Zamiast sławy i chwały, czerwony numer za waleczność i słowa uznania od fanów, dziennikarzy i rywali. Maciej Bodnar prawie wygrał etap Tour de France. Mówicie, że prawie się nie liczy? Cóż, pewnie macie rację. Ale to i tak była piękna historia.

Prawdę mówiąc miałem sporo zajęć i tylko co jakiś czas rzucałem okiem na to, co się dzieje na trasie 11. etapu z Eymet do Pau. Wiecie, pola, widoczki, zabytki, kibice…

Pomyślałem więc sobie: “no fajnie, że Maciej Bodnar zabrał się w ucieczkę. To mocny chłop, w sam raz, by ratować wyścig dla Bora-Hansgrohe po relegacji Petera Sagana i wycofaniu Rafała Majki.

Płasko jest, złapią ich najwyżej 10km przed metą. Trochę szkoda wysiłku, no ale nic, niech jadą, zobaczymy, co się wydarzy.”

Tymczasem te 10km przed metą Maciej Bodnar nie tylko nie został doścignięty, ale po zgubieniu swoich towarzyszy ucieczki Frederika Backaerta (Wanty – Groupe Gobert) i Marco Marcato (UAE Team Emirates) samotnie utrzymywał się przed peletonem.

Bodnar to mistrz nadawania mocnego, równego tempa. Peter Sagan zawdzięcza jego pracy wiele swoich zwycięstw. Sam Bodnar rzadko kiedy jeździ “na siebie”, czasami zaliczy udaną czasówkę, lub powalczy na jakimś etapie ze startu wspólnego, gdy sytuacja ułoży się tak, że może.

Tymczasem meta w Pau była coraz bliżej a polski kolarz wciąż utrzymywał przewagę, choć peleton gonił wściekle.

Pomyślałem: “kurczę, no nie ma opcji, złapią go 2km przed metą. Trochę przykro, ale cóż, taki jest ten sport.”

Tyle tylko, że 2km przed finiszem Bodnar wciąż był na czele, peleton cisnął a Polak miał jeszcze kilkanaście sekund przewagi.

W głowie pojawiła się iskierka, że może jakimś cudem się obroni. No ale, zaraz, tyle razy już oglądałem podobne sytuacje, lubię i cenię chłopaka, życzę mu jak najlepiej, ale, nie ma szans.

Na nieco ponad kilometr przed metą w skrócie kamery na jego plecach już było widać rozpędzoną grupę. Lecz skrót kamery bardzo oszukuje, to nadal było kilka sekund.

Emocje wzięły górę. Co tam wszystkie poprzednie historie, przecież tak pięknie się broni. Może da radę, może się uda. Jest czerwona flaga, jeszcze 1000m, parę łuków, tam peleton nie przyspieszy, jeszcze 800… wciąż prowadzi, 500, aaaa… da radę. 400… 300… cholera mają go!

Było tak blisko. Etap Touru jest wart więcej niż niejeden cały wyścig. To wieczna sława i chwała, na którą tak dzielny i oddany pomocnik jak Maciej Bodnar zasługuje. Wisienka na torcie i ukoronowanie kariery.

Zamiast tego są uściski dłoni, poklepywanie po plecach i ciepłe słowa na twitterze. Od fanów. Od dziennikarzy, od rywali. Wszyscy znamy klasę Bodnara. To koń, jakich mało. Na etapie do Pau to potwierdził.

Jeszcze kiedyś będzie miał szansę. I wtedy się uda!

Skomentuj

Komentarze

Powered by Facebook Comments