Wiosenne klasyki w sezonie 2018 wygrywają w większości kolarze szukający swojej szansy w śmiałych atakach inicjowanych wiele kilometrów przed metą. To spełnienie snów kibiców marzących o powrocie do czasów znanych z archiwów i biografii mistrzów z przeszłości. “Ścigania w stylu vinatge” mamy tyle, że zaczyna zwyczajnie powszednieć!

Bardet z Van Aertem oraz kontrujący Benoot na Strade Bianche uciekają faworytom przez niemal 50km w wyścigu, w którym praktycznie od początku peleton dzieli się i rwie.

Specjalista wielkich tourów, Vincenzo Nibali po ataku na Poggio gubi sprinterów i zwycięża w Mediolan-Sanremo.

Niki Terpstra powtarza rajd Philippe’a Gilberta sprzed roku i po solowej, liczącej ok. 30km akcji zwycięża w swoim drugim w karierze monumencie. Gdyby nie fakt, że podczas E3 Harelbeke kilka dni wcześniej wraz z klubowym kolegą Yvesem Lampaertem uciekał przez kilometrów 65 można by się poczuć zaskoczonym.

Z kolei na Paryż-Roubaix odwagą wykazuje się Peter Sagan, przyspieszając między odcinkami bruku, gubi rywali, dogania ucieczkę i wygrywa wyścig pokonując na finiszu Sylvana Dilliera, który w “ucieczce dnia” jechał od samego początku tegorocznego “piekła północy”.

Niemal podczas każdego z klasyków (nie licząc Mediolan-Sanremo, który ma swoją, unikatową specyfikę i narrację) próby poważniejszych akcji przeprowadzanych przez największe gwiazdy rozpoczynają się nawet 100km przed metą.

Owszem, przy wyrównanej stawce efekty są różne, czasem, jak podczas Strade Bianche Valverde, Kwiatkowski i Sagan tak bardzo oglądają się na siebie, że korzysta na tym ktoś inny. Nawet, jeśli do mety, jak w Gandawa-Wevelgem dojeżdża większa grupa, po drodze obserwujemy sporo akcji. Są emocje, jest suspens i świetnie się to ogląda.

A jeśli dołożymy do tego “pogodową masakrę” jak na Strade Bianche czy Dwars Door Vlaanderen dostajemy pełen pakiet kolarstwa heroicznego.

Kontrargumentem może być niewątpliwa przewaga, jaką w tym roku nad resztą peletonu posiadali kolarze Quick Step. Gwiazdom belgijskiej ekipy prowadzonej przez “geniusza bruków”, Patricka Lefevere’a udało się pogodzić interesy i zagrać do jednej bramki. Niewątpliwie pomocne było w tym przejście na sportową emeryturę Toma Boonena, dzięki czemu Terpstra, Lampaert, ale też Gilbert i Stybar mogli pokazać nie tylko moc i przewagę liczebną, ale przede wszystkim odwagę.

Bo można mówić co się chce, ale zakładając, że szanse poszczególnych zespołów są mniej więcej wyrównane i za żadnym z tegorocznych “zwycięstw w stylu vintage” nie kryje się ponury sekret, by zwyciężyć w najważniejszym klasyku po solowej akcji rozpoczętej kilkadziesiąt kilometrów przed metą albo rzucić wyzwanie rozpędzającemu się peletonowi na Poggio zwyczajnie trzeba mieć jaja.

Ileż to razy w niedalekiej przeszłości obserwowaliśmy Paryż-Roubaix w którym faworyci tak długo “grali w szachy” zamiast jechać, że o zwycięstwie decydował finisz z peletonu. A w Mediolan-Sanremo wydawało się, że przy obecnym poziomie czołowych grup zawodowych niemożliwe będzie przełamanie hegemonii sprinterów. Tymczasem drugi rok z rzędu zwycięzca zdobywa przewagę po ataku na Poggio.

Czy sukces Sagana, Terpstry czy Benoota można przypisywać pasywności oglądających się na siebie rywali? Cóż, po pierwsze mogli się nie oglądać a po drugie w grupie zawsze jest więcej interesów niż tylko te Van Avermaerta, Valverde, Kwiatkowskiego czy Sagana.

Wygranie monumentu czy też ważnego klasyku po kilkudziesięciu kilometrach ucieczki to wielka rzecz i trudno mówić w takim wypadku o szczęściu. Jeśli już, to tylko w kwestii uniknięcia defektu, co tym razem udało się Saganowi, trapionemu w przeszłości przez liczne perypetie na trasie z Paryża do Roubaix. Ale poza szczęściem, trzeba być piekielnie mocnym, zagryźć zęby, cisnąć, cisnąć i jeszcze raz cisnąć. I wierzyć, że tych z tyłu boli tak samo. Albo i bardziej.

Być może jedną z przyczyn zwiększonej skuteczności uciekinierów jest fakt, że od tego roku o jedną osobę okrojono składy startujące w najważniejszych wyścigach. Siedmiu w miejsce ośmiu kolarzy to mniej par nóg do pracy, zarówno w skali jednej drużyny jak i całego peletonu. To także mniej pomocników w stosunku do liderów, na których barkach spoczywa większa odpowiedzialność. Może być też tak, że zawodowcy wkrótce rozgryzą system i sytuacja wróci do stanu sprzed redukcji stanu osobowego, ale póki co wygląda na to, że nieco łatwiej jest zakończyć sukcesem ambitną akcję.

Jeśli okaże się, że w najbardziej zablokowanych w ostatnich latach klasykach w Ardenach, Walońskiej Strzale i Liege-Bastogne-Liege również coś się zmieni i zobaczymy bardziej otwartą rywalizację, będę pod dużym wrażeniem. Póki co po prostu cieszę się, że oglądałem dobre ściganie, zaskakujące, pełne zwrotów akcji i emocji.

Zdjęcie okładkowe: LaPresse – Fabio Ferrari , materiały prasowe RCS

Skomentuj

Komentarze

Powered by Facebook Comments