Rok: 2012

  • Po co Bjoergen astma?

    Marit Bjoergen wygrała pierwszą eliminację Pucharu Świata dominując nad rywalkami. Ta sama Marit Bjoergen, która kilka lat temu za nimi nie nadążała. Potem zachorowała na astmę i wszystko się zmieniło. Medialne polowanie na astmatyków czas zacząć.

    W dyscyplinach wytrzymałościowych żadna dominacja nie jest jednoznaczna.Sprawa Lance?a Armstronga i ujawnione przy tej okazji dokumenty pokazują , jak głęboko niedozwolone wspomaganie wpisało się w kulturę gałęzi biznesu, jaką jest sport wyczynowy.

    Fot. Oskar Karlin, flickr, CC BY-SA 2.0

    Biegi narciarskie zasadniczo nie różnią się w tej kwestii. Trzy lata po tym, gdykolarze zmagali się z ?aferą festiny?, na stacji benzynowej w okolicach fińskiego Lahti ktoś znalazł torbę z logotypem fińskiej federacji narciarskiej. Okazało się, że w środku jest cały arsenał środków dopingujących. Incydent ten zakończył się największym skandalem w historii fińskiego sportu. Genialna generacja biegaczy, która okazała się być produktem medycyny, upadła. Dekadę później, zniszczony przez alkohol i depresję ex-bohater narodowy, Mika Mylylla w swoim domu popełnił samobójstwo. Z perspektywy czasu można wysnuć wniosek, że fiński biegacz, tak jak kolarze: Lance Armstrong, Jan Ullrich czy Marco Pantani był ikoną pewnej epoki, w której doping był niemal akceptowany. Fakt, że media, kibice, działacze i historia rozprawiły się z nim w okrutny sposób (podobnie jak z Pantanim, który konsekwencje uczestnictwa w podobnym systemie wytrzymał jeszcze krócej) pokazuje, jak poważna jest to sprawa, jak nie należy jej bagatelizować i wreszcie, należy ją przypomnieć zwolennikom legalizacji niedozwolonego wspomagania.

    Trzeba przy tym jasno powiedzieć, że prócz niedozwolonych środków, z których stosowaniem walczy WADA (Międzynarodowa Agencja Antydopingowa) oraz ? mniej lub bardziej ? poszczególne federacje sportowe, istnieje wiele specyfików, które zawodnicy mogą przyjmować. Od końskich dawek witamin i minerałów, przez ekstrakty ziołowe, środki homeopatyczne by skończyć na substancjach chemicznych, które powstają w laboratoriach, ale w przeciwieństwie do zabronionego ?koksu? są dostępne w normalnej dystrybucji. Większość tych preparatów atleci przyjmują po to by? przeżyć. Wytrzymać katorżniczy trening i uzupełnić niedobory. W dalszej kolejności jest wspomożenie regeneracji czy poprawa pewnych parametrów, w dozwolony przez władze sposób.

    A co, gdy zawodnik w jakiś sposób odbiega od normy? Cierpi na jakieś schorzenie, wrodzone lub nabyte? Czy miejscem dla niego są wyłącznie igrzyska paraolimpijskie, czy też może startować z w pełni sprawnymi konkurentami? Czy może przyjąć odpowiedni lek, który ? gdyby nie był licencjonowanym profesjonalistą ? brałby wychodząc na jogging przed pracą, czy też musi zrezygnować ze sportowej kariery? Lub, co jest pewnym ekstremum i znakomicnie obrazuje sprawę, zastosować protezę jak biegacz Oscar Pistorius. Skoro i tak przepisy antydopingowe są dalekie od idei ?zera tolerancji? (wiele norm pozostawia zawodnikom pole manewru przy manipulacjach, jest również dalekich od naturalnych parametrów organizmu), to dlaczego nie pozwolić na przyjmowanie ściśle określonych ilości określonych środków leczniczych bez sankcji dyskwalifikacji?

    Tak jest właśnie z lekami na astmę. Co ważne, przyjmowanymi wyłącznie we wziewie, czyli z inhalatora. Do niedawna potrzebne było zaświadczenie (tzw.TUE, ?wyjątek dla użycia terapeutycznego?), obecnie np. salbutamol można wdychać niemal do woli. Wystarczy zadeklarować przy kontroli, że stosuje się taki środek. Mógłby to więc robić każdy, także Justyna Kowalczyk, która odważnie i jawnie, wraz ze swoim trenerem krytykuje zawodniczki, które przyjmują leki na astmę. W tym miejscu wkraczam na bardzo grząski grunt. Po pierwsze nie jest udowodnione, czy przyjmowane przez zdrowego sportowca kortykosterydy poprawiają wydolność. Po drugie, o czym przy okazji afery Armstronga wielokrotnie wspominał Johnatan Vaughters, jeden z ?nawróconych? doperów, obecnie będący na czele ruchu chcącego oczyścić kolarstwo, doping lepiej działa na organizmy mniej utalentowane. Po trzecie wreszcie, nasza mistrzyni sama ma na swoim koncie przykrą przygodę z TUE (jest to niestety częsty przypadek, gdy nawet najlepsi nie orientują się w gąszczu przepisów i składów leków; to mało profesjonalne, ale to fakt), zatem eksperymenty z medykamentami mogłyby mieć dla niej drastyczne konsekwencje z koniecznością zakończenia kariery włącznie.

    W zeszłym sezonie Aleksander Wierietielny postawił śmiałą tezę, w myśl której Bjoergen bierze legalne kortykosterydy, by lepiej natlenić mięśnie. Śledząc jej karierę można faktycznie zauważyć tę prawidłowość. W przypadku wielu sportowców ewolucja sylwetki wiązała się ze zmianą przygotowań, zmianą diety czy wreszcie, zmianą lub wprowadzeniem wspomagania. Kolejne wieloznaczności pojawiają się, gdy spojrzymy na ostatnie trzy dekady historii norweskich sportów wytrzymałościowych. Niemal cały czas na topie, wiele gwiazd, które dominowały przez lata (Bj?rn D?hlie, Johann Olav Koss, Ole Ejnar Bjoerndalen, Marit Bjoergen), federacje solidnie wspierane finansowo przez państwo. Do tego niemal zero wpadek. To sugerowałoby zorganizowany system. W opozycji należy postawić bardzo istotny fakt, jakim są porażki Norwegów w latach, gdy ich główni rywale wprost sięgali po doping. Twórcami złotej generacji włoskich biegaczy: Stefanii Belmondo, rodzeństwa di Centów czy Silvio Faunera byli ci sami lekarze, którzy wprowadzili EPO do kolarstwa. Finowie na przełomie XX/XXIw. zdobyli wyraźną przewagę dzięki zorganizowanemu systemowi wspomagania. Podczas Igrzysk w Salt Lake City z Norwegami i Norweżkami wygrywali Johan Muehleg i Rosjanki by szybko wpaść na stosowaniu dopingu krwi. Cztery lata później, w Turynie, austriaccy biathloniści, którzy mieli zdetronizować Ole Einara Bjoerndalena musieli uciekać przez okno przed kontrolerami, ponieważ byli klientami znanego m.in. Bernhardowi Kohlowi laboratorium Humanplasma.

    Te wszystkie historie to m.in. efekt niedostatecznych kontroli, braku systemu paszportów biologicznych. Na ich tle kortykosterydy Marit Bjoergen wyglądają niewinnie. Tym bardziej, że astma wysiłkowa, zwłaszcza po kilkunastu przetrenowanych sezonach, gdy organizm narażony jest na zimno, wiatr, zanieczyszczenia czy drażniące chemikalia (sprawa dotyczy więc większości sportowców, którzy godzinami szlifują formę na szosach, bieżniach i w basenach) jest realną zmorą zarówno profesjonalistów jak i amatorów. Zmagał się z nią m.in. Robert Korzeniowski. Bjoergen po symbicort w sprayu sięgnęła będąc już ukształtowaną zawodniczką, mając na koncie wiele sezonów wdychania zmrożonego powietrza. Patrząc na regularnie przekroczone normy pyłu zawieszonego w małopolsce pozostaje czekać, kiedy podobna przypadłość dopadnie i naszą mistrzynię…

    W całej sprawie przykre jest to, że piękna rywalizacja dwóch wielkich indywidualności: Kowalczyk i Bjoergen chowa się w cieniu podejrzeń i oskarżeń. Winna nie jest Bjoergen, która prawdopodobnie naprawdę ma astmę. Winni nie są Kowalczyk i Wierietielny, którzy mają prawo czuć się sfrustrowani: mimo wszystko nie rywalizują z norweską kadrą na tych samych warunkach. Trzydzieści lat zaniedbań, gdy doping był de facto niewykrywany, gdy sportowcy regularnie nadużywali procedury TUE, by maskować wspomaganie, gdy nikt nie mówił, że coś jest nie w porządku, patrząc na coraz bardziej wynaturzonych atletów. To wszystko odbija się na współcześnie startujących zawodnikach.

    Tekst pierwotnie opublikowany w portalu natemat.pl 27.11.2012

  • Od Festiny do Sky

    Szokujące, przyjmowane z niedowierzaniem, zaskakujące, odrażające, ohydne. To standardowy zestaw komentarzy dotyczących praktyk dopingowych Lance?a Armstronga i jego przybocznych. Skala procederu była znaczna, ale co do zasady to wszystko już było. Dokładnie te same schematy opisane zostały ponad dekadę temu przy okazji afery Festiny, która wstrząsnęła kolarstwem czternaście lat temu.

    Pierwszy szok

    W 1998 roku telewizja rządziła światem i to właśnie telewizja pokazała samochód ekipy Festina, zatrzymany w przededniu osiemdziesiątego piątego Tour de France. Samochód prowadzony przez Willy?ego Voeta, masażystę jednej z najlepszych wówczas drużyn w peletonie. Samochód, w którego bagażniku znajdowała się turystyczna lodówka zawierająca tabletki i ampułki epo, testosteronu oraz hormonu wzrostu. Do tego całkiem sporo nielegalnych stymulantów, także takich, których składu nie znał sam Voet, podający je zawodnikom. Sprawa zakończyła się skandalem, ale nie złamała ani karier zawodników ani dyrektorów sportowych. Fakt, kolarstwo weszło w niewielki dołek finansowy w kolejnych latach, ale co do zasady nic się nie zmieniło. Kilka miesięcy po zakończeniu procesów kierownictwa i zawodników drużyny Voet napisał książkę ?Przerwany łańcuch?, w którym opisał historię zinstytucjonalizowanego dopingu w drużynie, dla której pracował. Pośrednio zasugerował również, że w ekipach niemieckiego Telekomu, hiszpańskim ONCE oraz kilku zespołach włoskich robi się to samo.

    Belgijski masażysta nie podał w swoich wspomnieniach wszystkich nazwisk, ale zaprezentował działanie systemu. Kto, w jaki sposób, kiedy i po co przyjmował określone środki. Opisał sytuację, w której kolarze nie stosujący dopingu odsuwani są od startów w najważniejszych imprezach i poddawani są rodzajowi ostracyzmu. Przedstawił, jak wejście w romans z niedozwolonym wspomaganiem uzależnia i wikła zawodnika na długie lata i zmienia jego życie. Według dokładnie takiego schematu działali wówczas wszyscy lub prawie wszyscy. Kto, jak Armstrong doprowadzał proceder do perfekcji, osiągał sukces.

    Korporacja ?Lance Armstrong?

    Lance Armstrong wrócił do kolarstwa po przebytej chorobie nowotworowej właśnie w 1998 roku. Drużyna US Postal dopiero zaczynała swoją działalność. Młody dyrektor sportowy, Belg Johann Bruynell dokładnie wiedział, że bez systemu dopingowego nic nie osiągnie. Wszak przed zakończeniem kariery był kolarzem ONCE, gdzie Manolo Saiz dbał, by jego zawodnicy byli szybcy, silni i wytrzymali przynajmniej w takim samym stopniu co inni. Jeśli dobrze poszukać, już wtedy można natknąć się na ślady postaci, którą można połączyć z osobą Eufemiano Fuentesa, jednego z kilku lekarzy-fizjologów-hematologów-magików, opracowujących dopingowe plany dla wyczynowych sportowców.

    Lance Amrstrong i Johann Bruynell zaufali prawdopodobnie najlepszemu z nich. Włoch Michele Ferrari nie tylko miał talent i wiedzę. Był również na bieżąco ze zmianami w prawie antydopingowym, dzięki czemu zmieniał metody wspomagania na takie, które będą niewykrywalne. Wraz z Armstrongiem, Bruynellem i Hiszpanami: del Moralem i Celayą stworzył perfekcyjnie działającą organizację, która wygrała wiele prestiżowych wyścigów, w tym siedem razy Tour de France. Całość została dodatkowo zabezpieczona niejasnymi kontaktami samego Armstronga i Bruynella z kolarskimi władzami.

    Dzięki pieniądzom od sponsorów (w tym znanej ze wspierania ?brudnych? gwiazd sportu firmy Nike) błędy systemu były tuszowane. Realnie takie sytuacje zdarzały się wyjątkowo rzadko. Dawkowanie środków zostało doprowadzone do perfekcji. Sposoby oszukiwania kontroli działały niemal niezawodnie. Kolarze nielegalnie podnosili możliwości swoich organizmów i nie mieli pozytywnych wyników testów. To była sztandarowa broń Armstronga w walce z mediami. Warto zauważyć, że nigdy nie mówił ?jestem czysty?. Zawsze mówił (w trzeciej osobie) ?Lance Armstrong nigdy nie miał pozytywnego wyniku?.

    Taka działalność wymagała wyjątkowo dużych nakładów, zarówno finansowych, jak i zwykłej, codziennej pracy. Nic dziwnego, że niemal każdy, kto odchodził z ?Korporacji Lance Armstrong? wcześniej czy później popełniał błąd i wpadał na dopingu. Nie bez znaczenia jest też fakt, że działalność Armstronga i Bruynella zbudowana była na misternej sieci personalno-zawodowych zależności podszytych finansowym i co najważniejsze, emocjonalnym, szantażem względem podwładnych. Oczywiście, każdy z uczestników był dorosły i świadomy tego, co robi, ale wyrwanie się z tego typu sieci jest niezmiernie trudne. Na myśl przychodzą porównania choćby z filmem ?Firma? o młodym prawniku, który wyrywa się kancelarii piorącej pieniądze mafii.

    Doktor zło i koledzy

    Wspomniany Ferrari był jednym z kilku ludzi, którzy układali plany treningowo-dopingowe kolarzom (co ważne, nie tylko im) w Europie. Oprócz niego warto wymienić Eufemiano Fuentesa, bohatera afery ?Operation Puerto?. Prawdopodobnie drugiego w kolejności po Ferrarim najlepszego ?magika?, z którego usług korzystali m.in. Jan Ullrich, Ivan Basso czy Roberto Heras, czyli ci, którzy byli zaraz za Armstrongiem na górskich przełęczach.

    We Włoszech oprócz Ferrariego działał Carlo Santuccione, główna postać afery ?Oil for Drugs?, dotyczącej głównie lokalnych gwiazd: Ricardo Ricco, Eddy Mazzoleni czy Danilo di Luca mieli korzystać z jego usług. Santuccione, tak jak Ferrari oraz Luigi Cecchini (opiekował się m.in. Bjarne Riisem, Tylerem Hamiltonem, Michele Bartolim) to wychowankowie Francesco Conconiego, profesora, który wprowadził epo w poczet środków poprawiających wydolność sportowców, ?twórcy? sukcesów Francesco Mosera w latach osiemdziesiątych.

    W Wiedniu działało laboratorium ?Human Plasma?, wokół którego śledztwo zostało mocno wyciszone, ale z dużym prawdopodobieństwem można powiedzieć, że z jego usług korzystali kolarze m.in. Rabobanku i Gerolsteiner, w tym Bernhard Kohl i ? być może ? Levi Leipheimer. Co ważne, Leipheimer, który zeznawał w sprawie Armstronga i przyznał się do stosowania epo oraz regularnych transfuzji nigdy nie miał pozytywnych wyników testów antydopingowych. Podobna instytucja prowadzona była jako podziemny fakultet na uniwersytecie we Fryburgu, gdzie lekarze Lothar Heinrich i Andreas Schmid obsługiwali m.in. zawodników T-Mobile.

    Epo, hormonu wzrostu, testosteronu i innych substancji używały dziesiątki, jeśli nie setki kolarzy i tysiące innych sportowców w Europie. Wpadali nieliczni, co pokazuje, że doping był de facto dozwolony. Co więcej, na nielegalne wspomaganie pośrednio zezwalały, i nadal zezwalają, władze światowego sportu. Do momentu wprowadzenia paszportów biologicznych, które bardzo utrudniają manipulowanie parametrami organizmu przyjmowano, że jeśli nie ma pozytywnego wyniku testu (a jak pokazują akta sprawy US Postal jest to może nie łatwe, ale możliwe do osiągnięcia), to dopingu nie ma, nawet, jeśli pewne wskaźniki są absurdalnie wysokie. Przyjęta granica dla hematokrytu na poziomie 50 jest w przypadku większości wyczynowych sportowców, obciążonych do granic możliwości, niemożliwa do osiągnięcia i utrzymania w dłuższym czasie w legalny sposób.

    Tymczasem przez mniej więcej dwie dekady setki sportowców przez długie miesiące każdego sezonu utrzymywało w magiczny sposób ten parametr na tak wysokim poziomie, podając sobie epo, kolejne jego generacje, w większych lub w tzw. mikrodawkach albo przetaczając krew, a ewentualne zaburzenia regulując porcjami soli fizjologicznej. Podobnie ma się sprawa z poziomem testosteronu do epitestosteronu ustalonym na 4:1 (na złamaniu tej granicy wpadł Floyd Landis, a nie na pozytywnym teście na testosteron jako taki – krótko mówiąc amerykański kolarz przedobrzył z dopingiem i dlatego został złapany, a nie dlatego, że w ogóle coś wziął).

    Co więcej, wiele metod było na tyle skutecznych i możliwych do ukrycia, że ich udowodnienie umożliwiały nie testy medyczne, a policyjne śledztwo. Afera Balco, związana z amerykańskimi lekkoatletami wyszła na jaw nie dzięki laboratorium antydopingowemu, a dzięki donosowi Trevora Grahama. Gdyby nie ten fakt, Marion Jones prawdopodobnie do końca kariery używała by ?The Clear? i być może pobiła rekord świata słynnej Flo-Jo nie podejrzewana o nic. Na marginesie warto zaznaczyć, że działaczem USADA, który prowadził sprawę był ten sam Travis Tygart, który doprowadził sprawę Armstronga do końca.

    Ja brałem, ty brałeś, wygrał lepszy?

    Jak więc widać, brali niemal wszyscy. Za każdym wielkim triumfem ostatnich 20 jeśli nie 30 lat stoi, oprócz zawodnika także fizjolog-magik. Lekarz, który nie tylko opracowuje metody treningowe (np. Cecchini był prekursorem treningu z pomiarem mocy, obecnie uznawanego za najbardziej skuteczną metodę planowania i monitorowania obciążeń), ale też dobiera do nich odpowiednie wspomaganie. Zeznania świadków w sprawie dopingu w US Postal rzucają zupełnie nowe światło na przebieg wyścigów, które śledziliśmy w ostatnich latach. Ataki, kryzysy, taktyka zespołów i poszczególnych zawodników zależne były od strategii przyjmowanych środków. Choćby od tego, czy kierownictwo drużyny zdecydowało się zorganizować system na przygotowania i konkretną imprezę, czy też kolarze musieli radzić sobie we własnym zakresie. Opcja pierwsza dawała większe szanse sukcesu i minimalizowała szansę wpadki. Opcja druga była bardziej ryzykowna i niekoniecznie tak skuteczna.

    Popularne twierdzenie, że skoro i tak sportowcy ?biorą?, to należy zalegalizować doping jest jednak błędne. Po pierwsze, niekontrolowane i puszczone luzem wspomaganie niezbadanymi do końca substancjami zwyczajnie prowadzi do śmierci lub kalectwa sporej grupy sportowców. Po drugie, na co zwraca uwagę Jonathan Vaughters, jeden ze skruszonych i ?nawróconych? doperów a co poparte jest badaniami naukowymi, doping powoduje, że nie wygrywa zawodnik, który jest najbardziej utalentowany, wykonał najcięższą pracę, miał najlepszą drużynę i trochę szczęścia. Wygrywa ten, który lepiej adaptuje się do działania zabronionych środków. Dochodzi do paradoksu, że organizmy o wyjściowo niższych parametrach (które w warunkach równej rywalizacji wypadałyby gorzej), po zastosowaniu kuracji i dojściu do parametrów jednostek wybitnie utalentowanych realnie zyskują nad nimi przewagę!

    Co więcej, ponieważ obrót lekami, które często są jeszcze np. w fazie badań klinicznych (jak nowsze generacje epo: ?Dynepo? i ?Mircera?) jest ograniczony lub nielegalny. Zatem wygrywa ten, który lepiej radzi sobie z omijaniem prawa, lepiej przekupuje celników, przemyca, lepiej zdobywa ?koks? na czarnym rynku. Idąc dalej można stwierdzić, że niektóre ćwiczenia czy metody treningowe planowane są (lub były) układane nie pod optymalny rozwój organizmu, a w kontekście jak najlepszego wykorzystania działania środków dopingujących.

    Na koniec wreszcie zawodnicy, którzy nie biorą udziału w procederze są dyskryminowani, nie mają szansy na rozwój kariery i doświadczają wielu osobistych dramatów. Poważne konsekwencje natury psychicznej (życie w ciągłym stresie, ukrywanie faktów, groźba konfliktu z prawem itd.) wpływają również na wyniki zawodników uczestniczących w dopingowym systemie, co dodatkowo zaburza wyniki rywalizacji, być może nawet bardziej niż pojawiające się czasem niekontrolowane efekty wspomagania lub skutki uboczne. Czy to nadal jest sport? I czy można mówić, że rywalizacja dwóch ?doperów? jest równą rywalizacją? I czy w tym kontekście można mówić, że Lance Armstrong był najlepszy sportowcem swojej generacji, skoro ? tylko i aż ? stworzył organizację, która najlepiej funkcjonowała w realiach pozwalających na nielegalne działania?

    Nowe pomysły i nowa filozofia

    O tym, jak wielki wpływ na kolarstwo miała machina, jaką stworzyli Armstrong i Bruynell niech świadczy to, co stało się po zakończeniu kariery przez Teksańczyka. Zbiegło się to z intensyfikacją działań antydopingowych: ulepszonymi testami na transfuzję, efektami śledztwa ?Operation Puerto? oraz pracami nad paszportem biologicznym. Tour de France 2006 był wyścigiem ? kuriozum, gdzie główni faworyci zachowywali się kompletnie nielogicznie, unikali rywalizacji, dopuszczali do walki o żółtą koszulkę zawodników, którzy dostawali czas niemal w prezencie od peletonu (Oscar Pereiro i Cyril Dessel).

    Warto też zwrócić uwagę, że od tej daty zaczyna rozwijać się na dobre kariera Cadela Evansa. Zawodnika, który uchodzi za jednego z tych, którzy byli po ?jasnej stronie mocy?. Evans to przykład kolarza o niezwykle rozwiniętych parametrach fizjologicznych: z naturalnym VO2Max na poziomie 87ml/kg/min oraz wysoką tolerancją zakwaszenia. Przez większość kariery współpracował z innym znanym trenerem-fizjologiem, Aldo Sassim, który nie uznawał stosowania dopingu.

    Australijski kolarz po przejściu do niemieckiej ekipy T-Mobile spotkał się z rodzajem ostracyzmu, nie był włączany do składu na Tour de France. Po przejściu do belgijskiego Lotto nie był z kolei w stanie realnie walczyć o czołowe lokaty w wielkiej pętli. Dopiero, gdy peleton zaczął zwalniać, po odejściu Armstronga i aferze Puerto, Evans zaczął dobijać się do podium, czego efektem było zwycięstwo w Tourze 2011. Wyścigu, podczas którego kolarze pokonywali główne wzniesienia najwolniej od 20 lat!

    Innym przykładem jest Tom Danielson, kolarz, który uczestniczył w dopingowym systemie US Postal a który nigdy nie zrealizował pokładanych w nim nadziei. Zawodnik również wybitnie utalentowany, przez co gorzej reagujący na doping, a do tego fatalnie znoszący tę sytuację psychicznie. W efekcie nigdy nie stanął na podium wielkiego touru, co w realiach uczciwej rywalizacji byłoby wielce prawdopodobne.

    Dramatyczny wybór, przed którym stawali zawodnicy: będę zawodowcem lub nie będę stosował dopingu w dużej mierze odchodzi w przeszłość. Kolarze przestają mówić ?mam negatywne wyniki testów?, za to wprost deklarują ?jestem czysty?. W poszukiwaniu przewagi nad rywalami szuka się najmniejszych możliwych różnic. Dopracowuje i rozwija sprzęt czy ubiór do najdrobniejszych szczegółów, obsesyjnie dba o masę ciała, poszukuje nowych metod treningowych, w ramach istniejących przepisów. Wprowadza wszystkie elementy, które można wiązać z profesjonalizmem. Grupa Jonathana Vaughtersa i Davida Millara (obecnie sponsorowana przez Garmin) powstała nie po to, by wygrywać a po to, by dać młodym zawodnikom szansę gry wedle nowych reguł.

    Jest różnica między milczeniem lub omijaniem tematu a programowym i ogłaszanym publicznie hasłem ?jeździmy bez dopingu?. W tym przypadku ślad zorganizowanego systemu wewnątrz zespołu zakończy się spektakularną katastrofą. Można więc śmiało powiedzieć, że Ryder Hesjedal jest prawdziwym zwycięzcą Giro d?Italia. Czy można to samo powiedzieć o Bradleyu Wigginsie i Christopherze Froomie, parze kolarzy Sky, którzy zdominowali tegoroczny Tour de France? Nie wiem. W całej sytuacji odnowy kolarstwa przykre jest to, że można zaufać jedynie nielicznym.

    Brytyjski Sky to ekipa perfekcyjnie zorganizowana, działająca wedle stricte naukowych metod, w teorii doprowadzająca filozofię ?marginal gains? (poszukiwania zysków w najdrobniejszych szczegółach) do perfekcji. Jeśli tak jest ? to dobrze. Gorzej, jeśli poza wspomnianymi ?marginal gains? przewaga budowana jest w inny sposób. Tym bardziej, że dla Wigginsa kolarstwo to coś więcej niż tylko sposób realizacji własnych ambicji i zarabiania pieniędzy. W wywiadach podkreśla, że pozytywny wynik testu byłby końcem nie tylko jego, ale i całej, pracującej wokół kolarstwa rodziny.

    Oprócz dowodów pośrednio wskazujących na, jeśli nie zaprzestanie, to przynajmniej mocne ograniczenie praktyk dopingowych, takich jak mniejsze średnie prędkości czy niższe moce generowane przez zawodników na, co ważne, łatwiejszych trasach dochodzi więc kolejny argument. Kolarze zaczynają być dumni z metod, jakimi osiągają sukces a nie skupiają się na tym, by metody te ukryć. Być może to jest największa zmiana i największe przeciwieństwo systemu, jaki był udziałem wielu, a który Armstrong, Bruynell i Ferrari perfekcyjnie wykorzystali do realizacji swoich celów.

    Tekst pierwotnie opublikowany 21.10.2012 w portalu natemat.pl. Do tej pory zdobył 191 kliknięć w przycisk „lubię to”.

  • Dream teamy nie działają

    Budowane, kupowane, łączone super grupy zawiodły. Koncepcja, która w innych dyscyplinach sportu często się nie sprawdza, również w przypadku kolarstwa szosowego okazała się trudna w realizacji.

    ?Galacticos?, LA Lakers czy Team McLaren z Lewisem Hamiltonem i Fernando Alonso. Fantastyczne zespoły-projekty, które miały podbić sportowe areny a w zamian ponosiły wiele dotkliwych porażek. Mimo licznych doświadczeń zawsze znajdzie się zamożny wizjoner, który przy pomocy niemal nieograniczonego budżetu postanowi zdominować swoją dyscypliny sportu. W mijającym sezonie kilku takim historiom mogli bliżej przyglądnąć się kibice kolarstwa.

    Ekipa BMC cieszy się po wygraniu Tour de France 2011. Przed sezonem 2012 kupiono największe gwiazdy peletonu, ale wyniki nie są już takie dobre.

    Ekipa BMC cieszy się po wygraniu Tour de France 2011. Przed sezonem 2012 kupiono największe gwiazdy peletonu, ale wyniki nie są już takie dobre. ? Glory Cycles/ flickr CC BY 2.0

    Mniej więcej rok temu media śledzące wydarzenia w zawodowym peletonie były poruszone. Andy Rhis, bogaty ekscentryk, postanowił zbudować drużynę marzeń. Trzech mistrzów świata, zwycięzca Tour de France i najlepszy kolarz sezonu mieli zdominować rywalizację od klasyków po ?wielką pętlę?. Tymczasem Philippe Gilbert przebłyski dobrej dyspozycji zaczął przejawiać dopiero w drugiej połowie lipca. Thor Hushovd, który nie dał rady sprostać wymogom, jakie stawiają bruki we Flandrii od połowy roku jest na L4 a Cadel Evans nie trafił z formą we Francji. Gdyby nie zdolna młodzież: Tejay van Garderen (świetna postawa podczas TdF) i Taylor Phinney a także równa forma Grega van Avermaeta i odbudowana pozycja Alessandro Ballana można by mówić o kompletnej porażce. Rhis w swym zakupowym szaleństwie zachował mimo wszystko umiar i zbudował zrównoważony skład, w którym młodzi zbierają doświadczenia u boku wielkich mistrzów. Mimo wszystko liczony wprost zwrot z zakupu gwiazd póki co się nie istnieje. Nazwa ?BMC Racing Team? pojawiała się w materiałach głównie obok słów takich jak ?porażka? czy ?zawiódł po raz kolejny?. Oczekiwana klęska urodzaju i potencjalne problemy z pogodzeniem interesów liderów nie doszły do skutku. Gdy ci nie byli w stanie walczyć o założone cele, problem sam się rozwiązał.

    Drugi spektakularny projekt, przejęcie przez Johana Bruynella braci Schleck i Fabiana Cancellary wraz z większością teamu Leopard również spalił na panewce. To miał być murowany sukces. Najbardziej obiecujący kolarz etapowy i najlepszy czasowiec/specjalista klasyków pod skrzydłami dyrektora sportowego, który doprowadził do sukcesów Armstronga, Contadora, Savoldellego, Herasa. Porażka BMC przy sytuacji Radioshack Nissan Trek to drobiazg. Drużyna Bruynella w sezonie 2012 boryka sie z wszystkimi możliwymi problemami, jakie można sobie wyobrazić. Zaczęło się od pecha Fabiana Cancellary. Podczas Mediolan – Sanremo na finiszu ograł go Simon Gerrans. Kampanię na brukach (był podobno w świetnej formie) przerwała kraksa zakończona złamaniem obojczyka w czasie Ronde van Vlaanderen. Gdy powrócił do ścigania latem, upadł po raz kolejny walcząc o medal ze startu wspólnego w Londynie. W efekcie nie był w stanie odegrać znaczącej roli w swojej koronnej konkurencji, jazdy na czas.
    W międzyczasie Johan Bruynell postanowił przeciąć pępowinę łączącą braci Schleck. Wymyślił, że wyśle Franka na Giro d?Italia. Ten jednak niezadowolony a do tego nieco poobijany wycofał się po piętnastym etapie. Równolegle Andy bezskutecznie szukał formy z ubiegłych lat a na domiar złego wywrócił się podczas Criterium du Dauphine i złamał miednicę. Zmuszony do startu w Tour de France jako zastępca brata Frank po raz kolejny nie sprostał roli lidera drużyny – głupio wpadł na dopingu za znalezienie w jego organizmie substancji maskującej Ksypamid. Co więcej, cała ekipa zmagała się równocześnie z problemami wizerunkowymi. Planujący odejście z grupy Jakob Fuglsang oskarżył kierownictwo o zaleganie z wypłatami. Wspomniane szefostwo z Bruynellem na czele wpadło jednak w jeszcze większe kłopoty. Pętla zaciskająca się na szyi Lance?a Arsmtronga to sprawa także jego byłego dyrektora sportowego, który wkrótce może zostać dożywotnio wykluczony z kolarstwa za organizowanie dopingowego procederu w grupie US Postal. Zatem kolejny zespół, który miał rządzić i dzielić nie spełnił oczekiwań, choć, podobnie jak BMC przed całkowitą porażką ratują go kolarze z drugiego szeregu.

    W gronie super ekip – porażek postanowiłem również umieścić Team Sky. Może się to wydać zaskakujące. Dublet w Tour de France i Igrzyskach Olimpijskich dla Wigginsa i Froome?a oraz dominacja w wielu innych wyścigach wskazuje na udany sezon. Sky miał być jednak brytyjską grupą marzeń, w której pierwszy w dziejach poddany królowej wygra Wielką Pętlę a mistrz świata, Mark Cavendish będzie hurtowo wygrywał sprinty. Z taką myślą ten zespół powstawał i początkowo wydawało się, że wszystko układa się po myśli Dave?a Brailsforda. Być może projekt zakończyłby się spektakularnym sukcesem, nie tylko sportowym, ale i wizerunkowym, gdyby nie dodatkowy element układanki, czyli Chris Froome. Zamiast być wiernym gregario wykorzystał swoją formę i stał się niemal równorzędnym liderem z Wigginsem. W ten sposób dla Cavendisha brakło pomocników i choć wygrał trzy etapy Touru, nie był w stanie samotnie walczyć z Peterem Saganem o zieloną koszulkę. Wizja dominowania w wielkich tourach jest dla kierownictwa na tyle kusząca, że ?Cav? nie widząc w takim układzie dla siebie miejsca szuka nowej ekipy. Brytyjski dream team, choć odniósł sportowy sukces de facto przestaje istnieć, a na horyzoncie już widać konflikt między Froomem a ?Wiggo? o to kto ma walczyć o żółtą koszulkę w lipcu przyszłego roku.

    Ponieważ Mark Cavendish łączony jest – nie bez powodu – z ekipą Omega Pharma Quick Step muszę wspomnieć na koniec również i o tym zespole. W tym roku Patrick Lefevre znalazł idealny balans pomiędzy możliwościami, ambicjami i rzeczywistą formą swoich kolarzy. Tom Boonen przechodzi na naszych oczach do historii jako jeden z najbardziej utytułowanych specjalistów jazdy po bruku. Tony Martin, choć zawodzi w etapówkach, dziś ugruntował swoją pozycję wybitnego czasowca, broniąc tytułu mistrza świata. Cavendish chętnie do tego grona dołączy, choćby ze względu na sprzęt (Specialized, który dostarcza drużynie rowery z otwartymi ramionami powita Brytyjczyka w swoich barwach). Pojawia się jednak pytanie o współpracę z Boonenem. Mediolan – Sanremo oraz etapy i zielona koszulka Tour de France to punkty zapalne potencjalnego konfliktu. Nawet tak konserwatywnie budowana i mająca jednoznaczny charakter drużyna może mieć problem. Sytuacja, w której mocarstwowe plany legną w gruzach jest łatwa do przewidzenia. Jak będzie wyglądała sytuacja Cavendisha, jeśli Tom Boonen w niedzielę zostanie mistrzem świata? A może Lefevre i jego sponsorzy oprą się pokusie zyskania łatwego, choć kosztownego rozgłosu? Kto jeszcze wpadnie na pomysł zbudowania ?kolarskiego dream teamu? i jak bardzo na tym przegra? Bo że jest to misja niemal niemożliwa, przekonaliśmy się w mijającym sezonie.

    Tekst pierwotnie opublikowany w portalu natemat.pl 19.09.2012

  • Alberto, który robi różnicę

    Tak się pisze historię sportu. Tak się pozyskuje uwielbienie fanów. Wreszcie w ten sposób trafia się na nagłówki gazet całego świata. Alberto Contador nie tylko wygrał etap, został nowym liderem Vuelta a Espana i kompletnie zniszczył plan Joaquima Rodrigueza, który był już o krok od zwycięstwa w klasyfikacji generalnej. Zrobił to wszystko w stylu wielkiego mistrza.

    Siedemnasty etap Vuelty miał być dla typowych uciekinierów. Średniej trudności podjazdy po katuszach, jakie przeżywali kolarze w ciągu ostatnich kilku dni, miały dać szansę faworytom na złapanie oddechu przed wielkim finałem, w sobotę na Bola del Mundo. Tymczasem lider, Joaquim ?Purito? Rodriguez poczuł się minimalnie gorzej. Contador to zauważył, momentalnie wysłał swoich pomocników do przodu a na 50km przed metą sam przystąpił do ataku. Zero kompromisów, maksimum ryzyka i czysta intuicja. Tym kierował się Hiszpan zmierzając po etapowe zwycięstwo.

    Kompletnie zaskoczonego Rodrigueza i jego drużynę dodatkowo pogrążył Alejandro Valverde, który wkrótce ruszył z kontrą i na mecie niemal dogonił Contadora. Niemałą rolę w tych wydarzeniach odegrali gregario. Zmęczeni kontrolowaniem wyścigu od kilkunastu dni i zaskoczeni atakami kolarze Katushy nie dali rady zawodnikom Saxo Banku i Movistaru. Pomocą Contadorowi służył również Paolo Tiralongo z Astany, były kolega z drużyny, odwdzięczający się za podarowane zwycięstwo etapowe na zeszłorocznym Giro d?Italia.

    Komentatorzy rozpływają się nad maestrią Contadora. Przywoływane są duchy wielkich mistrzów i ich heroiczne ataki po których decydowały się losy wielkich tourów. Ostatni z nich, Marco Pantani rozstrzygnął na swoją korzyść Tour de France 1998, gdy rzucił się do szaleńczej ucieczki gdy, tak jak wczoraj Contador, wyczuł, że jego najgroźniejszy rywal (Jan Ullrich) może mu nie sprostać. To tamtą akcją żyli kibice przez ostatnie 14 lat, to do niej porównywano kolejne dokonania kolejnych mistrzów. Wreszcie to ona wyznaczała oczekiwania względem tego, czy dany wyścig przejdzie do historii.

    Fani uwielbiają takie rozstrzygnięcia. Dlatego, mimo dopingowej wpadki, szacunkiem i wsparciem cieszył się Aleksander Winokurow. Ukoronowaniem stylu, w jakim jeździł Kazach było jego ostatnie w karierze zwycięstwo w Londynie, gdzie złoto wywalczył właśnie bezkompromisowym, ryzykanckim atakiem. Contador, który właśnie wrócił z przymusowych, ?dopingowych wakacji? przez całą Vueltę atakował. Non stop, dzień w dzień próbował zmęczyć Rodrigueza i odrobić niewielką stratę. Ilość szarpnięć, skoków, akcji zaczepnych, które przeprowadził na najbardziej stromych zboczach gór w Asturii jest niemożliwa do policzenia. Swój cel osiągnął na etapie, gdzie teoretycznie nic nie mogło się wydarzyć. Być może nie byłoby to możliwe, gdyby wcześniej nie zmęczył rywala do granic możliwości.

    Jeśli zastanawiać się nad tym, co powoduje, że wyścig jest ciekawy, odpowiedź jest jasna. Charakter faworytów. Wiosenne Giro d?Italia cenię bardzo wysoko, triumf ?czystego? Hesjedala to coś wyjątkowego. Akcja de Gendta w walce o trzecie miejsce była piękna i widowiskowa. Z kolei na Tourze Sky pokazał maksymalną determinację i bolesną dla rywali konsekwencję. Jednak dopiero Contador na Vuelcie dał kibicom to, czego pragną. Emocje.

    Za kilka lat będziemy pamiętać właśnie 17. etap tegorocznej Vuelty. Ilość kontekstów, podtekstów i styl tego zwycięstwa mówią same za siebie. Tyle, że Contador w ten sposób jeździł już od pewnego czasu. Zeszłoroczne (anulowane wstecznym wyrokiem o dyskwalifikacji) Giro i Tour rozgrywał w tym samym stylu. Podczas prawdopodobnie najtrudniejszego wyścigu dekady, Giro 2011, izolował rywali od ich pomocników na długo przed metą. Później sam rozdawał karty, by w końcówce zadać decydujący cios, co zaowocowało monstrualną przewagą nad większością stawki. Podczas zeszłorocznego Touru, gdy zmagał się ze zmęczeniem, kontuzją i wreszcie stresem wiszącym nad nim w związku ze sprawą klenbuterolu, mając stratę do liderów również postawił wszystko na jedną kartę. Zaatakował od startu, przez cały etap jechał przed peletonem, ale wtedy poległ, ponieważ wyprzedził go Pierre Rolland a zysk nad konkurentami w klasyfikacji generalnej był niewielki. Mimo tego doświadczenia, na tegorocznej Vuelcie spróbował po raz kolejny. Znów był blisko porażki – konratakujący dzięki pomocy swojej drużyny Alejandro Valverde na mecie był tuż za nim. Ale ?Purito? Rodriguez pękł, stracił dwie i pół minuty i to Alberto jest teraz głównym faworytem do końcowego triumfu.

    Jeśli Vuelta jest wyścigiem o serca fanów, zarówno Contador jak i Valverde wygrali. Wyścig jest tak nieprzewidywalny, że możliwych jest jeszcze kilka scenariuszy, choć Joaquim Rodriguez, przynajmniej w poetpaowych wywiadach już złożył broń. Przed kolarzami jeszcze sobotnie, brutalne wzniesienie Bola del Mundo. Tak czy inaczej, Contador i Valverde wczoraj znów nie byli ?klenbuterolem? i ?Pitim?. Byli po prostu wspaniali.


    Alberto Contador jedzie po historyczne zwycięstwo na 17. etapie Vuelty. Uwaga – deycdujący atak przeprowadził na tyle wcześnie, że nie znalazł się on w relacji TV!

    Tekst pierwotnie opublikowany w portalu natemat.pl 06.09.2012

  • Nie bójmy się słów

    Nie bójmy się słów

    Tomasz Jaroński i Krzysztof Wyrzykowski słyną z uroczych bon motów, które co chwilę padają podczas komentowanych przez nich etapów Tour de France. ?Nie bójmy się słów? to jeden z popularniejszych. Werydykt USADA w myśl którego Lance Armstrong jest winny dopingu to doskonała okazja by podążyć za tym wezwaniem.

    Koniec historii

    Decyzja USADA zamyka pewną epokę. Zmienianie tabel z wynikami wydaje się być z perspektywy czasu czymś kompletnie bezsensownym. Opcję ?wyników z gwiazdką?uważam za niezłą, ale do ostatecznego rozstrzygnięcia przez UCI lub WADA co zrobić z tym fantem jeszcze długa droga. Choć czynnych kolarzy, którzy wyrastali w tamtych czasach jest jeszcze wielu, polityka grubej kreski to jedyne, co pozostało by nie sprowadzić ostatnich 30 lat kolarstwa do parodii.

    Od dwóch lat zawodowi szosowcy jeżdżą wolniej. Od trzech lub czterech sezonów faworyci nie demolują peletonu w taki sposób, jak robił to Armstrong. Nawet dominacja Contadora w Giro 2011 wynikała nie tyle z jego miażdżących ataków (taki realnie przeprowadził jeden) co ze sprawnego wykorzystywania kolejnych kryzysów poszczególnych rywali. Tegoroczna supremacja ekipy Sky w Tour de France, choć podejrzana, wynika z taktyki realizowanej z żelazną konsekwencją i szukania potencjalnych zysków nawet w najmniejszych elementach. Juan Jose Cobo zwyciężył w ubiegłorocznej Vuelcie, ponieważ jego rywale nie mogli zdeycydować się do końca, na którego z liderów postawić. Cadel Evans wygrał Tour 2011, gdyż był najbardziej zdeterminowany, podobnie jak Ryder Hesjedal w tegorocznym Giro.

    To, że liderzy jeżdżą wolniej i nie osiągają ponadludzkich rezultatów (m.in stosunku mocy do masy) oczywiście nie udowadnia, że są ?czyści?, ale sugeruje, że jednak coś się zmieniło. Tym bardziej, że szeroko pojęty sprzęt (a więc nie tylko rowery, ale również buty, kaski, stroje i cała reszta technologii, które zawodnicy mają do dyspozycji) jest coraz doskonalszy.

    Koniec człowieka

    Z coraz większym zażenowaniem słucham komentarzy (głównie wspomnianego we wstępie Krzysztofa Wyrzykowskiego), w których zwracana jest uwaga na ?mało soczyste? ataki liderów. Na to, że faworyci się czają, nie przeprowadzają zdecydowanych akcji i brzydko się męczą. Zakładając, że wyczynowy sport nadal uprawiają wyselekcjonowne, wybitne jednostki o najwyższych z możliwych parametrach fizjologicznych, bez substancji, które pozwalają przekroczyć próg ludzkich możliwości o 7% (a o tyle robi to EPO) nikt nie jest w stanie po 200km w górach włączyć ?szybkiego młynka? i upokorzyć rywali.

    Greg Lemond wielokrotnie zwracał uwagę na fakt, że zawodnicy na finałowych podjazdach alpejskich etapów te granice przekraczają. Uzyskiwane czasy, średnia prędkość podjeżdżania (VAM) a co za tym idzie szacowana moc wprost wskazywały na zawyżone VO2max a co za tym idzie manipulację krwią. Sam Lemond zresztą przestał odnosić sukcesy w zawodowym peletonie, gdy do głosu doszła ?generacja epo?. Koniec ?touru dwóch prędkości? zauważalny stał się dopiero rok temu – po niemal równo dwóch dekadach! W tym roku, mimo kontrowersyjnej dominacji grupy Sky proces trwa. Brytyjczycy nie przekraczali granic przyzwoitości , kluczowe wzniesienia pokonywali w możliwym do osiągnięcia bez wspomagania tempie. Oczywiście wciąż pozostaje wiele pytań, np. to, jak możliwe jest generowanie mimo wszystko bardzo wysokiej mocy będąc tak estremalnie ?wycieniowanym? jak Bradley Wiggins, jednak różnica w obecnych osiągach i tych sprzed raptem pięciu lat jest wyraźna. W imię nawet częściowego oczyszczenia dyscypliny warto zaakceptować, że kolarze są słabsi, brzydko się męczą i nie atakaują w sposób wystarczająco wyrafinowany.

    Wielki wstrząs

    To, czego brakuje mi najbardziej, to jasnego nazwanie sprawy po imieniu. ?Nie bójmy się słów?. Miękkie stanowisko wobec tego, co się działo nie sprawi, że zło było mniejszym złem. Do pewnego stopnia mam nawet nadzieję, że cytat z Tomasza Jarońskiego  ?Wokół wszystkich kolarzy, którzy w tej epoce, nazywanej nawet epoką EPO (od nazwy środka dopingującego ? przyp. red.), krążyły jakieś nieprzyjemne opinie. Życie pokazało, że faktycznie coś wtedy było nie w porządku, skoro od momentu, gdy EPO stało się możliwe do wykrycia, osłabły wyniki osiągane przez kolarzy. Zmienił się cały sposób ścigania się. Dziś nie ma już kolarzy herosów, a wtedy było ich bardzo dużo?  to pomyłka.

    ?Coś było nie w porządku?? Proooszę…

    W ?epoce EPO? i postaci Lance?a Armstronga nie chodzi bowiem o samo niedozwolone wspomaganie i przestępstwo, które – jako jedyni – Włosi nazywają po imieniu ?sportowym oszustwem?. Owszem, kolarstwo zawodowe, to sport u swoich korzeni z założenia komercyjny a przy tym ekstremalnie wymagający, zatem od początku miało ciągoty do dopingu. ?Brali? Coppi, Anquetil, Merckx. Zinstytucjonalizowany system nielegalnej zmiany parametrów fizjologicznych przyszedł jednak do kolarstwa dopiero pod koniec lat ?80 XXw, gdy do grona zawodowców zaczęli wchodzić przesiąknięci takimi praktykami atleci z bloku wschodniego, głównie NRD i ZSRR. Wszystko później (wygrana Riisa – ?pana 60%?, upadek i śmierć Marco Pantaniego czy afera Festiny) było tylko konsekwencją, którą w kolejnych ekipach Armstronga doprowadzono do perfekcji.

    Teksańczyk połączył akceptowane w owym czasie przez środowisko kolarskie metody dopingu ze sposobami, w jakie z konkurencją rozprawiają się wielkie korporacje. Nic dziwnego, że Lance na wiele lat związał się z marką Nike, która znana jest z bezwzględnego dążenia do celu, łamania norm etycznych, czy nawet praw człowieka. To samo Nike wspierało również antybohaterów skandalu BALCo a obecnie nie zamierza wycofywać się z umowy z Armstrongiem. Ekipa US Postal (a później Discovery i RadioShack) była globalnym tworem zaprogramowanym na wzór najbardziej skutecznych korporacji. Kto podporządkował się ?firmie Armstronga?, był lojalnym i wiernym giermkiem, mógł liczyć na wsparcie i opiekę. Jaroslav Popovych czy Andreas Kloden to bardzo dobre przykłady tych, którzy  mimo licznych kontrowersji uchowali się przed antydopingową nagonką.

    Jeśli natomiast istniała szansa, że Lance może mieć z kimś problem – kupował go. Wielu groźnych rywali wcześniej czy później trafiała do jego ekipy a gdy po pewnym czasie szukali własnych ambicji, kończyli marnie (Landis, Hamilton, Heras). Rozterek moralnych Lance nie miał także wtedy, gdy chodziło o kwestie rozliczenia ze swoimi pomocnikami. Na koniec wreszcie, z niejasnych powodów (prawdopodobnie by przekupić władze federacji) przelewał pieniądze na konto organizacji, której zadaniem było kontrolowanie jego poczynań (czyli UCI).

    Co do samego dopingu i decyzji USADA o dyskwalifikacji i dożywotnim zawieszeniu chcę zwrócić uwagę na aspekt, który nie łączy się stricte z wynikami sportowymi. Lance Armstrong, jako twarz kolarstwa pierwszej połowy XXIw do końca twierdził, że jest ?czysty?. Z drugiej strony swoim nazwiskiem firmował bezwzględną organizację, która nastawiona była na osiąganie zwycięstw bez względu na koszty. O tym, w jaki sposób zinstytucjonalizowany doping niszczy kariery a nawet życia młodych ludzi mówią w wielu wywiadach byli, ?skruszeni? doperzy, m.in David Millar a ostatnio Johnatan Vaughters.

    W kontekście tego, ilu zawodników straciło zdrowie przez doping lub przerwało kariery z powodu braku wyników, gdy nie chcieli wstąpić na ciemną stronę mocy, fakt, że Lance spektaktularnie atakował, pięknie siedział na rowerze i był wielkim mistrzem nieco traci na znaczeniu. Również inspiracja, jaką dawał wielu ludziom do uprawiania sportu staje się dyskusyjna. Ba, nawet ze swoim współpracownikiem, Chrisem Carmichaelem przekonywał w książkach o treningu, że można być takim jak on! Nie dziwi mnie więc, dlaczego tak wielu fanów nie jest w stanie pogodzić się ze smutną prawdą. Sytuacja, w której wizerunek idola sypie się w gruzy musi być niezmiernie przykrym momentem wywołującym poważny dysonans.

    Na koniec, nawiązując jeszcze raz do wypowiedzi Tomasza Jarońskiego chcę jasno powiedzieć: jeśli herosi i bohaterowie byli ?wtedy? a obecnie są tylko ?zwykli kolarze?, zdecydowanie wybieram kibicowanie tym zwykłym, szarym i nudnym. Lance Armstrong nie był zawodnikiem, który incydentalnie popełnił błąd, czy też ?przekroczył granicę?. Był sportowcem i biznesmenem, dla którego granice, zwłaszcza te etyczne, programowo nie istniały. Jednoosobową korporacją, działającą w oparciu o własne zasady i zawłaszczającą kolejne elementy otaczającej ją rzeczywistości.

  • Wyniki z gwiazdką

    Z pewnością to nie koniec sagi, ale pewien etap w historii kolarstwa właśnie się zakończył. Lance Armstrong oświadczył, że nie będzie składał wyjaśnień przed Amerykańską Agencją Antydopingową (USADA). W ten sposób, pośrednio, przyjął, że stawiane mu zarzuty są prawdziwe.

    Nie wiadomo, czy w ten sposób Armstrong chce uniknąć przykrego i kompromitującego odkrycia dowodów świadczących o tym, że w latach 1999-2010 nie tylko stosował niedozwolone środki wspomagające, ale też współorganizował zinstytucjonalizowany proceder w grupach US Postal, Discovery, Astana i RadioShack. Nie wiadomo też, jakie będą losy jego wieloletnich współpracowników, w tym Johana Bruynella, dyrektora sportowego wspomnianych ekip. Dość powiedzieć, że np. Pepe Marti (lekarz Alberto Contadora) oraz Michele Ferrari (słynny ?doktor zło?, który w latach ?90 polecał kolarzom EPO i opiekował się Armstrongiem) dożywotnio stracili prawo wykonywania zawodu!

    Lance Armstrong jedzie po zwycięstwo na Alpe d'Huez podczas Tour de France 2001

    Lance Armstrong jedzie po zwycięstwo na Alpe d’Huez podczas Tour de France 2001 ? Wikimedia commons, domena publiczna

    Niepewna i niejasna jest również przyszłość historycznych tabel zawierających zwycięzców Tour de France. Precedensowa sprawa Bjarne Riisa, który przyznał się do stosowania wspomagania EPO przy wygrywaniu ?Wielkiej Pętli? w 1996r a równocześnie zachował zwycięstwo sugeruje, że tak może pozostać. Właściwie wystarczyłoby oznaczyć wyniki z lat 1991-2006 gwiazdką z adnotacją, że w tym okresie kolarze powszechnie i intensywnie się dopingowali. Argumentem jest lista rekordów słynnego podjazdu Alpe d?Huez, gdzie 19 z pierwszych 20 rezultatów pochodzi właśnie z tego okresu. Obecnie, po wdrożeniu nowoczesnych testów oraz systemu „paszportów biologicznych” na kluczowe wzniesienia kolarze wspinają się w tempie porównywalnym z tym, w jakim robili to ich poprzednicy w latach osiemdziesiątych.


    Apogeum kariery Lance’a Armstronga i „epoki EPO”. Słynny atak na Alpe d’Huez (1:49). Każdy z zawodników czołówki stosuje doping.

    Prywatnie odczuwam sporą satysfakcję z deklaracji, jaką złożył Armstrong. Choć sam zawodnik czuje się pokrzywdzony, odmową złożenia wyjaśnień zamyka pewną epokę. Jeszcze zimą, gdy Jeff Novitzky nie był w stanie udowodnić amerykańskiemu kolarzowi wykorzystywania publicznych pieniędzy do zorganizowania systemu dopingowego w grupie US Postal byłem rozczarowany. Wydawało się, że, wbrew wielu przesłankom, Armstrong zostanie uznany na zawsze jedynym sprawiedliwym wśród grona rywali-oszustów. Do ostatecznej decyzji sportowych organów dyscyplinarnych pozostało jeszcze sporo czasu i sporo może się wydarzyć. Wiedząc jednak, że USADA chce uznać go za winnego a sam Lance się na to godzi, Teksańczyk przestaje być ikonicznym herosem, ale mając na swoim koncie siedem triumfów w Tour de France pozostaje primus inter pares.

    Paradoksalnie to właśnie po odebraniu mu zwycięstw, uznaniu przynależności do pewnego pokolenia, można w pełni docenić jego osiągnięcia. W tym momencie nie ma wątpliwości: skoro w grze o znanych regułach był najlepszy, to znaczy, że po prostu był najlepszy. Aczkolwiek wzoru sportowego idola proponuję szukać wśród innych postaci.

    Chronologię okołodopingowych perypetii Armstronga w skrócie przedstawia szosa.rowery.org, podobnie jak listy wyników z adnotacjami dotyczącymi dopinguz lat 1999-2005.

    Tekst pierwotnie opublikowany w portalu natemat.pl 24.08.2012

  • Wyścig po odkupienie

    Wracający z banicji Hiszpanie: Alberto Contador i Alejandro Valverde scierają się na trasie swojego narodowego touru. Gra toczy się o wysoką stawkę. Nie tylko o sportową przyszłość, ale też o serca kibiców.

    To nie jest najbardziej oczekiwany pojedynek tegorocznej Vuelta a Espana. Rywalizacja ?Clenbuterol? – ?Piti? ma za to o wiele więcej podtekstów niż typowe kibicowanie faworytom: Rodriguezowi i Froome?owi. Zapomnę na chwilę o zawodniakach Sky i Katushy by skupić się na innej historii: dwóch hiszpańskich kolarzy w podobnym punkcie kariery.

    Gdy jeszcze mało kto słyszał o Alberto Contadorze, Alejandro Valverde był już ?cudownym dzieckiem? iberyjskiego sportu. Doświadczający pustki na pozycji faworyta wielkich tourów po odejściu Miguela Induraina Hiszpanie doczekali się kolarza kompletnego. Szybki, wytrzymały, skuteczny w górach, jako dwudziestotrzylatek brylował na trasie Vuelta a Espana 2003. Wygrywał etapy i zajął znakomite, trzecie miejsce w klasyfikacji generalnej. Rok później powtórzył swój sukces, do tego świetnie sprawował się w mniejszych, ale prestiżowych wyścigach. Gdy ekpia Kelme upadła, znalazł zatrudnienie u Euzebio Unzue, twórcy sukcesów wspomnianego Induraina i od razu, debiutując w Tour de France, wygrał górski etap, pokonując na finiszu Lance?a Armstronga. Był to dla niego rodzaj przekleństwa. Od tego momentu w każdym z wielkich tourów stawiany jest w roli murowanego faworyta. Po triumf sięgnął tylko raz. Mając 29 lat (2009r) triumfował w ?swojej? Vuelcie.

    Valverde, tak jak wielu innych kolarzy, odnoszących sukcesy w pierwszej dekadzie XXIw został naznaczony piętnem dopingu. Niewątpliwie utalentowany i błyskotliwy zawodnik stał się ofiarą połączenia talentu, sukcesu oraz systemu, w którym funkcjonował. Być może najlepsze lata kariery spędził na walce nie z rywalami na szosie a z władzami federacji kolarskiej oraz służbami dopingowymi. Jeżdżąc w ekipie Kelme, gdzie lekarzem był niesławny hematlog, Eufemiano Fuentes (z którego usług korzystali najwybitniejsi kolarze epoki) trafił w wir niedozwolonego wspomagania na najwyższym poziomie zaawansowania. Długo zaprzeczał, ale parol zagięli na niego Włosi, którzy na bazie próbek pobranych podczas wizyty peletonu Tour de France w ich kraju porównali DNA Valverde z próbkami znalezionymi w laboratorium Fuentesa. Po długiej batalii, wielu miesiącach z ograniczoną możliwością startów Valverde ostatecznie został odesłany na dwuletnie, przymusowe wakacje. W tym czasie uczciwie trenował, pod koniec zawieszenia, częściowo incognito, startował w wyścigach amatorskich, cały czas ciesząc się wsparciem ze strony swojego pracodawcy: drużyny Movistar. W sezon 2012 wszedł mocno, w swoim stylu walcząc na trasach tygodniowych etapówek by w lipcu triumfować na jednym z etapów Tour de France. Co jest istotne, Valverde, znany również jako ?Piti? (imię psa, pod którym figurował w notatkach Fuentesa) nie miał nigdy pozytywnego wyniku kontroli antydopingowej a ukarany został na podstawie zgromadzonych dowodów świadczących o jego uczestnictwie w takim procederze.

    Alberto Contador, Alejandro Valverde

    Alberto Contador, Alejandro Valverde ? Fot. VirtKitty Wikimedia Commons, CC BY SA 3.0, Ludovic Péron, Wikimedia Commons, CC BY SA 3.0

    Sprawa Contadora jest na tyle kontrowersyjna i głośna, że trafiła nawet do mainstreamowych mediów. W obliczu dyskwalifikacji i odebrania dwóch zwycięstw w wielkich tourach przeszłość ?El Pistolero? chowa się w cieniu. Trzeba jednak pamiętać, że tak jak Valverde, Contador również poznał Eufemiano Fuentesa. Ścigając sie w ekipie Liberty Seguros miał od hiszpańskiego ?doktora zło? przyjmować jedynie plany treningowe a nie transfuzje i EPO. Taką wersję przyjął sędzia Serrano prowadzący dochodzenie „Operation Puerto”, który sprawę skrzętnie zamiótł pod dywan i umożliwił wschodzącej gwieździe rodzimego kolarstwa na wygranie czterech wielkich tourów (2x Tour de France, po razie Giro d?Italia i Vuelta a Espana). W międzyczasie kolarstwo nieco się zmieniło a Contador wygrywał nadal. Trudno stwierdzić dlaczego, ale w precyzyjnym planie ktoś mimo wszystko popełnił błąd. Również na Contadora znaleziono stosowne dowody i musiał on na pewien czas odpokutować za swoje winy.


    Podczas dyskwalifikacji Alberto Contador trenował i budował swój wizerunek uczestnicząc w reklamach.

    W przeciwieństwie do Valverde, przerwę od ścigania miał krótszą, bo zaledwie półroczną. Ponieważ miał pozytywny wynik testu antydopingowego, anulowano rezultaty, które uzyskał od dnia feralnej kontroli. W ten sposób skrócono realny czas nieobecności w peletonie. Jego dyrektor sportowy obdarzył go zaufaniem, utrzymał na etacie i postawił jasny cel: kilka tygodni po powrocie z banicji Contador ma wygrać Vueltę. W ten sposób po raz pierwszy będzie mierzył się z Alejandro Valverde na niemal równych prawach.

    Choć teoretycznie ma pomagać ubiegłorocznemu triumfatorowi: Juanowi Jose Cobo, to właśnie Valverde jest naturalnym rywalem Contadora. Cały sezon ma dobry a od lipca i Wielkiej Pętli jego forma rośnie. Z kolei Alberto wydaje się nie odczuwać skutków dyskwalifikacji, z ochotą walczył w niesprzyjającym mu terenie podczas niderlandzkiego Eneco Tour.

    Nie tylko wynik sportowy zadecyduje o dalszych losach obu bohaterów. Styl, gesty, wypowiedzi, każdy element ich wizerunku będzie uważnie śledzony. W międzyczasie wiele się bowiem zmieniło. Peleton jeździ inaczej, kto inny w nim rządzi. Jeszcze niedawno zastanawiałbym się, jak bardzo Contador zdominuje wyścig i czy Valverde będzie w stanie uszczknąć dla siebie coś poza kilkoma zwycięstwami etapowymi. Tymczasem Joaquim Rodriguez i Chris Froome to zawodnicy, którzy w tym roku zajęli drugie miejsca w dwóch kolejnych wielkich tourach i to oni mogą powstrzymać byłych dopingowiczów. Tegoroczna Vuelta jest więc swoistym testem talentu Contadora i Valverde. Ich rywale są przedstawicielami innej generacji. Froome reprezentuje barwy stawiającej na ?czystość? drużyny Sky (choć ich dominacja zaczyna wzbudzać podejrzenia). Rodriguez nigdy nie miał wpadki a brak sukcesów w wielkich tourach mimo niewątpliwych predyspozycji wskazuje na to, że raczej stronił od nielegalnego wspomagania. Jeśli więc Alberto lub Alejandro w takich warunkach i pod wielką presją ze strony mediów i kibiców zdołają osiagnąć sukces, będzie to świadczyło, że faktycznie są wielcy. Grzechy z ?Epoki EPO? zostaną odkupione.

    Tekst pierwotnie opublikowany w portalu natemat.pl 22.08.2012

  • A w mtb nic się nie zmieniło

    Doceniam znakomite, siódme miejsce Aleksandry Dawidowicz. Podobnie jak ambitną postawę Marka Konwy. Nie do końca udany występ Pauli Goryckiej i Piotra Brzózki również nie jest tragedią. Reprezentanci kolarstwa górskiego, mimo przykrego zamieszania wokół kadry przed Igrzyskami zaprezentowali się dobrze. Zatem personalnych rozliczeń nie będzie.

    Histeria wokół powołań do Londynu sięgnęła apogeum przy okazji mistrzostw Polski rozgrywanych w Kielcach. Los bywa kapryśny i kontuzja Mai Włoszczowskiej umożliwiła wyjazd na Igrzyska Pauli Goryckiej, choć realnie nie była do niego do końca przygotowana. Nie tylko ze względu na fakt, że dowiedziała się o starcie na trzy tygodnie przed nim. Przede wszystkim brak jej doświadczenia w rywalizacji ze światową elitą.

    Aleksandra Dawidowicz była na wyjątkowo trudnej pozycji: tej zawodniczki, która w przedolimpijskich, medialnych starciach zabrała potencjalne miejsce Goryckiej. Z drugiej strony prezentowała przez cały sezon stabilną formę, co jak pisałem przed Igrzyskami dawało jej szansę na obronę dziesiątej lokaty z Pekinu. Pomimo kontuzji Włoszczowskiej, będąc nadal pod baczną obserwacją czyhających na podknięcia krytyków, Dawidowicz pojechała znakomicie. Siódme miejsce w międzynarodowym wyścigu elity najwyższej rangi to rodzaj jej rekordu życiowego. A gdzie, jeśli nie na Igrzyskach jest miejsce na poprawę własnych najlepszych osiągnięć?

    Paula Gorycka, mimo przedstartowych zapowiedzi trenera Piątka pojechała ?słabo?. A raczej, jak sądzę, na tyle, na ile było ją w zaistniałych okolicznościach stać. Abstrahując przy tym od szumnych zapowiedzi i wizerunkowych sporów chcę zwrócić uwagę na dwa fakty.

    Pierwszy to ten, że do Londynu wysłalismy młodzież. Aleksandra Dawidowicz ma dwadzieścia pięć lat, Piotr Brzózka dwadzieścia cztery (czyli są odpowiednio w trzecim i drugim roku kategorii seniorskich), Marek Konwa (który mimo defektu zajął niezłe, 16. miejsce) dwadzieścia dwa, podobnie jak Paula Gorycka. Cieszy sytuacja, w której tak młodzi kolarze są w stanie rywalizować z elitą. Owszem, nie są jeszcze na takim poziomie, by walczyć o najlepsze lokaty, ale to wciąż do nich może należeć przyszłość.

    Drugi jest nieco mniej napawający optymizmem. Złota medalistka Julie Bresset ma 23 lata a na koncie, poza złotem z Londynu, wygraną rok temu klasyfikację generalną Pucharu Świata! Jedno miejsce przed Dawidowicz zajęła (młodsza od niej o rok) Szwedka Aleksandra Engen, tuż za Polką uplasowała się Brytyjka Annie Last – zaledwie dwudziestojednoletnia. Wśród mężczyzn piąte miejsce do mety dowiózł Burry Stander: dwudziestopięciolatek z RPA, a srebro i złoto zajęli Czech Jaroslav Kulhavy (lat dwadzieścia siedem) i Szwajcar Nino Schurter (26 l.). Co ważne, zarówno Kulhavy, Stander jak i Schurter seniorskie sukcesy odnoszą już od kilku sezonów.

    Największe gwiazdy rozpoczynają więc kariery z dużo wyższego poziomu niż nasza zdolna młodzież. Nie przekreśla to oczywiście szans Goryckiej czy Konwy i nie uprawnia do deprecjonowania ich talentu. Wskazuje za to na coś zupełnie innego.

    Choć od dłuższego czasu w większości żyjemy w poczuciu, że kolarstwo górskie to dyscyplina, w której jesteśmy mocni, jest ono złudne. Nie mamy, tak jak Szwajcarzy czy Francuzi szerokiej kadry, w której zawodnicy mogą, jeśli nie zastępować się nawzajem, przynajmniej walczyć o miejsca w czołówce (po wycofaniu się Juliena Absalona najlepszy z Francuzów był 11., jadąca za Włoszczowską Gorycka 22.; Czesi w top15 zmieścili 3 zawodników, Hiszpanie dwóch w dziesiątce). Nie mamy również ciągłości szkolenia. Po kończącym karierę Marku Galińskim (38 lat) kolejny kolarz, który ma szansę na podobne wyniki to Marek Konwa. Wśród pań jest podobnie: Włoszczowska, Szafraniec i Sadłecka są koło trzydziestki, typowana na ich następczynię Gorycka nadal jest w kategorii młodzieżowej.

    Zatem fajnie i miło, że zdarzają nam się sukcesy, ale realnie rzecz ujmując, są one bezpodstawne (tym większe uznanie dla indywidualnego wysiłku zawodników, ale nie o to chodzi!). Co więcej, zmiana, która zaszła na stanowisku trenera kadry jest pozorna. Obecnie zawodniczkom lepiej pracuje się z Markiem Galińskim, natomiast trzeba przypomnieć, że dobrze pracowało im się również z Andrzejem Piątkiem (bez względu na rewelacje, które zapowiada Maja Włoszczowska, warto zapoznać się z archiwalnymi wywiadami). Nie mając rozwiązań systemowych wyobrażalna jest sytuacja, gdy dojdzie do kolejnych problemów, ponieważ co do zasady wszystko jest po staremu.

    O tym, że jest tak samo, albo nawet gorzej niech świadczy przykład kolarzy torowych. Jeśli wyznacznikiem poziomu dysycpliny są Igrzyska Olimpijskie, nasi torowcy mieli lepsze rezultaty zanim powstał Słynny Obiekt w Pruszkowie. Powoływani obecnie przy każdej okazji jako przykład Brytyjczycy na dublet w Tour de France i dwanaście medali olimpijskich pracowali szesnaście lat. Też mają tor, ich najlepsza grupa zawodowa również ma tego samego sponsora co kadra olimpijska. Co więcej, cały projekt nie zaczął się wiele wcześniej niż pojawiły się pierwsze znaczące sukcesy naszych kolarek górskich. Ba, główny animator ekipy Sky, rządzącej zawodowym peletonem, to ten sam człowiek, który tworzył projekt ?British Cycling?. Podobieństw jest więc sporo. Tyle, że sukces osiągnięto w zupełnie inny sposób: czymś więcej niż zmianami trenera za trenera czy prezesa za prezesa.

    Tekst pierwotnie opublikowany w portalu natemat.pl 14.08.2012

  • Gorycka vs Dawidowicz: medialna histeria

    Gorycka vs Dawidowicz: medialna histeria

    Nieobecność Mai Włoszczowskiej i Aleksandry Dawidowicz na kieleckich mistrzostwach kraju w XCO to apogeum histerii wokół kadry olimpijskiej i polityki Polskiego Związku Kolarskiego. Związkowi miażdżąca krytyka należy się jak najbardziej, podobnie jak konstruktywne propozycje zmian. Histeria, wyrażona m.in. bannerem o kibicowaniu Pauli Goryckiej, w istniejących realiach jest kompletnie bez sensu.

    Poniższy tekst, co ważne, to jedynie zbiór hipotez i sugestii, które można wyciągnąć na podstawie ogólnodostępnych faktów. Publikuję go z czystej ciekawości, czy ktoś jest skłonny zgodzić się z takim tokiem myślenia.

    Na początku trzeba nieco się rozejrzeć i spojrzeć nie tylko na sytuację teraźniejszą, ale i w przeszłość. W przypadku kolarstwa górskiego de facto nigdy nie było ?Projektu Londyn?. Od sezonu 2007 praktycznie jedynym projektem jest ?Projekt Maja?. Już przed Pekinem postawiono wszystko na medal Mai Włoszczowskiej, m.in. w imię tego na Igrzyska pojechała Aleksandra Dawidowicz. Wówczas zdolna orliczka i, co ważne, przyjaciółka Mai. Nie wnikając w kulisy i plotki, istotne w tym wszystkim jest jedno. Maja była przygotowana rewelacyjnie, miała zapewnione optymalne warunki, zarówno sportowe jak i pozasportowe. Zdobyła medal a Dawidowicz przyjechała dziesiąta.

    Dziesiąte miejsce na Igrzyskach Olimpijskich brzmi dumnie, prawda? Trzeba przyznać, że młodsza z Polek pojechała bardzo dobry wyścig. Równocześnie należy pamiętać o dość istotnym fakcie. Na IO startuje wyraźnie mniej zawodników, w tym zawodników z czołówki niż podczas imprez Pucharu Świata. Nie zmienia to jednak sytuacji, że ?dycha? na IO to imponujący wpis w CV, na bazie którego można próbować budować dalszą karierę, szczególnie będąc młodym zawodnikiem. Zwłaszcza w kraju, gdzie szeroko pojęta kultura sportu stoi na tak niskim poziomie jak u nas, wynik przywieziony z Igrzysk daje dużo więcej niż regularnie potwierdzana dyspozycja na prestiżowych, ale mniej eksponowanych imprezach. Z drugiej strony przykład odejścia marki Halls od sponsorowania grupy kolarskiej po świetnym wyniku obu reprezentantek w Pekinie pokazuje, że nie wszystko jest tak oczywiste, jakby się wydawało. Sytuacja, w której srebrna medalistka po największym sukcesie w karierze – i z perspektywą na kolejne – traci sponsora powinien być zapisany w podręcznikach marketingu jako przykład perfekcyjnego strzału w stopę.

    W każdym razie, przy okazji szans na dobry wynik w Londynie, trzeba pamiętać, że przed taką szansą stoją teraz nie tylko panie, ale też Marek Konwa i Piotr Brzózka.  Choć obaj są młodzi a wśród mężczyzn czołówka jest szersza i bardziej wyrównana, także tam najsilniejsze reprezentacje (np. Szwajcarzy) muszą prowadzić ciasną selekcję i rezygnować z wystawienia wielu znakomitych kolarzy. Zatem sporo miejsc na zapleczu ściśle pojmowanej szpicy się zwalnia i można spróbować o nie powalczyć.

    Aby jednak unikać dygresji, wracam do właściwego tematu. Po rewelacyjnym wyniku obu Polek w Pekinie wiadomo było, że jeśli nie wydarzy się nic niespodziewanego, zarówno Maja jak i Ola są murowanymi kandydatkami do występu w Londynie. Jeśli chodzi o Maję, sytuacja jest jasna. W tym momencie trudno mówić o niej jako ?najlepszej polskiej kolarce?, ponieważ Włoszczowska jest kilka poziomów wyżej. To gwiazda światowego mtb, medalistka olimpijska, mistrzyni i multimedalistka mistrzostw świata. Jedyne, czego jej brakuje w portfolio to przejeżdżonego na wysokim poziomie całego sezonu w Pucharze Świata, ale i na to ma jeszcze czas, wszak ciągle jest młoda! W tym miejscu trzeba jasno zaznaczyć: Maja do Londynu jedzie walczyć o złoto. Dla sportowca tej klasy i z takim dorobkiem brak medalu będzie porażką. Taką jak choćby dla Rafaela Nadala odpadnięcie z tegorocznego Wimbledonu. To nie jest ?wywieranie presji?. To konsekwencja bycia czołową specjalistką imprez mistrzowskich w ostatniej dekadzie!

    Jeśli zaś chodzi o Dawidowicz, to sytuację można porównać do walki bokserskiej o tytuł mistrza świata. By zdobyć pas, pretendent musi być wyraźnie lepszy od aktualnego czempiona. Chcąc jak najbardziej uniknąć przykrych i niepewnych argumentów osobistych należy przyznać jedno. Żadna z zawodniczek w sezonach 2009-2012 nie weszła na dłużej na wyraźnie wyższy poziom sportowy od Aleksandry Dawidowicz. Trudno mówić ?co by było gdyby? Anna Szafraniec miała mniej pecha i unikała kontuzji. Te się jej jednak przytrafiały więc argumentów zabrakło.

    Elementem nieprzewidywanym, choć nie do końca, we wcześniejszym planie było pojawienie się Pauli Goryckiej. Zawodniczki z pewnością utalentowanej i pracowitej, która? no właśnie, która kontynuuje dobre tradycje w rodzimym XCO ? wydaniu kobiecym. Nasze juniorki i orliczki niemal od początku obecności tej dyscypliny w Polsce, szybko sięgają po dobre rezultaty na arenie międzynarodowej. Gorycka jest kolejną z nich, być może już wkrótce następczynią i rywalką Włoszczowskiej. O tym przekonamy się w nadchodzących latach, wszak to dopiero Maja wchodzi w najlepszy wiek dla kolarza a Paula ledwie co kończy przygodę ze ściganiem w kategoriach młodzieżowych.

    I znów, abstrahując od niezmiernie skomplikowanych kwestii osobistych, również w tym przypadku trudno znaleźć argument, by to Paula a nie Ola jechała do Londynu.  Zawodniczce, która ma realne szanse na obronę dziesiątej lokaty (regularne miejsca w okolicach 20. na Pucharze Świata dają szansę na top10 IO) przeciwstawiana jest zdolna i perspektywiczna, ale ciągle ?orliczka?. Realnych argumentów brak poza jednym z gatunku ?a może by dać jej szansę?.

    Na koniec wreszcie dwie sprawy, które podgrzały opinię publiczną w ostatnich tygodniach: Mistrzostwa Europy i Mistrzostwa Polski. Z Moskwy Gorycka przywiozła srebro w U-23, Włoszczowska i Dawidowicz pojechały w elicie ? jak na nie – kiepsko. Trzeba w tym miejscu pamiętać, że prestiż Mistrzostw Europy, szczególnie w roku olimpijskim, do tego rozgrywanych na dwa miesiące przed kluczowym startem sezonu jest dyskusyjny. Tym bardziej w momencie, w którym większość federacji zakończyła już selekcję. Podobnie sprawa wygląda z mistrzostwami kraju. Być może nieobecność olimpijek to zabieg taktyczno-psychologiczny by uniknąć konfrontacji. Tyle, że do IO pozostał miesiąc i niekoniecznie oznacza to, że kadra musi w tym czasie startować i cokolwiek komukolwiek udowadniać. Rozliczenie przygotowań przyjdzie po Londynie. Odpuszczenie startu, który miałby wyłącznie charakter treningowy jest jak najbardziej wytłumaczalne.

    Po argumentach racjonalnych czas na pytania i komentarz. O skandalicznych kulisach prezentowania systemu kryteriów selekcji do kadry IO wszyscy wiemy. Ba, wspominają o nich nie tylko niszowe, rowerowe media, ale także mainstream: np. onet czy gazeta.pl. Trzeba jasno powiedzieć: pojawienie się kryteriów zostało wymuszone na związku przez wspomniane, głównie niszowe media rowerowe. Kryteria od początku bzdurne, skandaliczne i oderwane od rzeczywistości, które zrobiły więcej złego niż dobrego. Pardon, zyskał na tym Marek Konwa, który by je wypełnić ścigał się w Pucharze Świata elity, dzielnie zbierał punkty na innych, prestiżowych imprezach, dzięki czemu jest obecnie na 24 miejscu w rankingu UCI elity (przez chwilę był nawet 19.). Jak odbije się to na jego dalszej karierze ? nie wiadomo, miejmy nadzieję, że w dłuższej perspektywie rozwinęło go to a nie ?zabiło?. Wszak, podobnie jak Gorycka nominalnie wciąż jest ?młodzieżowcem?! Paula nie poszła jego śladem i choć również regularnie ścigała się w Pucharze, to jednak nie z elitą a z orliczkami (co wykluczyło ją z walki o miejsce w kadrze na Londyn). Pojawia się wątpliwość podobna co w przypadku Marka: czy nie spowolniło to jej rozwoju, ale z drugiej strony czy nie jest to jednak bardziej naturalna i zdrowa droga.

    Co ciekawe, istniejący system (bez oficjalnych minimów, kryteriów, standardów) skutecznie funkcjonował przez lata. Dopiero gdy Maja Włoszczowska, grupa CCC i Polski Związek Kolarski zrezygnowali z usług Andrzeja Piątka, ten upomniał się o swoje w realiach, które sam współtworzył i które w sytuacji monopolu, gdzie odgrywał istotną rolę, sprawdzały się znakomicie. Ponieważ były wyniki a nie było wystarczająco zdeterminowanych chętnych, by ów system rozbić, nikt nie zwracał uwagi na istniejącą patologię, której przykładem była wspomniana na samym początku selekcja na IO w Pekinie. Czemu wszystko działało tak a nie inaczej? Trudno stwierdzić, ale obecnie widać jak zdolnym PRowcem jest Andrzej Piątek. ?Rozwód? z Włoszczowską, CCC i  PZKol właściwie wygrał, zdobywając sympatię mediów i kibiców. Podobnie wygląda sprawa z eliminacjami olimpijskimi, czego ostatecznym wyrazem jest banner na kieleckich mistrzostwach (choć sam w sobie jest słaby i kojarzy się co najwyżej ze szkolnymi przezywankami ). Niestety, mimo teoretycznych zmian w Polskim Związku Kolarskim wszystko pozostało po staremu. Problemy i niejasności jak były, tak są, nie tylko wokół kadry mtb, ale również szosowej czy torowej.

    Tak czy  inaczej, tego, co się stało zmienić już się nie da. Do Londynu jadą Włoszczowska oraz Dawidowicz, z czym merytorycznie trudno polemizować. Natomiast smród, jaki powstał wokół będzie unosił się jeszcze długo.  Do Igrzysk w Rio droga daleka. Do tego czasu możliwa jest sytuacja, że pretendentów do kadry będzie więcej. Nie tylko wśród kobiet jak i wśród mężczyzn. To ważne, bo tym razem, choć nasi reprezentanci są bardzo młodzi, byli pewniakami. A co gdyby kilka dobrych wyników zdobył choćby ścigający się w Norwegii Maciej Dombrowski? Albo z formą wystrzelił ktoś z drugiego szeregu. Też musiałby zmagać się z ogłoszonymi post-factum kryteriami?

    Cross country wydaje się odradzać. Pojawiają się wyścigi wyższej kategorii, trasy zaczynają znów być wymagające. Rośnie zainteresowanie zawodników, za nimi podążają rowerowe media. Jest szansa, że wkrótce znów wyrosną perspektywiczni zawodnicy. Należy pamiętać, że Włoszczowska, Dawidowicz, Szafraniec, Konwa czy Brzózka zaczynali swoją przygodę na Grand Prix MTB Lang Teamu, zanim jeszcze wyścigi te stały się karykaturą samych siebie.

    Co można zatem zrobić w takiej sytuacji? Np. przetestować system kryteriów przy okazji przyszłorocznych mistrzostw świata. Ogłosić je, dajmy na to w listopadzie a następnie konsekwentnie zrealizować. Można przy tym m.in. zastanowić się nad tym, czy warto zmuszać młodzieżowców do rywalizacji z elitą. A także nad wieloma innymi sprawami, ale myślę, że są tęższe głowy niż moja, które są w stanie podjąć odpowiednie decyzje :-)

    Ważne, by ta opcja, która zostanie wybrana była realizowana konsekwentnie i zgodnie z poszanowaniem jeśli nie prawa, to choćby dobrych obyczajów. Bo póki co właśnie tego ostatniego elementu zabrakło najbardziej.