Jesteśmy żoną alkoholika. Zakładnikiem obdarzającym sympatią swojego oprawcę. Matką syna marnotrawnego. A może po prostu klasowym głupkiem, który chodząc z karteczką “kopnij mnie” przyklejoną do pleców sądzi, że rówieśnicy szczerze się do niego uśmiechają gdy idzie szkolnym korytarzem. Fani kolarstwa, tak, to my.

Sprawy nie było

We wrześniu Chris Froome po ciężkim dniu na Vuelcie przyjął dużo salbutamolu. Na tyle dużo, że w pobranej podczas badania antydopingowego próbce dopuszczalna norma została przekroczona dwukrotnie. Następnie wygrywa wyścig, jedzie na mistrzostwa świata do Bergen, gdzie 20. września startuje w czasówce a równocześnie dowiaduje się o pozytywnym wyniku testu z Vuelty.

Do 13. grudnia, gdy Team Sky wydaje na ten temat stosowne oświadczenie, niemal na równi z publikacjami w Guardianie i LeMonde. Pewnie gdyby nie działania tych prestiżowych tytułów, brytyjska ekipa nadal siedziałaby cicho.

Tak czy inaczej o sprawie wiedział David Lappartient, nowy szef UCI wybrany właśnie na MŚ w Bergen a także wiele innych osób. Czy wiedzieli Włosi z RCS, organizatorzy Giro d’Italia, którzy postanowili zaprosić Froome’a na swój wyścig, płacąc mu przy tym milionowe “startowe”? Cóż, twierdzą, że nie, ale trudno mi w to uwierzyć.

Choć kwestia złamania reguł wydawała się oczywista, sam kolarz nie poczuwał się do odpowiedzialności, tłumaczył odwodnieniem, dysfunkcją nerek oraz swoją (jakby na to nie patrzeć zdiagnozowaną i udowodnioną) astmą oraz problemami z górnymi drogami oddechowymi. Salbutamol przecież można brać, niemal do woli, byle z dostępnego na receptę inhalatora, co jak twierdzi zrobił, by ratować swoje zdrowie i koszulkę lidera Vuelta a Espana.

Sky i Froome postanowili więc udawać, że nic się nie stało a ponieważ Salbutamol to nie jest żaden “twardy” doping tylko nieznaczne naruszenie zasad, UCI i WADA nie zawieszały winowajcy do wyjaśnienia sprawy. Organizatorzy niektórych imprez odrobinkę się burzyli, ale tylko kurtuazyjnie. Tymczasem Brytyjczyk spokojnie budował formę startując w Andaluzji, Tirreno-Adriatico i Trentino by następnie, po “etapie dekady” w stylu dorównującym największym mistrzom z przeszłości, po samotnym rajdzie wygrać Giro d’Italia.

W międzyczasie jego szefowie ze Sky zarzucili UCI setkami stron dokumentacji, działając niczym uciążliwa opozycja sejmowa uskuteczniająca klasyczną obstrukcję.

Na koniec wreszcie, gdy dyrektor Tour de France Christian Prudhomme wytoczył najcięższe działa i zdecydował o wykluczeniu Froome’a z Tour de France zgodnie z wewnętrznym regulaminem, który pozwala na usunięcie z peletonu postaci mogących zaszkodzić wizerunkowi wyścigu, UCI stwierdziła, że Brytyjczyk jest niewinny.

Oświadczenie zarówno UCI jak i WADA wskazuje raczej, że federacja kolarska jak i agencja antydopingowa nie wiedzą, co zrobić ze sprawą, mają jej dość i postanawiają odpuścić.

Równocześnie szereg znawców tematu wskazuje, że bez względu na możliwe okoliczności łagodzące (faktyczna choroba czy udokumentowana konieczność stosowania salbutamolu), nawet przy zwiększeniu dawki terapeutycznej tak wysokie stężenie środka w badanej próbce powinno zakończyć się choćby krótką dyskwalifikacją.

Ponieważ jednak wszystkie zainteresowane strony są zadowolone, nikt nie będzie się odwoływał i Froome, mimo pozytywnego wyniku testu antydopingowego nie złamał przepisów antydopingowych (ot paradoks), jest zwycięzcą Vuelta a Espana 2017, Giro d’Italia 2018 i może wystartować w tegorocznym Tourze.

Jak się z tym czujecie?

Prawidłowy śródtytuł powinien być bardziej dosadny, ale postanowiłem się powstrzymać. W rozwiązaniu przypadku Chrisa Froome’a zabrakło wszystkiego.

Transparentności działań UCI i WADA, etycznego zachowania drużyny Sky, jasnej komunikacji, równego traktowania podobnych przypadków (za analogiczne przewinienia w niedalekiej przeszłości Alessandro Petacchi i Diego Ulissi otrzymywali kilkumiesięczne dyskwalifikacje) a przede wszystkim uzasadnienia decyzji o zamknięciu postępowania.

Irytujący jest również fakt pojawiających się zbiegów okoliczności: pierwsza, publiczna informacja o pozytywnym wyniku testu pojawiła się, gdy za temat zabrały się opiniotwórcze gazety zaś decyzja UCI i WADA rzutem na taśmę anulowała bezkompromisowe oświadczenie ASO o wykluczeniu obrońcy tytułu ze startu w Tour de France.

Posłużę się więc eufemizmem i powiem tylko, że nie wiem jak wy, ale ja czuję się nabity w butelkę.

Miły gość, który nieznacznie się pomylił

Równocześnie uważam, że wylewanie na Froome’a wiader pomyj jest pewną przesadą. Jakby na to nie patrzeć, nadużycie, nawet tak wyraźne, leku na astmę to nie jest transfuzja zmodyfikowanej krwi, to nie jest doping EPO czy lekami będącymi poza legalnym obrotem, to nie jest faszerowanie się testosteronem i hormonem wzrostu.

Mimo całej hipokryzji Dave’a Brailsforda, steku bzdur, który dział marketingu i PR brytyjskiej drużyny dostarcza mediom oraz agresywnym zachowaniom względem dziennikarzy niewykluczone, że Chris Froome jest jednym z najczystszych i najbardziej szczerych zwycięzców wielkich tourów w historii kolarstwa.

Antydopingowa śruba, mimo dziur w procedurach, niedoskonałości testów, niewydolności laboratoriów i niejednogłośności ekspertów jest przykręcona dość mocno, by nie powiedzieć najmocniej.

Nadużycia TUE, środków przeciwbólowych i nasennych oraz legalnych stymulantów, mikrodawkowanie EPO i innych “twardych” środków dopingujących czy wspomaganie technologiczne są faktem. Równocześnie wiele wskazuje na to, że są obecne na wyraźnie mniejszą skalę w porównaniu z oszustwami z przeszłości.

Co więcej, sam Froome rysuje się jako miła postać w przeciwieństwie do aroganckiego Armstronga, niezrównoważonego Ricco czy prymitywnego Di Luca’i.

Chris nie tylko dba o środowisko prowadząc kampanię na rzecz czystych oceanów, ale też z szacunkiem wypowiada się o rywalach a do tego, choć na rowerze siedzi niezbyt ładnie, wiele jego zwycięstw naznaczonych jest odwagą, improwizacją i prawdziwym mistrzostwem.

Obrzucani błotem

Cóż z tego, skoro brytyjski zawodnik, nawet jeśli jest tylko kieszonkowcem, drobnym cwaniaczkiem w porównaniu z kolarskimi Hitlerami, Pol Potami i Kim Dzong Unami należy do grona tych, którzy nas zawiedli.

Sport rowerowy jest świetny. Uwielbiam go, pasjonuje mnie od dziecka. Mnogość narracji, różnorodność bohaterów, zaskakujące zwroty akcji są nieporównywalne z jakąkolwiek inną dyscypliną.

Co więcej, jako jeden z nielicznych poszedł na otwartą wojnę z dopingiem, wielokrotnie decydując się na wymianę ciosów skutkującą kryzysem i problemami finansowymi za to z efektami, na których inni mogliby się wzorować, o ile oczywiście by tylko chcieli.

Paszporty biologiczne, skanowanie sprzętu, współpraca z koncernami farmaceutycznymi przy opracowywaniu kolejnych testów, dotkliwe kary finansowe, liczne samoograniczenia, na które decydują się kluby i indywidualni zawodnicy to awangarda światowej walki z dopingiem.

Tyle, że równocześnie brak jest konsekwencji. Być może Pantani był artystą a Contador wirtuozem, ale póki hiszpański mistrz będzie występował jako telewizyjny ekspert bez ujawnienia, jakim cudem u schyłku “ery epo” ustanowił historyczny rekord tempa podjeżdżania (Verbier 2009) a chwilę wcześniej rywalizował jak równy z równym z nadużywającym każdego z dostępnych środków dopingujących Michaelem Rasmussenem, póty będziemy kręcić się w kółko bez żadnego efektu.

Gdy część byłych zarówno gwiazd jak i płotek, zazwyczaj pod presją, “wyspowiadała się”, wciąż wielu działaczy, komentatorów, menadżerów czy trenerów tkwi w zmowie milczenia, serwując nam głodne kawałki na temat wyczynów własnych czy swoich przyjaciół. I czerpie z tego niemałe profity korzystając ze zbudowanego na oszustwie wizerunku.

A kiedy na scenę wkraczają rycerze czystości z, skądinąd znakomitą, “filozofią marginal gains” na sztandarach okazuje się, że owszem, popychają nie tylko ten sport, ale i całą branżę rowerową o lata świetlne do przodu, lecz również w swoją strategię wpisują maksymalne naginanie przepisów i, co gorsze, zasad etycznych.

Pozostaje cynizm

Wracając znów do szczegółu, hipotetycznie mogło wydarzyć się tak, że Froome przyjął kilkadziesiąt wdechów salbutamolu, mając wyliczoną maksymalną dawkę a wycieńczony organizm kolarza nie zmetabolizował jej odpowiednio i stąd w próbce znalazła się nieprzepisowa ilość substancji.

To mało prawdopodobne, ponieważ można też przypuszczać, że lider Sky skorzystał z nebulizatora, zażył tabletki, przyjął zastrzyk, lub co najgorsze wykonał transfuzję z krwi pobranej w czasie, gdy korzystał z problematycznego leku. Jednak mogło się wydarzyć i UCI oraz WADA miały rację rozstrzygając sprawę na jego korzyść.

Tyle, że w przeszłości zamożny i wpływowy zawodnik (czyli Armstrong) skorumpował kolarskie władze, które skutecznie zatuszowały jego pozytywny test na EPO oraz ułatwiły ukrycie stosowania kortykosteroidów. A kilka lat później, co do zasady te same władze próbowały ukryć, “dla dobra sportu”, klenbuterolową wpadkę Alberto Contadora. Wpadkę, która nota bene nosiła więcej śladów nielegalnej transfuzji krwi niż gastronomicznej pomyłki czy nawet prymitywnego użycia zabronionego leku.

Wiarygodność UCI oraz, niestety, WADA jest więc obecnie na dramatycznie niskim poziomie, co kładzie cień nie tylko na uczestnictwo Froome’a w Tour de France, ale też na jego cudowne odrodzenie na Giro d’Italia jak również na dokonania wielu innych zawodników, związanych lub niezwiązanych z Team Sky.

Nie potrafimy sobie poradzić z przeszłością, średnio radzimy sobie z teraźniejszością, w tym z obecnością w składzie skompromitowanej drużyny naszego, polskiego idola. Władze kolarstwa, czy to międzynarodowe czy krajowe są do bani a większą rozpoznawalność ma i tak przeciętny piłkarz-przegryw.

A mimo to kochamy kolarstwo. Wiecie, żółta gorączka, walka o róż, bruki Roubaix i nawet ten biedny, zasłonięty balonami Gliczarów z komentarzem Sebastiana Szczęsnego. Bo poza tym, że mimo tych wszystkich brudów i całego ogromu związanego z nimi dysonansu, wyścigi dobrze się ogląda, na rowerze po prostu fajnie jest pojeździć. Pościgać się z kolegami, kontemplować szosę w samotności, poćwiczyć na singletracku i zmierzyć się z czasami na stravie. I zapomnieć nie tylko o tym, że Froome oszukuje a w pracy jest pod górkę bardziej niż na Alpe d’Huez. No i może, że któryś ze wspomnianych kolegów też je coś lepszego, ale to już temat na inną okazję ;)

Skomentuj

Komentarze

Powered by Facebook Comments