In sportnatemat.pl

Kogo obchodzi Tour of Oman?

Australia, Katar, Aregntyna, Oman… w imię globalizacji i poszukiwania zysków dla sponsorów kolarze szosowi ścigają się całą zimę. Przesyt, przerost formy i niejednoznaczne znaczenie uzyskiwanych tam rezultatów to pierwsze o czym myślę niechętnie śledząc doniesienia z ciepłych krajów.

Sukces wyścigów takich jak Tour Down Under (Australia) czy Tour of Qatar pociągnął za sobą lawinę. TdU awansował do najwyższej klasy rozgrywkowej – World Tour – i jest punktowany tak samo jak np. Tour de Romandie. Australijskie kolarstwo od kilku lat jest w ofensywie. Po wychowanych (nota bene we wzorowanym na enerdowoskim systemie szkolenia) na torze sprinterach doszli zawodnicy uniwersalni, górale i czasowcy. Nic więc dziwnego, że krajowi Kangurów przyznano uczestnictwo w World Tour.

Dla odmiany ASO, czyli organizator Tour de Fracne, maratonu paryskiego czy rajdu Dakar poszedł inną drogą i, zapewne za sporą kasę, postanowili pokazać kolarzy szejkom. Dzięki temu od kilku lat mamy w środku zimy wyścigi w Katarze i Omanie. W podobnym duchu organizowany jest, choć mniejszy, Tour de Langkawi w Malezji czy Tour de San Luis w Argentynie.

W tym roku w Australii ze znakomitej strony pokazali się Andre Greipel – typowany na głównego rywala Cavendisha w tym sezonie, weteran Oscar Freire budujący formę na Mediolan Sanremo, powracający z zawieszenie Alejandro Valverde oraz Simon Gerrans, który wygrał klasyfikację generalną. W Katarze morale odbudował Tom Boonen a kilku młodych zawodników, w tym Peter Velits i Tony Gallopin zaprezentowali się z dobrej strony w Omanie. W Tour de San Luis triumfował Levi Leipheimer przed zdykswalifikowanym kilka dni później Alberto Contadorem.

Cóż za nazwiska, cóż za emocje! Ale, ale… Te wszystkie wyniki są niewiele warte. Nazwijcie mnie europocentrycznym konserwatystą, ALE właściwy sezon zaczyna się w te weekend. Omloop Het Nieuwsblad i Kuurne – Bruksela Kuurne inaugurują ściganie na najwyższym poziomie. Kilka dni później ruszy pierwsza prawdziwa etapówka: Paryż – Nicea. Wiosenne starcie sprinterów, o którym będziemy pamiętać dłużej niż kilka minut do oczywiście Mediolan – Sanremo. A nie “jakiś tam etap jakiejś tam etapówki na pustyni, którą (pustynię) ogląda kilku sponsorów”.

Z obecnego stanu rzeczy wszyscy powinni się cieszyć. Media mają o czym pisać. Dla prasy branżowej zima była testem na przetrwanie, gdy pisało się porady, gromadziło materiały na sezon wiosenny, z trudem szukało tematów. Teraz można śmiało przetwarzać wyniki i relacjonować wyścigi w egzotycznych krajach. Sponsorzy są zadowoleni, bo reklamują się na nowych rynkach. Kolarze, choć mogliby w tym czasie trenować, zbierają punkty do rankingów. Całość kręci się więc nieźle.

Co zatem jest nie tak, skoro trzeba być wyjątkowo wiernym fanem dyscypliny by uważnie śledzić co się dzieje na szosach położonych na południe od zwrotnika raka? Całkiem szczerze, od czasu do czasu rzucałem okiem na wyniki i… tyle. Z pewnością można po nich wnioskować, kto będzie w dobrej dyspozycji podczas wczesnowiosennych etapówek oraz włoskiej ?Primavery?. Ale nic poza tym. Brak legendy, zaczepienia w kulturze, nieadekwatna pora roku… Krótko mówiąc jedno wielkie ?Nie?.

Tekst oryginalnie opublikowany w portalu natemat.pl 21.02.2012