Groźba bankructwa grupy Cannondale-Drapac pokazuje, że z zawodowym kolarstwem jest coś nie tak. Ekipa drugiego zawodnika Tour de France, stojąca w awangardzie walki o “czysty sport” i jak mało która dbająca o wizerunek swój i swoich sponsorów może przestać istnieć. To zupełnie bez sensu.

Rycerze Vaughtersa

Korzenie Slipstream Sports LLC, której menadżerem jest Jonathan Vaughters sięgają 2003r. Początkowo była to ekipa juniorska, następnie po dofinansowaniu przez Douga Ellisa związanego z branżą IT rozwinęła się w grupę zawodową, od 2009 ściga się z licencją World Tour. Dla jej funkcjonowania charakterystyczne są kolejne fuzje: z Cervelo Test Team, Liquigasem oraz zespołem Drapac.  Mimo to, Slipstream jest nieustająco zarejestrowany w USA i choć skład ma mocno międzynarodowy, chętnie zatrudnia młodych, zdolnych zawodników z Ameryki Północnej, uzupełniając skład kilkoma gwiazdami.

Sam Vaughters to były kolarz, który ścigał się na przełomie XX i XXIw. Jest jednym ze “skruszonych” dopingowiczów. Wyznał winy, wytłumaczył motywy, jakimi kierował się wybierając ciemną stronę mocy i zaczął działać na rzecz czystego sportu. Po drodze przyczynił się m.in. do dyskwalifikacji Lance’a Armstronga, równocześnie dając szansę innym, doświadczonym przez nielegalne wspomaganie “ofiarom systemu”.

Jego zawodnicy, choć nie wygrywali często, mają na swoim koncie zwycięstwo w Giro d’Italia, drugie miejsce w Tour de France, sukcesy w Liege-Bastogne-Liege i Giro di Lombardia.

Permanentna dziura w budżecie

Choć zespół jest od lat wspierany przez znane marki z branży sportowej: Cervelo, Garmin, Cannondale, POC, New Balance, branży IT i elektronicznej: Barracuda czy Sharp lub optycznej: Transitions uznawany jest za jedną z “biedniejszych” ekip World Touru.

Prawdopodobnie jego istnienie regularnie wspiera wspomniany Doug Ellis a ostatnio również Michael Drapac, zajmujący się budownictwem w Australii.

To typowe we współczesnym kolarstwie: ekipy zawodowe często funkcjonują jako kaprys bogatych mecenasów, zaangażowanie sponsorów na zasadzie wynajmu powierzchni reklamowej i budowy wizerunku to tak naprawdę rzadkość.

Wiele wskazuje na to, że logotypy, które na strojach wożą kolarze Vaughtersa nie przynoszą dość funduszy, by pokryć koszty prowadzenia klubu mającego ambicje walki w najważniejszych wyścigach na świecie.

Fajny team robiący fajne rzeczy

To ciekawe o tyle, że Slipstream jest w czołówce zespołów pracujących nad marketingiem i komunikacją. Oficjalne kanały w mediach społecznościowych ekipy, kierownictwa i kolarzy są jednymi z najciekawszych w World Tourze. Ekipa dostarcza dziennikarzom i kibicom ciekawe multimedia, w tym zdjęcia topowych fotografów. Produkuje sporo wartościowych treści, przybliżając postaci swoich kolarzy oraz marki sponsorów.

Właściwie można stawiać Slipstream jako wzór w tej dziedzinie, z którego przykład powinna brać większość zespołów. Poza teamem Sky, który na swój marketing przeznacza sporą część budżetu.

15 milionów rocznie

By utrzymać zespół na poziomie umożliwiającym w miarę równą rywalizację Jonathan Vaughters potrzebuje 15-16 milionów dolarów rocznie. Dla porównania Team Sky ma do dyspozycji około dwukrotnie większą sumę.

Latem tego roku menadżer zespołu prowadził medialną ofensywę, prezentując w opiniotwórczych mediach zalety sponsoringu kolarstwa.

Głównym argumentem i przy okazji “studium przypadku” bazującym na jego negocjacjach z Netflixem była ekspozycja logotypów sponsora w trakcie relacji telewizyjnej. Przeliczając liczbę widzów i czas, jaki spędzają przed ekranem zwrot z inwestycji może być imponujący.

Szefowie Netflixa przyznali Vaughtersowi rację po czym odrzucili ofertę współpracy tłumacząc, że w czasie, gdy widzowie śledzą poczynania kolarzy, nie oglądają filmów i seriali. Dobra anegdota pokazująca, że mimo dobrych argumentów nie zawsze można osiągnąć zamierzony cel.

Z kolei w czasie Tour de France, wyjątkowo udanego dla zespołu Cannondale-Drapac, wydawało się, że ekipa złapała Pana Boga za nogi. Umowa z Oath, częścią koncernu medialnego Verizon brzmiała jak wyczekiwana manna z nieba dla niedoinwestowanego teamu.

Na strojach pojawiło się logo a kilka tygodni później… Vaughters ogłosił, że jego kolarze i pracownicy obsługi mogą a nawet powinni szukać nowego pracodawcy, ponieważ nie jest w stanie zapewnić funkcjonowania zespołu w kolejnym sezonie.

Choć obecnie zapewnia, że klub będzie istniał, brakujących funduszy szuka uruchamiając kampanię crowdfundingową. Co nie brzmi optymistycznie i wygląda na chwytanie się brzytwy przez tonącego.

Biorąc pod uwagę, że sam Robert Lewandowski zarabia w Bayernie Monachium 20 milionów Euro rocznie, fakt, że Vaughters szuka 5-7 milionów dolarów wydaje się absurdem.

Telewizja, wizerunek, grupa docelowa

Na tle nie tylko piłki nożnej, ale wielu innych dyscyplin sportu, kolarstwo działa na dość egzotycznych zasadach. Budżety drużyn nie są zasilane pieniędzmi z praw telewizyjnych. Najważniejszy cykl imprez nie ma swojego promotora dbającego o wspólny interes organizatorów i uczestników. Mimo bardzo dużej widowni, zarówno przy trasach jak i przed ekranami sport rowerowy, z nielicznymi wyjątkami, nie jest wspierany przez największe korporacje, dla których kilkadziesiąt milionów rocznie to zaledwie cząstka budżetu marketingowego.

Owszem, za kolarstwem ciągnie się smród dopingu, ale czy jest on mniejszy niż korupcja w piłce nożnej? Nie sądzę i nie sądze, by to był koronny argument za wycofywaniem się kolejnych sponsorów, choć oczywiście kolejne afery nie pomagały.

Równolegle pojawiające się pomysły o wprowadzeniu ograniczenia zarobków (tzw. “Salary Cap”) być może na chwilę rozwiążą problemy kilku ekip, gwarantując im stabilność finansową przy budżetach równych budżetom klubów polskiej, piłkarskiej ekstraklasy, ale nie sprawią, że w kolarstwie sytuacja się poprawi. Proponowane 15 milionów do podziału na wszystkich zawodników grupy World Tour (zazwyczaj trzydziestu) to niewiele na tle wielu dyscyplin sportu, często mniej popularnych i prestiżowych niż wyścigi rowerowe.

Wszystko to dzieje się w sytuacji, gdy sport, aktywny tryb życia i samo kolarstwo jako forma rekreacji, moda i hobby mają się bardzo dobrze. Otwarcie na nowe rynki, prestiż, kooperacje ze znanymi markami pozasportowymi, sugerowałyby, że dotarcie do fanów tej dyscypliny powinno być na liście priorytetów najbogatszych firm na świecie. Tymczasem tak nie jest.

Gdzieś popełanimy błąd. Tylko gdzie?

Skomentuj

Komentarze

Powered by Facebook Comments