Od kilku sezonów regularnie, kilka razy w roku startujemy u naszych południowych sąsiadów. Bez względu na to, czy są to zawody XC czy maraton i bez względu na to, jaki jest efekt naszego uczestnictwa w wyścigu, ze Słowacji wracamy w dobrym nastroju. Dlaczego?

Maraton Marikovskou Dolinou trzeci rok z rok z rzędu jest jednym z naszych pierwszych startów. Wygląda na to, że powolne wchodzenie w sezon dobrze nam robi. Jazda bez presji w przyjaznej atmosferze na wyścigu, który jest wymagający, ale nie hardcorowy to jeden z lepszych sposobów na złapanie dobrej dyspozycji i, przede wszystkim, dobrego nastawienia na kolejne tygodnie.

Słowackie wyścigi nieznacznie różnią się od tych rozgrywanych u nas, ale jak zawsze diabeł tkwi w szczegółach a “małe odmienności kulturowe” między krajami doczekały się statusu “kultowego” small talku w jednym ze znanych filmów.

Ale do rzeczy. W naszym tegoroczny menu znajdziecie przynajmniej trzy maratony na Słowacji. Czy są to imprezy lepsze niż “Skandia”, “Grabek” czy “Cyklokarpaty”? Nie wiem. Wiem natomiast, że z przyjemnością na nie pojadę, bo dotychczasowe doświadczenie daje odpowiedź, na pytanie, po co zadajemy sobie trud, jakby na to nie patrzeć wyjazdu za granicę zamiast skorzystać z dostępnych na miejscu opcji.

Sprawa jest dość prosta: startując u Słowaków czuję, że ten, kto zaprosił nas (w sensie klientów, uczestników, zawodników) na swoją imprezę, zrobił to, bo o nas pomyślał. Być może powód jest trywialny: zamiast działających komercyjnie przedsiębiorstw organizujących całe serie maratonów, tam każdy wyścig przygotowywany jest przez konkretny klub w konkretnej miejscowości. W związku z tym lokalesom naprawdę zależy na tym, by ich goście byli zadowoleni. Imprezą żyje cała okolica, w organizację zaangażowani są miejscowi kolarze, rowerzyścii ich rodziny. Siłą rzeczy zawody gromadzą też kibiców, dzięki czemu jest to coś więcej niż przywieziony w ciężarówce “event”, który zwinie się kilka godzin po tym, gdy ostatni uczestnik minie linię mety.

#mud #muddy #mtbmarathon #bikeblogger #cycling #rower #ride #xcm #ikea #marikova #udica #slovakia #mycanyon

A post shared by Marek Tyniec (@xouted) on

Efekt jest taki, że wszystko działa jak należy, jest dobre jedzenie, jest dobre piwo, także to bez alkoholu, więc można bezpiecznie wrócić do domu, gra fajna muzyka, często wykonywana na żywo przez nienajgorszą, lokalną kapelę. Trasę tworzą ludzie, którzy lokalne ścieżki znają jak własną kieszeń, zatem starają się pokazać przyjezdnym to, co mają najlepszego, by ci wrócili do nich w kolejny weekend po prostu sobie pojeździć. A jeśli pomyślicie, że na zawodach, które można śmiało nazwać “błotną masakrą sezonu” na bufetach są wiadra z wodą i szczotki umożliwiające wyczyszczenie napędu a na mecie czeka osiem myjek obsługujących mniej niż 500 uczestników, to już wiecie, o czym mówię.

Jeśli podchodzicie do sprawy merkantylnie, to cóż, wyjazd na Słowację opłaca się tak samo, jak wyjazd na maraton w sąsiednim województwie. Opłaty są podobne a ceny mniej więcej takie jak u nas. Plusem jest to, że o wysokości wpisowego decyduje nie data wpłynięcia przelewu a data rejestracji w systemie, więc bez obawy, że bank zedrze z was prowizję, możecie zapłacić mniejszą kwotę na miejscu w gotówce. Pakiet startowy zwróci mniej więcej połowę wartości wpisowego a przy odrobinie szczęścia w tomboli zgarniecie albo beczkę piwa albo naprawdę konkretne nagrody.

Nie to jest jednak najważniejsze w wycieczkach na słowackie zawody mtb. Tam po prostu miło się startuje i miło stamtąd wraca, nawet, jeśli np. trasa Kraków-Zwardoń ma cztery warianty i każdy jest uciążliwy.