Możecie mówić, co chcecie, ale mamy szczęście do komentatorów kolarstwa. Niedawne dołączenie do zespołów relacjonujących wyścigi byłych zawodników nie tylko urozmaica transmisję o fachową wiedzę, ale też zapewnia dobry balans między dziennikarską swadą a doświadczeniem z peletonu.

Kolarstwo to jedna z tych dyscyplin sportu, którą poczuć i której doświadczyć może każdy. Zaczynając od przejażdżek, przez kolejne wyzwania w rodzaju “czy przejadę 50, 100, 200km?” przez starty w imprezach masowych w rodzaju maratonów na wyczynie kończąc.

Przepisy są skonstruowane w taki sposób, że nawet “amator” może okazjonalnie porównać się z zawodowcami. Jeśli sami nie braliście udziału w imprezach z kalendarza UCI (czy to na szosie czy w mtb), z pewnością taki start mają na swoim koncie wasi znajomi.

A jeśli to dla was za wysokie progi, z pomocą przychodzą maratony, “Etapy Touru” czy “Tour de Pologne Amatorów”.

Dzięki temu każdy z nas może doświadczyć, czym jest “jazda w trupa”, dawanie zmian i jak naprawdę czuć pod nogą 5, 10 czy 15% podjazd.

Jasne, możecie powiedzieć, że ma się to nijak do tego, co na co dzień robią zawodowcy. Start w wielkim tourze daje i dystans i czas spędzony na rowerze większy niż wielu entuzjastów kolarstwa poświęca na jazdę w czasie całego sezonu. Ale i tak kolarz – amator będzie miał większe pojęcie o tym, co dzieje się na trasie pokazywanego w TV wyścigu niż wynajęty na godziny konferansjer, który jedyne, co potrafi, to opowiedzieć o tym, co aktualnie widzi na ekranie. A czasem nawet i tego nie, zwyczajnie “plotąc androny”.

Czy to zatem znaczy, że komentatorem czy też dziennikarzem, który zajmuje się sportem może być tylko były zawodnik? Jasne, że nie. By mówić o, nawet najbardziej podziwianej dyscyplinie, tak jak i ją uprawiać na odpowiednim poziomie poza pracą i warsztatem potrzeba talentu.

Mamy to szczęście, że obok doświadczonych specjalistów mikrofonu w studiu coraz częściej zasiadają doświadczeni szosowcy. Dariusz Baranowski uzupełnia Tomasza Jarońskiego i Adama Probosza a Bartosz Huzarski ratuje kolarstwo w Telewizji Publicznej, która do tej pory kojarzyła się głównie z kompromitacją w tej dziedzinie. W innym medium, jako bloger, rozkręca się też w rowery.org Sylwester Szmyd.

Poza swoją historią i workiem bez dna anegdot i ciekawostek, byli zawodnicy mają nad dziennikarzami, nawet tymi z wieloletnim stażem, jedną, bardzo ważną przewagę. Zdecydowanie bardziej doceniają wysiłek wciąż aktywnych sportowców, nie skreślają ani ich szans ani nie deprecjonują wysiłku.

Jeśli samemu doświadczyłeś sytuacji, w której nie możesz “soczyście zaatakować”, bo zwyczajnie masz już ciemno w oczach, nie będziesz tego oczekiwać od rywalizujących w tym momencie kolarzy. Jeśli wiesz, co znaczy spędzić kilka dni z rzędu tyrając w górach, mniej chętnie wspomnisz o “zawodzie”, jaki jest udziałem odpadającego z grupy byłego faworyta. Możesz więc stonować dziennikarskie zapędy i wyjaśnić mniej doświadczonym fanom, że kolarstwo to nie tak prosty kawałek chleba.

Połączenie sił “mistrza słowa” z “mistrzem szosy” to zatem bardzo dobry pomysł, który szczególnie dobrze sprawdza się w realiach wielogodzinnych transmisji z wielkich tourów. Bo nawet wielokrotnemu uczestnikowi TdF czy Giro w końcu wyczerpią się anegdotki, ekscytować każdym obrotem korby jak to mają w zwyczaju Brytyjczycy też na dłuższą metę się nie da, więc trochę publicystyki, turystyki i ironii również się przyda.

Skomentuj

Komentarze

Powered by Facebook Comments