Nie walczą o wygraną w całym wyścigu, ale ich wysiłek jest nie mniejszy. Szukają swoich szans, dostarczają emocji, pracują na swoje nazwisko i wizerunek grupy. Uciekinierzy. Harcownicy. Dzielni śmiałkowie.

W trakcie wyścigu etapowego najchętniej widzielibyśmy ciągłą rywalizację faworytów klasyfikacji generalnej. Wiecie, te “legendarne” rajdy na wiele kilometrów przed metą, permanentna ofensywa, śmiałe zagrania taktyczne, o których później czytamy w książkach i reportażach.

Ci, którzy walczą o koszulkę, czy to lidera czy najlepszego sprintera są niewątpliwie na świeczniku. Ich wysiłek jest najbardziej doceniany, zdobywanie kolejnych sekund i kolekcjonowanie punktów wyzwala najwięcej emocji.

Jadących przez wiele kilometrów przed peletonem śmiałków często traktuje się z pewnym pobłażaniem. Ba, ukuty przez komentatorów naszego Eurosportu termin “Dzielnych Francuzów” w czasach, gdy jedyne, na co było stać gospodarzy Tour de France to wielokilometrowe ucieczki często zakończone niepowodzeniem przyjął się na dobre. „Dzielni Francuzi” to ci, którzy zapełniali czas transmisji do momentu, gdy do gry wchodziły grube ryby. Ci, którzy podejmowali beznadziejne próby, których głównym celem była obecność na antenie TV, bo to wszystko, co byli w stanie osiągnąć.

Na szczęście: i dla kibiców i dla zawodników i dla samego kolarstwa, sytuacja nieco się zmieniła. Choć tempo wyścigów rośnie, nie obserwujemy już sytuacji, w którym peleton na kilkadziesiąt kilometrów przed metą włącza dodatkowy EPO-bieg i radośnie odrabia minutę na dziesięć kilometrów w terenie płaskim a szarżujący Lance Armstrong nie dogania śmiałków na podjazdach w tempie minuty na kilometr.

Pytanie “dojadą czy nie dojadą” coraz częściej jest zasadne i trzyma nas w napięciu do ostatnich kilometrów. Rzadziej obserwujemy sytuację, w której peleton całkowicie “odpuszcza” ucieczkę, za to trzyma ją w zasięgu kilku minut, możliwych do zredukowania przy wytężonej pracy kilku goniących ekip.

Równocześnie, gdy układ klasyfikacji generalnej ustabilizuje się, w odjazdy zabierają się coraz większe grupy kolarzy. W tegorocznym Tour de France zdarzało się, że nawet ¼ peletonu tworzyła ucieczkę, z której następnie po selekcji wyłaniany był zwycięzca etapu.

Często jest tak, że gdy zawodnik jest bardzo zdeterminowany, swojej szansy nieustająco szuka dzień po dniu, spędzając, jak np. Thomas de Gendt sporą część czasu w kolejnych akcjach.

Belg z grupy Lotto Soudal na Wielkiej Pętli 2017 uciekał, czy to w większych czy w mniejszych grupach przez sporo ponad 1000km. Ostatecznie nie udało mu się wygrać etapu, nie zdobył też koszulki “najlepszego górala” a czerwony numer dla najbardziej aktywnego zawodnika przyznano Warrenowi Barguilowi. 10 miejsce w “generalce”, koszulka w grochy, liczne ucieczki a także francuska narodowość sprawiły, że to on zyskał przychylność jury.

Mimo to de Gendt był jednym z bohaterów Tour de France, tak jak jednym z bohaterów hiszpańskiej Vuelty będzie Paweł Poljański, który w pierwszych 12 dniach zmagań na tamtejszych szosach aż czterokrotnie szukał kolejnych szans.

Te z kolei wykorzystał Tomasz Marczyński, który dwukrotnie był najszybszy na metach etapów: 6. i 12. Najpierw pokonał właśnie Poljańskiego w sprincie z niewielkiej grupki by za drugim podejściem popisać się solowym atakiem na końcowych kilometrach górzystego odcinka.

Dwa zwycięstwa podczas wielkiego touru to nie byle co. Choć Marczyński w klasyfikacji generalnej zajmie miejsce w szóstej lub siódmej dziesiątce, jego wysiłek i wola walki zostały nagrodzone pięknymi wynikami.

Nawet jeden etap to jedno z najważniejszych trofeów, po jakie można sięgnąć w zawodowym kolarstwie. Dla wielu to najcenniejszy skalp w całej karierze. A jeśli zdobędzie się takich więcej, zostaje się prawdziwym herosem.

Dla nas wygrane Marczyńskiego to wyjątkowe wydarzenie. Polscy zawodowcy wciąż nie mają zbyt wielu sukcesów w World Tourze, każdy kolejny to święto. Dla widzów w innych krajach “Maniek” był do niedawna dość anonimową postacią, podobnie jak dla nas mniej znani Włosi, Francuzi czy Hiszpanie zabierający się do ucieczek każdego dnia Giro, Touru czy Vuelty.

A przecież takie akcje, zakończone powodzeniem lub porażką, to przecież świetna okazja, by przyjrzeć się bliżej postaciom śmiałków, podejmujących wyzwanie zmierzenia się z siłą peletonu. Właśnie wtedy można podziwiać wysiłek i klasę kolarzy, należących do elity elit, choć zazwyczaj skrytych w cieniu największych gwiazd.

By znaleźć się na liście startowej wielkiego touru trzeba reprezentować niezwykle wysoki poziom sportowy. Mieć moc i psychikę, jakie dostępne są wyłącznie niewielkiej grupie wyselekcjonowanych jednostek z całego świata. Oczywiście, są na niej i słabsi i silniejsi, którzy wciąż ci „słabsi” to śmietanka światowego kolarstwa.

I przychodzi taki dzień, gdy na kilka godzin bohaterem staje się nie Froome, Contador czy mocarny sprinter w typie Kittela lub Sagana a śmiały uciekinier. Zatem doceniajmy ich wszystkich.

Skomentuj

Komentarze

Powered by Facebook Comments