Tour de France 2017 był drugim najszybszym w historii. Padło kilka rekordów na podjazdach a peleton praktycznie ani przez moment nie odpuszczał ścigania. Czy należy wietrzyć spisek czy może zaufać tym, którzy mówią, że Tour jest czysty?

Najwyższą średnią prędkość kolarze na trasie Tour de France uzyskali w 2005r. Wtedy pędzili 41,654km/h. W tym sezonie osiągnęli imponujące 40,997km/h, więcej niż w 2003 (40,940km/h) i 2006 (40,781km/h).

Co ciekawe, tegoroczne Giro d’Italia (39,846km/h) było trzecim najszybszym, po 2016 (40,02km/h) i 2009r (40,132km/h) a przed 2010 (39,707km/h).

Peleton przyspiesza i ewidentnie jedzie szybciej niż na początku obecnej dekady, wyprzedzając swoich poprzedników z tzw. “ery EPO”.

Podczas tegorocznego Touru padło kilka rekordów czasu podjazdów: na La Planche des Belles Filles oraz przełęczach Vars, Croix de Fer czy Izoard.

Z kolei na Giro czołówka podczas finiszu w Sanktuarium Oropa mocno zbliżyła się do tego, co w 1999r zaprezentował tam Marco Pantani.

Kolarze przyspieszają i nie da się temu zaprzeczyć, choć oczywiście ważny jest kontekst, bez którego suche dane nie mają wartości.

Tegoroczny Tour był faktycznie stosunkowo mało górzysty a rekordowe czasy wspinaczek były uzyskiwane w szczególnych okolicznościach. I tak np. Croix de Fer w wykonaniu Contadora był najszybszy, ponieważ nie mający nic do stracenia Hiszpan pojechał tam najszybciej jak mógł, gdy w przeszłości ta przełęcz była bardziej poligonem taktycznych manewrów niż ścigania na całego.

Z kolei Izoard to ostatni podjazd wyścigu, który pierwszy raz wystąpił w takiej roli a biorąc pod uwagę, że różnice w czołówce były minimalne, zmusił kolarzy do maksymalnego wysiłku. Dla odmiany La Planche des Belles Filles pojawił się bardzo wcześnie i nie był poprzedzony żadnymi, większymi trudnościami.

Co więcej, przed tegorocznymi wielkimi tourami pojawiło się kilka pozytywnych wyników kontroli antydopingowych. Wpadli mało znani zawodnicy “drugiego szeregu”: przed Giro dwóch kolarzy “drugoligowej” ekipy Bardiani-CSF (Stefano Pirazzi i Nicola Ruffoni), przed Tourem jeden z pomocników ekipy Trek-Segafredo (Andre Cardoso).

Tak jak w przypadku tempa jazdy, tak również tu ważny jest kontekst. Od dłuższego czasu na dopingu nie są łapani gwiazdorzy. Wpadają wyłącznie “płotki”. Może to oznaczać, że słabsi, mniej zamożni kolarze szukają swoich szans na wyrównanie przewagi najbardziej zasobnych drużyn i zawodników (w domyśle uzyskanej przez sprzęt, optymalizację treningu, aerodynamiki, ergonomii itd) starymi metodami. Lub też, że najlepsi skutecznie rozpracowali istniejący system a słabsi wciąż dopingują się w “głupi” sposób.

Takie przypadki to zawsze jest poważne ostrzeżenie, które nawiązuje do przykrej przeszłości i “peletonu dwóch prędkości”, gdzie, by w ogóle nadążyć za rywalami, nie wspominając o ich prześcignięciu, należało sięgać po niedozwolone środki.

Z drugiej strony mamy całą, niemałą sferę deklaracji i niemal pełnej przejrzystości. W tym roku, bezprecedensowo, sporą część swoich danych udostępnił drugi zawodnik klasyfikacji generalnej Tour de France, Rigoberto Uran.

Dzięki temu wiemy z jaką mocą i z jakim współczynnikiem W/kg pokonywał kluczowe fragmenty Touru i choć są one bardzo wysokie, można śmiało stwierdzić, że znajdują się w zasięgu ludzkich możliwości. Jego szef, czyli właściciel zespołu Cannondale-Drapac, Jonathan Vaughters na pytanie, czy ręczy za czystość swojego zawodnika odpowiada wprost: “tak” i wskazuje, że zajęcie przez Urana drugiego miejsca samo w sobie jest dowodem na to, że wygranie touru “na czysto” jest możliwe.

Równocześnie jeden z bohaterów wyścigu, Warren Barguil, który jest utożsamiany z nowym pokoleniem kolarzy, wyrosłych w nowych, lepszych realiach mówi wprost, że jego zwycięstwa etapowe były możliwe tylko dlatego, że peleton sam w sobie jest “czystszy”.

Francuz deklaruje, że na podjeździe Izoard jechał 5,9W/kg a walczący ze sobą Froome, Bardet i Uran nie byli w stanie go doścignąć. Co więcej, Barguil zwraca też uwagę, że peleton nie odpuszczał, jak w przeszłości, ucieczek zdając sobie sprawę z niemożliwości ich doścignięcia w razie zdobycia zbyt wielkiej przewagi. W przeszłości napompowana EPO grupa wrzucała twardszy bieg i bez problemów nadrabiała kilkanaście minut na ostatnich kilometrach etapu. Teraz zniwelowanie minuty bywa kłopotliwe.

Na drugim biegunie mamy, niestety, komunikację i wizerunek drużyny zwycięzcy Touru, czyli Teamu Sky. Od grupy, która miała udowodnić, że wygrywanie bez dopingu jest możliwe przeszła ewolucję do organizacji wybierającej sobie, na jakie pytania chce odpowiadać i kto może je zadawać.

W połączeniu z ujawnionymi wątpliwościami natury etycznej (nadużywanie procedury TUE, niejasna zawartość dostarczanych na wyścigi przesyłek itd.) daje to ponury obraz, którego coraz trudniej jest bronić.

Tym bardziej, że zespół ten odmienia kolejnych kolarzy robiąc z nich super górali. To nie jest oczywiście dowód na zorganizowany doping, ale równocześnie zespół nie robi nic, by sytuację wyjaśnić, co kładzie się cieniem nie tylko na brytyjskiej ekipie, ale na całym, współczesnym kolarstwie.

Jak więc widzicie, nic nie jest białe ani czarne. Choć mam sporo wątpliwości, mimo wszystko stawiam, że Tour de France był bardziej czysty niż nieczysty. A jak Wy myślicie?

Skomentuj

Komentarze

Powered by Facebook Comments