Z Marianną znaliśmy się od czasu gdy mieliśmy wczesnych naście lat, ale przez długi czas nie mieliśmy ze sobą kontaktu. Tak naprawdę wszystko się zaczęło, gdy zrobiłem jej zdjęcie na krakowskiej Skandii. To było chyba ostatni moment, gdy nie wszystkie zdjęcia z zawodów rowerowych musiały być super ostre a szum matrycy przy ISO 400 mało komu przeszkadzał.

marianna-skandia

Tak czy inaczej, od słowa do słowa okazało się, że Marianna to Marianna a ja to ja i w ciągu kolejnych dwóch miesięcy udało nam się całe dwa razy umówić na rower. Bo wiadomo, praca-rower-zawody-to-tamto-owamto. Pierwszy raz, gdy Marianna była zaraz po tym, gdy na tarczy wróciła z MTB Trophy, drugi zaraz przed jej wyjazdem na – ukończone – Bike Adventure.

Podczas naszej drugiej randki przejażdżki, na dole jednego ze zjazdów w Lasku Wolskim przednim kołem dość brutalnie zmieliłem młodego kosa-samobójcę. Marianna zdążyła jeszcze spojrzeć w jego przerażone, gasnące oczy, ale żadne z nas nie zająknęło się na ten temat się słowem, choć każdemu było wyraźnie głupio.

Chwilę później Marianna pojechała na maraton do Bielawy, na którym  pokiereszowała nadgarstek, co nie przeszkodziło jej tego samego dnia dotrzeć na swoją imprezę urodzinową, z której wróciliśmy już razem i tak już zostało.

Gdy po kolejnym tygodniu sam zaliczyłem solidnego “dzwona” na lokalnym ogórku w Michałowicach, z gipsem i w bandażach staliśmy się gwiazdami zawodów. Nie wiedząc jeszcze, że za rok weźmiemy ślub, już mieliśmy przygotowane zdjęcie przez znajomych określane jako idealne zdjęcie rozwodowe 😉

marianna-marek-michalowice

Od tego czasu byliśmy razem na kilkudziesięciu wyścigach a w “podróż poślubną” pojechaliśmy na przejażdżkę po wszystkich krakowskich miejscówkach mtb. Ponieważ, jak zawsze, mieliśmy nie za wiele czasu, by zdążyć na własną imprezę szybko przesiedliśmy się z “górali” na “mieszczuchy” i tak też dotarliśmy w umówione miejsce.

W ciągu ostatnich, niespełna trzech lat, zajawka Marianny na kolarstwo wyłącznie się nasila. Zeszły sezon zamknęła z ponad dziesięcioma tysiącami kilometrów na koncie, stawała na maratonowych podiach i, co dla niej równie ważne, zaczęła się ścigać z zawodniczkami elity w wyścigach XC. Ja w końcu wybrałem się na mistrzostwa Polski i choć tam nie poszło mi za dobrze, to w ramach rekompensaty sporo ugrałem w małopolskich wyścigach cross country.

Od ostatniego lipca na zawody jeździ z nami pies-znajda, nazwany po wiadomym hiszpańskim mistrzu Alberto. Dzięki niemu łatwiej jest nam się rano zebrać na trening, bo pobudka przed szóstą nie wymaga już więcej budzika. A i na lokalnych wyścigach jest więcej kibiców.

#bike #cycling #rower #bath

A post shared by Marek Tyniec (@xouted) on

W naszym salonie do ściany przykręcone są wieszaki na rowery, niekoniecznie w kącie a częściej na środku miejsce zajmuje stojak serwisowy. Na gwiazdkę Marianna zrezygnowała z nowego telewizora na rzecz mojego miernika mocy a choć razem jeździmy raczej od czasu do czasu niż regularnie, z dużym prawdopodobieństwem mogę powiedzieć, że gdyby nie jedno zdjęcie z zawodów, nie bylibyśmy teraz tu, gdzie razem jesteśmy.