Polskie kolarstwo torem stoi. Mamy liczną, młodą i utalentowaną kadrę. Mamy światowej klasy obiekt. I mamy zawody najwyższej rangi.

Pewnie sobie myślicie: nie odzywał się przez parę tygodni a teraz wylazł ze swojej nory, żeby przypierdolić zdeprecjonować PZKol. Cóż, trochę tak, ale nie do końca.

W ostatnich tygodniach zarówno Związek, jego Prezes jak i zawodnicy torowi zaskakująco często gościli w poza kolarskich mediach. Po pierwsze z powodu Pucharu Świata w Pruszkowie oraz przyznaniu Polsce organizacji mistrzostw świata w 2019r. Po drugie, Prezesowi, Dariuszowi Banaszkowi kilka razy puściły nerwy i chlapnął parę głupstw a to na facebooku a to w jakimś wywiadzie. Po trzecie, ustami Adriana Teklińskiego torowcy zwrócili uwagę na brak sponsorów i zainteresowania mediów. A na koniec powrócił temat długu PZKol względem Mostostalu Puławy powstałego przy budowie obiektu w Pruszkowie. Krótko mówiąc Związek, nie pierwszy raz, zdeprecjonował się sam.

Teoretycznie mamy święto, imprezę i festiwal polskiego kolarstwa. W praktyce jednak nie ma fiesty: krem w podanym torcie jest nieświeży, daleki wujek spił się wcześniej niż przewidywaliśmy i zaczyna obmacywać kuzynki a w całym zamieszaniu ktoś narzygał do umywalki.

Mimo to jest szansa, że do Pruszkowa na Puchar Świata przyjadą jacyś kibice. PZKol trochę biletów sprzedał, trochę rozdał, zaprosił działaczy i kluby. Do tego kolarstwo jako takie jest na fali, zatem można się spodziewać, że w “czynie patriotycznym” okoliczni entuzjaści sportu rowerowego wpadną na chwilę rzucić okiem na to, jak w rzeczywistości wygląda mocno promowana przez Związek odmiana ich ulubionej dyscypliny.

W 2009r, tuż po otwarciu “BGŻ Areny” na nowym torze zorganizowano mistrzostwa świata. Do Polski przyjechało kilka gwiazd: już znanych albo dopiero wschodzących: Victoria Pendleton, Lizzie Deignan (wówczas Armitstead), Gregory Bauge, Jason Kenny, Taylor Phinney czy Rohan Dennis.

Byłem tam, widziałem. To była stypa, którą mogli znieść tylko najwytrwalsi fani. Nawet, jeśli w kobiecym sprincie oraz na 500m ze startu zatrzymanego padły rekordy świata.

Prawda jest taka, że jeśli nie przyjedziesz na tor z grupą przyjaciół, nie sprzedają tam sensownego piwa i nie masz nic lepszego do roboty, ta odmiana kolarstwa jest męcząca i trudna w obserwowaniu.

Sesje są długie, z licznymi przerwami a przepisy w kolejnych konkurencjach skomplikowane i niejasne nawet dla specjalistów (czego dowód mieliśmy w finale olimpijskiego keirinu w Rio). Do tego gros ścigających się o wyniki, kwalifikacje, punkty i medale atletów to postaci całkowicie anonimowe. Co więcej, trudno się z nimi utożsamiać, ponieważ kolarstwo torowe ma bardzo wysoko postawioną barierę wejścia, jest sportem kosztownym i elitarnym. A równocześnie jakoś szczególnie nie pobudza wyobraźni.

Jasne, jeśli interesujesz się kolarstwem, docenienie muskularnych, szybkich i wytrzymałych kobiet i mężczyzn oraz ich dokonań przyjdzie ci łatwiej. Jeśli jeździsz, trenujesz i masz jakieś pojęcie o jeździe na rowerze, wiesz, co to znaczy rozpędzić się do 60km/h, wiesz też, że utrzymanie takiej prędkości przez kilka okrążeń wymaga nie lada dyspozycji. Wiesz też, że sprint bark w bark przy jeszcze większej prędkości to gigantyczne wyzwanie, że walka “na kreskę” jest ciężka nawet na amatorskiej “ustawce” a co dopiero na drewnianym torze na rowerze z ostrym kołem.

Kolarstwo torowe to sport w czystej postaci. Wymierny, z możliwością bicia kolejnych rekordów, zależnie od konkurencji kontaktowy i wymagający sprytu, stalowych nerwów i doświadczenie taktycznego lub żelaznych płuc, ekstremalnej odporności na ból i zakwaszenie.

Dodatkowo to “kuźnia talentów”, z której wychodzą multimedaliści toru i szosy czy nawet zwycięzcy zarówno klasyków, etapówek jak i wielkich tourów.

Co więcej, w naszym przypadku to “złote dziecko” Polskiego Związku Kolarskiego, nieustająca nadzieja na worek medali olimpijskich w Tokio a już teraz regularne sukcesy na imprezach mistrzowskich na kontynencie i poza nim.

To wszystko wiemy.

Tyle tylko, że tor to totalna nisza. Gdy przez niemal tysiąc dni codziennie zamieszczałem co rano fajne wideo, galerie zdjęć, relacje, wywiady i ciekawostki z kolarskiego światka, newsy z toru wciskałem do “loverove” niemal na siłę.

Trochę z szacunku dla naszych zawodników, trochę by zachować proporcje między poszczególnymi odmianami kolarstwa, trochę z nadzieją, że choćby w niewielkim zakresie przyczynię się do zainteresowania torem. Prawda jest jednak taka, że najciekawsze, co dotyczyło jazdy na ostrym kole, to nie był tor i olimpijska walka o medale a Red Hook Crit, uliczne wyścigi dla hipsterów.

Tor to skoki narciarskie kolarstwa. Wymaga budowy drogich obiektów, dostępnych tylko dla nielicznych oraz użycia specyficznego, trudno dostępnego, drogiego sprzętu. Swoje pięć minut dostaje de facto tylko na Igrzyskach Olimpijskich, które kreują jedyne gwiazdy znane szerszej publiczności. Poza Igrzyskami to sport dla koneserów. Coś jak curling, tylko droższy.

To sztuka dla sztuki, iluzja podtrzymywana przez Komitet Olimpijski wraz z UCI przez nieproporcjonalnie dużą liczbę możliwych do zdobycia medali. Na 22 komplety aż 12 przypada na tor. Szosa ma 4, mtb 2 a od Tokio BMX będzie miał również 4.

Przy systemie kwalifikacji już samo dostanie się na Igrzyska jest dla torowców sukcesem. Później do słynnego “miejsca punktowanego” (czyli w top 8), dającego szansę na dofinansowanie dla związku czy stypendium dla zawodnika jest już tylko krok. Równocześnie, wyśrubowany poziom czołówki powoduje, że medal to prawdziwy sukces.

Budowa toru w Pruszkowie pochłonęła ok. 90mln zł. Jego roczne utrzymanie to ok. 1,5mln. Ośmiomilionowy dług PZKol względem jednego z wykonawców, Mostostalu Puławy, przez wiele lat powstrzymywał Związek przed aktywnościami na innych polach. Specyfika kolarstwa torowego powoduje, że w przeciwieństwie do pozostałych odmian tego sportu, bazuje ono na szkoleniu centralnym a nie de facto wolnorynkowym funkcjonowaniu grup zawodowych na szosie czy w mtb.

Żeby nie było wątpliwości, nikomu nie żałuję. Choć po 1989r olimpijskie medale w kolarstwie zdobywali tylko Maja Włoszczowska (dwa srebra) i Rafał Majka (brąz), biorąc pod uwagę realia, trudno racjonalnie podważyć zaangażowanie Związku w kolarstwo torowe.

Szanse na zwrot z inwestycji są tam największe a wychowywana właśnie młoda kadra daje nadzieję na sukces.

Tyle tylko, że dysproporcja w zaangażowaniu Związku jest ogromna. Imprezy w innych odmianach kolarstwa są organizowane oddolnie i prywatnie. Dla odmiany tor to właściwie jedyna rowerowa dyscyplina, w której PZKol funkcjonuje jako organizator, animator i fundator.

Roczne koszty utrzymania pruszkowskiego toru wystarczyłyby na wybudowanie, renowację lub dostosowanie do międzynarodowych standardów wszystkich tras cross country będących w kalendarzu Pucharu Polski, które zazwyczaj powstają z pieniędzy sponsorów, “w czynie społecznym” a w najlepszym przypadku z crowdfundingu.

PZKol jest organizatorem na swoim obiekcie zawodów rangi mistrzowskiej oraz międzynarodowej (w tym Pucharu Świata), a równocześnie imprezy szosowe, mtb i przełajowe są robione przez kluby, regionalne związki kolarskie, samorządy lub firmy komercyjne. W efekcie na szosie mamy Tour de Pologne Lang Teamu, który na dobre zadomowił się w World Tourze a za nim przepaść imprez półamatorskich (większość rankingów i statystyków jak np. procyclingstats nie zalicza zawodnikom zwycięstw w imprezach kategorii .2, czy to jednodniowych jako sukcesów zawodowych), z których raz na jakiś czas, efemerycznie, któraś pojawi się w kategorii .1. O “.HC” nie mamy co marzyć, bo nie ma komu za to zapłacić.

W mtb imprezy rangi międzynarodowej są organizowane dla Mai Włoszczowskiej przez Grabek Promotion a “Górale na Start” to dzieło klubu KKW Superior Wałbrzych. Szosowe mistrzostwa Polski zorganizował Lang Team, mistrzostwa Polski XCO komercyjny organizator Poland Bike w kooperacji z Warszawskim Klubem Kolarskim. Tymczasem w 2017r w Pruszkowie PZKol, jako “centrala”, zorganizował zarówno MP, Puchar Świata, Grand Prix Polski z kategorią UCI, w sumie dziesięć imprez, zazwyczaj kilkudniowych.

To ciekawe o tyle, że mtb i szosa przez to, że nie mają bariery wejścia takiej jak tor, przy choćby części zaangażowania, jakie Związek przeznacza na tor, mogłyby przynosić nie dziesiątki czy setki, ale tysiące nowych dusz, przyszłych mistrzów, rocznie.

No ale jest jak jest. Związek widzi przyszłość polskiego kolarstwa na torze, wierząc, że wystarczy do tego jeden, spełniający jakiekolwiek standardy (kryty, drewniany) obiekt (Pruszków) oraz betonowe w Szczecinie i Łodzi, kilku trenerów i parę klubów.

Zatem skoro tak, to nie pozostaje nic innego, jak wybrać się do Pruszkowa, albo chociaż kupić nie za mocnego stouta i usiąść przed ekranem (TVP Sport lub Eurosport) i zobaczyć, jak wygląda torowy Puchar Świata w Pruszkowie. Może Was wciągnie.

Skomentuj

Komentarze

Powered by Facebook Comments