Mimo licznych problemów ekspansja kolarstwa szosowego trwa. To sport właściwie całoroczny, czerpiący garściami z najlepszych, komercyjnych wzorców. Jasne, zawsze może być lepiej, ale trudno wskazać inny moment, w którym zawodowy peleton byłby tak popularny jak obecnie.

Zaczęło się od Pro Touru?

Jeszcze w 1998r, gdy Marco Pantani wygrywał w jednym sezonie Giro d’Italia i Tour de France, we włoskiej trzytygodniówce na 18 zgłoszonych zespołów aż 13 reprezentowało gospodarzy. W “Wielkiej Pętli” sześć ekip było francuskich. Rodacy organizatorów tradycyjnie mieli pierwszeństwo przy otrzymywaniu zaproszeń do udziału w najważniejszych imprezach.

Powołanie do życia UCI Pro Tour (poprzednika World Touru) ograniczyło tę dowolność, zostawiając możliwość przyznania czterech “dzikich kart”. W zamian zespoły z najwyższym (czyli najdroższym) typem licencji zostały zobligowane do startu we wszystkich, najważniejszych wyścigach sezonu.

W związku z tym sytuacje, w których gwiazdor uwielbiany przez fanów, mistrz świata czy pretendent do zwycięstwa nie startuje, bo jego drużyna nie zyskała prawa startu np. w Tour de France odeszła w zapomnienie.

Kolarscy celebryci, a przynajmniej ich dublerzy ścigają zatem cały sezon, zawody “treningowe”, “bez znaczenia”, w zasadzie wyparowały z kalendarza. Równocześnie przełożyło się to na bankructwo wielu tradycyjnych, ale niżej notowanych imprez. Cóż, taka cena postępu.

Sport całoroczny

Kolejne wersje kolarskiego kalendarza, globalizacja, otwarcie na nowe rynki oraz, nie ukrywajmy, pieniądze zamożnych sponsorów spowodowały, że czas, w którym zawodowcy nie są obecni w mediach wyraźnie się skrócił. Obecnie UCI World Tour zaczyna się w połowie stycznia a kończy w pierwszych dniach października.

Przerwa od rywalizacji, relacji, transmisji i newsów to zatem niespełna kwartał. Mniej niż np. w F1. Co więcej, wzorem właśnie sportów motorowych, kolarstwo dobija się do mediów przy okazji zgrupowań, prezentacji sprzętu czy nowych sponsorów. Przez to “off season” to w porywach kilkanaście dni. Fan kolarstwa nie ma zatem zbyt wiele czasu na złapanie oddechu, podobnie jak sami zawodnicy oraz ich obsługa.

Sport globalny

World Tour skupia się na Europie, ale obecny jest również w Ameryce Północnej, Australii, na Półwyspie Arabskim oraz w Azji. Popularność zdobywają, będące poza World Tourem, imprezy w Ameryce Południowej, z kolei za “petrodolary” drużyny chętnie startują u zamożnych szejków, gdzie przygotowują się do startów w europejskich wyścigach.

W styczniu czy w lutym, z dala od legendarnych podjazdów czy bruków na starym kontynencie emocje oczywiście nie są na tym samym poziomie co w pełni sezonu, ale są. I rosną.

Co więcej, organizatorzy aspirujących imprez stosują sprawdzone wzorce. Być może “Old Willunga Hill”, “Green Mountain” czy “Mount Baldy” to nie to samo co Poggio, Mur de Huy czy Alpe d’Huez, ale mają już kawałek swojej historii, są rozpoznawalne i charakterystyczne. Powiedziałbym, że bardziej niż nasz Gliczarów aka “Ściana Bukovina” a nowe, pozaeuropejskie wynalazki w medialnej świadomości wypierają takie klasyki jak choćby Mont Faron, na którym przez lata sprawdzali formę zawodnicy przygotowujący się do Paryż-Nicea.

Festiwal customu

Lokalizacje, gwiazdy, wyniki i rywalizacja to jedno. Drugi element komercyjnej układnaki to sprzęt. We wspomnianym na wstępie 1998r na unikatowy, specjalnie przygotowany rower a częściej zaledwie jego niewielki element (np. siodło) mogli liczyć wyłącznie najwięksi mistrzowie.

Obecnie w zawodowym peletonie spersonalizowanych komponentów, akcesoriów czy strojów mamy pełen wybór.

Specjalne malowanie na brukowane klasyki, wielkie toury czy związane z ważnymi zwycięstwami? Proszę bardzo! Unikatowe buty, kask, okulary? Jak najbardziej! Dopasowanie komponentów do charakterystyki etapu? Voila! A każda taka nowinka jest odnotowana, obfotografowana i zaprezentowana publiczności przez branżowe portale i media społecznościowe.

To kolejna zmiana budująca zainteresowanie i robiąca szum wokół kolarstwa. Przynajmniej wśród użytkowników rowerów, którzy lubią popatrzeć na tzw. “bikeporn”.

Marginal gains w służbie marketingu

Postęp dotyczący sprzętu, jaki dokonał się w obecnej dekadzie jest imponujący. Przez większość historii kolarstwa rowery wyglądały i funkcjonowały z grubsza tak samo. Obecnie nawet ultralekka maszyna zaprojektowana z myślą o pokonywaniu górskich serpentyn jest bardziej aerodynamiczna niż rowery do jazdy na czas jeszcze w latach ‘90 XXw.

Elektryczne przerzutki, mierniki mocy, dyskutowane lecz nieuniknione hamulce tarczowe, niewyobrażalna wczesniej rozpiętość dostępnych przełożeń oraz nacisk na komfort i ergonomię sprawiają, że presja na wymianę sprzętu na nowszy jest systematyczna i silna.

Biorąc pod uwagę, że branża rowerowa jest poważnie zaangażowana w sponsoring kolarstwa zawodowego, trudno się dziwić paradygmatowi ciągłej innowacji. Dzięki niemu można sprzedawać więcej, częściej i z większą marżą bazując na pożądaniu, jakie budzi sprzęt używany przez zawodowców.

Tak, w wyczynowym peletonie pieniędzy wciąż jest za mało, ale trzeba przyznać, że przejście od modelu współpracy z manufakturami włoskich mistrzów do finansowania przez sportowe, globalne korporacje to, z biznesowego punktu widzenia, spory sukces.

Szosa pobudza wyobraźnię!

Porównując jak wyścigi wyglądają teraz i jak wyglądały, dajmy na to, 20 lat temu, wyobrażenie, że kogoś może to fascynować przychodzi mi z trudem. Owszem, Pantani, Cipollini, Armstrong czy Ullrich to są ważne postaci w historii naszego sportu. A momenty z ich udziałem na dobre zapadły w pamięć.

Lecz jeśli pomyślę o kilkunastu dniach w trakcie Touru czy Giro, na których nie dzieje się zupełnie nic a kolejne etapy to 200km płaskiego terenu i powolna “procesja” do mety, to naprawdę nie wiem, jak mogłem to oglądać.

Skrócenie tras, wyszukiwanie nowych, zaskakujących lokalizacji, wycieczki w nietypowy teren, włączanie szutrów, bruków, polnych dróg a także ekstremalnych stromizn. Do tego nawiązywanie do historii i tradycji, finisze w “legendarnych” miejscach, odkrywanie na nowo tych, gdzie sukcesy odnosili herosi z przeszłości. Wreszcie takie zaprojektowanie wyścigu, by od pierwszego kilometra i od pierwszego dnia coś się działo.

Ten sport da się wreszcie oglądać i nawet etapy transmitowane na żywo w całości nie są męczące.

Tak, zdarzają się potknięcia, zdarzają się niewykorzystane sytuacje i tak, łączność radiowa w połączeniu z dominacją kilku drużyn o największych budżetach odbiera kolarstwu wiele romantyzmu, ale wyścigi końca drugiej dekady XXIw są o wiele ciekawsze niż te z przełomu XX/XXI.

Patrząc na peleton sunący przez spalone słońcem hiszpańskie przedmieścia czy też ciągnące się bez końca, francuskie równiny dość często zapadałem w popołudniową drzemkę. Teraz, gdy co chwilę na kolarzy czeka nowy podjazd, skręt w polną drogę lub gdy w połowie dnia do mety jest jeszcze 60 a nie 150km poziom emocji jest na tyle duży, że aż chce się wyjść na rower.

Na plus

Mnogość nierozwiązanych problemów wciąż przytłacza. Doping, w tym wpadki największych gwiazd. Wspomaganie mechaniczne czy elektryczne. Brak stabilności finansowej grup zawodowych czy wyścigów będących poza strukturami korporacji medialnych. Inercja, konserwatyzm i indolencja we władzach, zarówno międzynarodowych (UCI) jak i krajowych (PZKol). I wiele, wiele innych.

Biadolić jest łatwo, ale równocześnie trzeba nazwać sprawy po imieniu. W ostatnich latach kolarstwo wykonało niebywały krok w stronę rozwoju, atrakcyjności, komercjalizacji i popularności. Jest progresywne na wielu płaszczyznach, od walki z dopingiem przez obecność w mediach po ewolucję sprzętu czy metod treningowych, które są szybko transferowane z wąskiego grona elity zawodowców do odbiorcy masowego.

Zapewne za chwilę znów wszyscy dostaniemy po głowie z powodu kolejnej afery mistrza-oszusta albo po ujawnieniu następnych, przykrych informacji z przeszłości. Nie zmienia to faktu, że wyścigi rowerowe mają wciąż w sobie wiele młodzieńczej energii. Mimo 150 lat historii.

Zdjęcie okładkowe: Pete Kavanagh, flickr. CC BY 2.0

Skomentuj

Komentarze

Powered by Facebook Comments