Mówi, że cieszy się jazdą na rowerze. Że trzeci z rzędu tytuł mistrza świata zdobył bez planu, bez zapoznania z trasą i niemal mimochodem, bo w końcówce pojawiła się taka okazja. A tymczasem Peter Sagan budzi w nas zachwyt i miłość. Bo robi rzeczy wielkie.

Mistrz wszechwag

Czy Peter Sagan mógł nie zostać mistrzem świata? Oczywiście, że tak. Czy był najlepszym sprinterem z grupy, która wspólnie jechała w stronę linii mety w Bergen? Oczywiście, że nie! Ba, Słowak mógł w ogóle nie liczyć się w rozgrywce o tęczową koszulkę, ale górę wziął jego zmysł taktyczny, zimna krew, skłonność do ryzyka a może po prostu szczęście.

Sagan po raz kolejny w karierze wymknął się wszelkim próbom przypisania go do określonej kategorii kolarza. Teoretycznie był faworytem wyścigu i nawet przeziębienie na kilka dni przed mistrzostwami nie zmniejszało jego szans na obronę tytułu.

Jest na tyle szybki, wytrzymały i dynamiczny, że poza nielicznymi wyjątkami (krótkie, pozbawione najmniejszych pagórków etapy z płaską prostą do “kreski”) zawsze liczy się w sprincie z peletonu. Równocześnie potrafi nie tylko skutecznie przetrwać nawet średniej wielkości podjazdy, co nawet na nich zaatakować i zdobyć przewagę nad rywalami. Nie bez powodu wygrywa klasyki rozgrywane w trudnych warunkach i pofałdowanym terenie czy też, często jako jedyny z zainteresowanych wytrzymuje selekcję na górzystych odcinkach wielkich tourów i w ten sposób zbiera punkty w walce o miejsce w klasyfikacji sprinterskiej.

To kolarz właściwie kompletny, o wielu talentach, z “darem od boga”. To ograna fraza, ale ktoś taki faktycznie pojawia się raz na pokolenie.

Ryzykant

Mimo tego trudno uwierzyć w trzeci z rzędu tytuł mistrza świata dla zawodnika, który w wyścigu, gdzie tak bardzo liczy się taktyka i siła drużyny, jedzie w ekipie zapewniającej mu minimalne wsparcie.

Owszem, nie wolno podważać pracy, jaką dla Petera wykonują jego brat Juraj, Michael Kolar czy Erik Baska, ale na tle większości reprezentacji, Słowacka kadra prezentuje się mizernie.

Sagan jest więc skazany na swój instynkt, uważne śledzenie tego, co dzieje się w peletonie i wykorzystywanie pracy innych zespołów.

W Bergen część tęczowej koszulki i złotego medalu nowy-stary mistrz zawdzięcza Polakom i Francuzom. Gdy sam jechał schowany w peletonie, to “biało-czerwoni” i “trójkolorowi” kasowali ucieczkę Tima Wellensa. A gdy, w pogoni za Julianem Alaphilippem grupa popękała i Sagan został nieco z tyłu, Słowak nie rzucił się w pogoń tylko wyczekał aż na zjazdach i płaskim dojeździe do mety w naturalny dla takich sytuacjach sposób wszystko znów się połączy i dotrwa do finiszu.

Trzeba mieć stalowe nerwy i wiele wyczucia, by w takiej sytuacji nie “spalić się” i nie dać ponieść emocjom. Sagan właściwą pozycję, na kole Alexandra Kristoffa zajął zaledwie kilkaset metrów przed metą a gdy Norweg rozpoczął sprint, wyszedł mu z koła, wyrzucając rower na linię mety i zdobywając trzecią z rzędu tęczową koszulkę.

Karma?

Przez cały sezon, ba przez kilkadziesiąt ostatnich miesięcy rywale Słowaka patrzyli na niego, pilnowali, często kolegialnie jeździli przeciwko niemu. Choć i tak przed Bergen triumfował 11 razy (w tym sezonie więcej zwycięstw ma tylko Marcel Kittel), to bywało, że będąc najmocniejszym kolarzem wyścigu musiał uznawać wyższość konkurentów.

Tym razem oni wszyscy: Van Avermaet, Gilbert, Kristoff, Matthews, Kwiatkowski rozegrali zawody tak, jakby zapomnieli o umiejętnościach Sagana. Trudno oczekiwać, że po, jakby na to nie patrzeć, długim i ciężkim wyścigu na finiszu z kilkunastoosobowej grupy nie włączył się on do walki o zwycięstwo. Jedyne, poważniejsze poszukiwania innego rozwiązania podejmowali de facto tylko Tom Dumoulin i Julian Alaphilippe, ale przy braku chętnych do współpracy przegrali z rozpędzonym peletonem, w którym ukryty Sagan dojechał do ostatniego kilometra przed metą.

A tam zrobił to, co umie najlepiej, przy okazji przechodząc do historii kolarstwa.

Co dalej?

Czwartego tytułu z rzędu raczej nie będzie. Za rok, w Innsbrucku trasa jest zaprojektowana z myślą o “góralach”. A to oznacza, że Peter Sagan będzie mógł zmienić akcenty w czasie sezonu, inaczej się przygotować i powalczyć o nowe cele.

Niewątpliwie wciąż ma wiele do udowodnienia w wiosennych klasykach. Zwycięstwa w Mediolan-San Remo i Paryż-Roubaix wciąż wymykają mu się z rąk. Słowak nie ma również ani jednego wygranego etapu w Giro d’Italia, więc kto wie, jeśli już na chwilę nasycił się tęczowymi koszulkami, może pomyśleć o starcie we Włoszech.

W lipcu czeka na niego Tour de France i zielona koszulka klasyfikacji punktowej. W sezonie 2017 nie mógł o nią walczyć z powodu wykluczenia z wyścigu po dyskwalifikacji za (wciąż nieudowodniony) faul podczas jednego z finiszy. By zostać samotnym rekordzistą w tej kategorii i pobić Erika Zabela musi być skuteczny w zbieraniu punktów jeszcze podczas dwóch “Wielkich Pętli”.

A potem? Cóż, Sagan w styczniu będzie miał zaledwie 28 lat. Trasy mistrzostw świata w latach 2019 i 2020 w Harrogate i Vicenzie powinny mu pasować. Do tej pory nikt, nawet Eddy Merckx nie zdobył “tęczy” czterokrotnie, zatem można przypuszczać, że obecny, trzykrotny zwycięzca po chwili przerwy rozpocznie polowanie na kolejny tytuł.

Skomentuj

Komentarze

Powered by Facebook Comments