? Tak wybitna osobowość zasługuje na szczególny szacunek. Wierzę w jej formę, pracę, i cierpliwość. Wierzę też, że w związku z tym jak co roku w marcu podsumuje sezon świetnymi wynikami. ?Sprawdzam? trzeba więc powiedzieć nie jej a rozmaitym redakcjom, które z kamerami i dyktafonami przemierzać będą północną półkulę świata w poszukiwaniu taniej sensacji: konfliktów z trenerem, spisku Norwegów i przekrętów Rosjan a nie sukcesów naszej biegaczki.
Nie wiem, czy czeka nas ?zima stulecia? czy też włoska odmiana najmniej przyjemnej pory roku. Tak czy inaczej, trenażer nie jest obowiązkiem a raczej ostatnią deską ratunku. Wybrałem trzy rzeczy, które ułatwiają przetrenowanie zimy na wolnym powietrzu. W końcu szum wiatru zawsze jest lepszy niż brzęczenie rolki.
Zabłotnikuj się
Pełne błotniki to absolutny ?must have? zimowego sezonu. Obojętne, czy masz treningowego górala, alias ?taczkę?, czy przypinasz błotniki do szosówki, pełnowartościowa ochrona przed wodą i błotem jest podstawą. Najlepsze buty, ochraniacze i odzież z membraną nie oprą się ciągłemu naporowi chlapiącej spod kół mazi. Doczepiane patenty, jakkolwiek nie byłyby przemyślane i nie poprawiały komfortu latem, zimą powinny zostać w szafie. Tylko pełny błotnik, dodatkowo przedłużony (fabrycznie lub chałupniczo) pozwoli przejechać zimę z suchymi stopami i bez przemrożonych nerek. Jeśli masz górala, przełajówkę lub starą szosówkę, załatwisz sprawę do 50PLN za standardowy zestaw, który można przykręcić do stosownych mocowań lub od biedy przypiąć zipami. Jeśli masz szosówkę, jesteś skazany na SKS Raceblade Long lub jemu podobne rozwiązania za dwie stówki. Nie są idealne, ale dają radę. Wszystkie inne półprodukty, które nie zamykają pod sobą przynajmniej ? obwodu koła nadają się na zgrupowanie w Calpe albo majowy deszczyk w Polsce.
Zainwestuj w zimowe buty
Spory wydatek, ale wart każdych pieniędzy. Ochraniacze to jedno, ale letni but, który został zaprojektowany, by jak najlepiej wentylował stopę, nawet przykryty dwoma windstopperami polegnie w starciu z mrozem. Zimowe obuwie jest cieplejsze, słabo wentylowane, dodatkowo ociepla staw skokowy. Często posiada membranę Gore-Tex, więc do pewnego stopnia chroni przed przemoczeniem. Mając taki sprzęt, ochraniacze będziesz ubierać głównie w czasie deszczu lub gdy temperatura spadnie mocno poniżej zera. Dodatkowo nie zniszczysz butów letnich, zatem wydatek zwróci się szybko. Tym bardziej, że nie trzeba rzucać się na najnowsze modele. Jeśli masz w miarę standardowy rozmiar stopy, można dość łatwo trafić na wyprzedaż i sporo zaoszczędzić.
Ciepłe rękawiczki
Nic tak zimą nie marznie podczas jazdy jak dłonie. Zbyt przewiewne rękawiczki poddadzą się po pół godziny, po godzinie stracisz czucie w palcach i nawet nie będziesz w stanie zmienić przełożenia czy zahamować. Sam windstopper to za mało. Potrzebna jest jakaś warstwa, która zapobiegnie wychłodzeniu. Świetnie sprawdzają się rękawiczki trójpalczaste, gdzie oprócz izolacji, palce (poza kciukiem) grzeją się nawzajem a nadal możliwe jest sprawne operowanie manetkami czy wyjęcie czegoś z kieszeni.
Cała reszta to kosmetyka. Ciuchy można jakoś dobrać, ostatecznie ubierać na siebie kolejne i kolejne warstwy. Jeśli stopy i tyłek będą suche (błotniki) a najbardziej wrażliwe na przemrożenie części (palce dłoni i stóp – rękawiczki i buty) ciepłe, z resztą można sobie poradzić. Czapka pod kask vs buff, taka czy inna membrana w kurtce (albo w ogóle jej brak a w zamian więcej warstw, też się da), większe czy mniejsze okulary to już sprawa wtórna.
Nowe przepisy Światowej Agencji Antydopingowej, zaostrzające kary za stosowanie najbardziej skutecznych substancji mogą nareszcie zacząć pełnić rolę prewencyjną. Czteroletnie zawieszenie za stosowanie EPO czy testosteronu dla przyłapanych śmiałków może oznaczać koniec kariery. Czytaj więcej…
Mniej więcej w połowie sezonu dostałem do przetestowania kilka żeli energetycznych od firmy Trec Nutrition. Polski producent ma w ofercie cztery rodzaje w zakręcanych saszetkach. Jak na żele energetyczne, mają dość zaskakujący skład i wymykają się klasycznej definicji odżywki węglowodanowej.
Wraz z paczką otrzymałem ankietę dotyczącą jakości produktów. W sumie firma sprawiła mi miłą niespodziankę. Sprawdziłem ich żele podczas kilku wyścigów cross country oraz górskiego maratonu. Poniższe kilkanaście zdań to garść wrażeń. Być może planując zakup odżywek przed nowym sezonem weźmiesz pod uwagę również te.
Żele Trec, xouted.com CC BY SA 3.0
Żele dla sportowców mają dostarczyć łatwo przyswajalnej energii związanej z wykonywanym wysiłkiem fizycznym. Ich przyjmowanie to nic przyjemnego: słodki glut do przełknięcia, w zamian uzupełnienie węglowodanów i czasem minerałów oraz witamin, które zużywamy w czasie zawodów. Każdy z nas ma swoje preferencje dotyczące składu, smaku czy konsystencji. Polska firma Trec wprowadziła do oferty cztery rodzaje, dając alternatywną ofertę wobec odżywkowego mainstreamu.
Wszystkie żele pakowane są w zakręcane saszetki o pojemności 90g. Sugerowane użycie to dwie porcje. Osobiście preferuję mniejsze jednorazówki. Obsługa zakrętki w czasie jazdy jest nieco kłopotliwa, obojętne od którego producenta pochodzi żel.
Najbardziej standardową propozycją jest Carbo Full Gel. To klasyczny żel energetyczny, w 100g dostarcza 141kcal, w tym 35g węglowodanów (desktroza, maltodekstryna, izomaltuloza). Z bonusów dostajemy szczyptę minerałów, ponad gram tauryny oraz ponad gram l-glicyny (powinna zwiększać przyswajanie węglowodanów).
Long Energy Gel w 100g ma 101kcal i nieco ponad 25g węglowodanów (taki zestaw jak w Carbo Full). Ma więcej l-glicyny i tauryny, do tego nieco BCAA, kofeinę i guaranę. Takie ?wszystko w jednym? dla maratończyka. Producent dodał także ekstrakt z aloesu.
Regenerate Gel ma mniej węglowodanów: 20g na 100g żelu (daje to 88kcal). W przeciwieństwie do dwóch poprzednich nie zawiera izomaltulozy. Ma za to sporo BCAA (3,33/100g, zatem równe 3g w saszetce), glutaminę, kreatynę oraz argininę. W założeniu ma służyć jako szybko przyswajalny ?szot? substancji odpowiedzialnych za regenerację mięśni.
Najmniej węglowodanów (16,7/100g, zatem 59kcal) za to najwięcej substancji stymulujących ma Adrenaline Gel. Wzbogacony jest o solidną (2,2g) porcję beta-alaniny, cytruliny, tauryny oraz tyrozyny (wszystkie trzy po 1,1g). Ciekawostką jest obecność inozyny (0,66g). Do tego kofeina, zielona herbata i synefryna z gorzkiej pomarańczy.
Głównym wrażeniem ze stosowania żeli od Treca jest ich przyjazna konsystencja. Są rzadkie, ale nie przesadnie, nie kleją się i nie ?zasładzają?. Łatwo je wycisnąć a w ustach nie pozostaje nieprzyjemny posmak. Teoretycznie mają jakieś smaki uzyskane przy pomocy aromatów, ale nie są one dominujące. To spory plus i w tej dziedzinie producent stanął na wysokości zadania.
Co do składu i działania, to każdy ma swoje preferencje. Trec zdecydował się na stosunkowo małą ilość węglowodanów, którą wspomaga innymi substancjami. Być może fakt małego skondensowania wpływa na wrażenie komfortowego spożycia bez obaw o podrażnienie przewodu pokarmowego. Z drugiej strony, średnia porcja cukrów powoduje, że w kategorii żeli energetycznych ?Carbo Full? przekonuje najmniej. Jako takiego, mimo mniejszej ilości zawartej energii, najlepiej zapamiętałem działanie ?Long Energy? i jeśli zdecyduję się na zakup żeli od Treca, to będzie właśnie ten. Z kolei ?Adrenaline? ma niewiele wspólnego z klasycznymi węglowodanami w saszetce, jest za to ciekawą alternatywą dla fiolek z energetyzującym płynem i w związku z tym wzbudził mój spory entuzjazm. Dla odmiany na temat żelu regeneracyjnego zwyczajnie nie mam zdania. Myślę, że równie dobrze można go stosować jako suplement w czasie dłuższego wysiłku (np. maratony giga), niekoniecznie zaś jako suplement stricte postartowy.
Szczegóły dotyczące składu poszczególnych żeli znajdują się w sklepie producenta. Obecnie jedna saszetka każdego rodzaju wyceniana jest na 8,5PLN.