To rzadki przypadek. Rodzaj kolarskiego rekordu świata, sięgnięcie po który dostępne jest tylko nielicznym. Chris Froome wygrywając Vuelta a Espana i Tour de France w jednym roku dołączył do elitarnego grona najwybitniejszych zawodników w historii tego sportu

Giro i Tour w jednym sezonie wygrywali:

Trzykrotnie Eddy Merckx: w 1970, 72 i 74r
Dwukrotnie Fausto Coppi w 1949 i 52r, Bernard Hinault w 1982 i 185r oraz Miguel Indurain w 1992 i 93r
Raz Jacques Anquetil w 1964, Stephen Roche w 1987 i Marco Pantani w 1998r.

Giro z Vueltą połączyli Eddy Merckx w 1973r, Giovanni Battaglin w 1981r oraz Alberto Contador w 2008r.

Tour z Vueltą Anquetil w 1963, Hinault w 1978 oraz właśnie Chris Froome w 2017.

Z Hiszpańską Vueltą mamy pewien problem, ponieważ do 1994r wyścig dookoła Hiszpanii był rozgrywany w kwietniu, dopiero po tej dacie przeniesiono go na przełom sierpnia i września.

To, w teorii, ułatwia polowanie na dublet Giro-Vuelta, co udało się Contadorowi i czego bliski był w 2013r Vincenzo Nibali. Z drugiej strony Chris Froome pięciokrotnie próbował utrzymać formę z lipcowej “Wielkiej Pętli” i udało mu się to dopiero właśnie za piątym podejściem.

Ze wszystkimi wątpliwościami, jakie można mieć do postaci pochodzącego z Afryki Brytyjczyka jak i do samego Teamu Sky nie wolno im odmawiać jednego. Niemal od samego początku przygody Froome’a z wielkimi tourami w roli lidera próbowali sięgnąć po więcej niż jeden cel w sezonie.

Owszem, Tour de France jest dla nich niewątpliwie priorytetem, ale zarówno Bradley Wiggins jak i Froome do programu startów włączali walkę o inne trofea. W latach olimpijskich były to medale, w pozostałych sezonach właśnie Vuelta.

Do tego liderzy Sky, gdy decydowali się na start w tygodniowych etapówkach, teoretycznie będących tylko etapami przygotowań do touru, również w nich walczyli o zwycięstwo.

To ważne i cenne, ponieważ jeszcze nie tak dawno, w pierwszej dekadzie XXIw faworyci wielkich tourów pokazywali pełnię swoich możliwości jedynie przez trzy tygodnie w roku, w sezon wchodząc powoli i szybko go kończąc po imprezie docelowej.

W związku z tym nawet mając poważne zastrzeżenia co do etyki w drużynie prowadzonej przez Dave’a Brailsforda, nadużywaniu procedury TUE, przemiany Froome’a z przeciętnego zawodowca w mistrza wielkich tourów, kupowania potencjalnych rywali do roli pomocników, niejasności w dokumentacji medycznej oraz rozpasanego poza granice przyzwoitości budżetu, trzeba im przyznać jedno: nie boją się wyzwań, nie boją się też ponoszenia porażek.

Wydawać by się mogło, że przegrane z kluczowymi rywalami: Contadorem i Quintaną podczas Vuelta a Espana podkopią morale lidera brytyjskiej drużyny. Że Hiszpan i Kolumbijczyk na stromych podjazdach półwyspu Iberyjskiego odnaleźli sposób na złamanie dominacji Teamu Sky.

Tymczasem, mimo bolesnych lekcji: upadków, kontuzji i gasnącej szybciej niż zapalona zapałka formy gdy przychodził kolejny lipiec do przyboczni Froome’a rządzili na francuskich szosach, czterokrotnie zdobywając dla niego żółtą koszulkę.

Być może to właśnie te, wcześniejsze potknięcia sprawiły, że w tym roku Brytyjczycy inaczej poprowadzili przygotowania, inaczej rozłożyli akcenty i dzięki temu wystarczyło im sił na wygranie dwóch wielkich tourów w sezonie.

W poprzednich latach Froome wygrywał lub przynajmniej stawał na podium w tygodniówkach we wcześniejszej fazie sezonu. Tym razem swoje pierwsze zwycięstwo odniósł… 23 lipca w klasyfikacji generalnej Tour de France, po które sięgnął nie wygrywając żadnego etapu i na chwilę tracąc na rzecz Fabio Aru koszulkę lidera.

Po Wielkiej Pętli, owszem, pojawił się na kilku komercyjnych kryteriach, ale skupił się na treningu w górach budując formę na Vueltę.

O ile we Francji bazował na sile swojej drużyny, samemu wypracowując przewagę nad rywalami właściwie tylko w jeździe na czas, o tyle w Hiszpanii uderzył w konkurentów już w pierwszych dniach wyścigu, zdobywając przewagę taktyczną i psychiczną.

Choć w drugiej części wyścigu złapał na chwilę zadyszkę pod presją atakujących Contadora i Nibalego, z pomocą kolegów z drużyny obronił prowadzenie by na ostatnich, górskich etapach odżyć i dojechać do Madrytu mając ponad dwie minuty w zapasie nad Nibalim.

Dzięki temu Chris Froome wybił się na wielkość. Choć uważni kibice wiedzieli, że nie jest on zawodnikiem koncentrującym się wyłącznie na zdobywaniu kolejnych, żółtych koszulek, teraz również szersza publiczność ma na to dowód.

Wygrane dwa wielkie toury w sezonie to osiągnięcie wyjątkowe. Po Contadorze zwyciężającym w Giro i Vuelcie było kilku śmiałków (w tym on sam), którzy próbowali zmierzyć się z mitycznym rekordem kolarstwa. Nibali, Quintana, Froome nie dawali rady konkurentomw swoim drugim celu sezonu w czasie którego, chcąc nie chcąc nie byli w optymalnej dyspozycji.

Choć wydaje się, że zarówno podczas Touru jak i Vuelty Sky i Froome byli bezpieczni, wystarczyła chwila nieuwagi i cały, misterny plan po raz kolejny zakończyłby się porażką.

A trzeba przyznać, że po drodze do zwycięstwa i we Francji i w Hiszpanii mieli sporo perypetii: upadków, defektów i wielu innych, nerwowych sytuacji. Niespełna minuta przewagi nad Rigoberto Uranem i nieco ponad dwie nad Vincenzo Nibalim łatwo mogły obrócić się w podobną stratę i choć Team Sky siłą swoich pomocników jest w stanie zniwelować skutki wielu wpadek, oba sukcesy zostały wydarte w ogniu walki.

Tym większy szacunek dla Froome’a, Kwiatkowskiego, Moscona, Poelsa, Landy i wszystkich tych, którzy wypracowali ten “dublet”. I miejmy nadzieję, że za kilka lat nie będziemy musieli tych chwil wymazywać z kronik i pamięci jako “niebyłych”.

Skomentuj

Komentarze

Powered by Facebook Comments