Permanentny Grunwald. Alleluja i do przodu. Atak, skok, przyspieszenie, najlepiej już od startu każdego etapu. Oczekiwania względem kolarzy są ogromne a przecież codziennie dają z siebie wszystko. Lub prawie wszystko.

Kibice, dziennikarze, eksperci częściej są zawiedzeni i rozczarowani przebiegiem wyścigów niż urzeczeni jazdą i wysiłkiem kolarzy. Mając w pamięci heroiczne czyny opisywane na kartach książek, antologii i felietonów czekamy, że dziś będzie tak jak w dawnych, lepszych czasach. Bo przecież kiedyś wszystko było lepsze, czyż nie?

Często zarzucamy zawodnikom pasywność, nie dość intensywne ataki, kunktatorstwo i brak skłonności do ryzyka. Ma to wpływać na nie dość atrakcyjny przebieg sportowego widowiska oraz decydować o niskiej klasie kolejnych kolarzy.

Chcemy wyścigów otwartych, “stanu naturalnego”, w którym a to każdy walczy z każdym a to wszyscy sprzysięgli się przeciwko liderowi i atakują go naprzemiennie, nie patrząc na własne interesy, mając w głowie tylko obalenie prowadzącego.

Do tego ważny jest spektakl. Nie chodzi tylko o samo tempo jazdy, ale o styl odnoszonych zwycięstw. Na górskich etapach pożądamy samotnych rajdów prowadzących przez kolejne przełęcze, rozpoczętych 150km przed metą.

Tyle tylko, że to nie poparte niczym, poza naszych “chciejstwem” mrzonki.

Wystarczy odrobina, naprawdę odrobina doświadczenia w jakimkolwiek sporcie, nie tylko w kolarstwie, by to zrozumieć.

Na ważnych zawodach każdy chce pokazać się z jak najlepszej strony. Wygrać, stanąć na podium, jeśli nie samemu, to przynajmniej pomóc koledze. Zrealizować jakiś swój cel, realny do osiągnięcia.

Na Giro, Tour, mistrzostwa kraju, ważny klasyk czy nawet mistrzostwa regionu nikt nie jedzie nieprzygotowany. Co do zasady wszyscy, od żaka po Sagana ścigamy się po jak najlepszy rezultat.

Jeśli nikt nie atakuje Teamu Sky na alpejskich podjazdach podczas Tour de France, to nie znaczy, że oddaje Froome’owi zwycięstwo walkowerem. To znaczy tylko tyle, że na kolejnych wzniesieniach sztafeta w czarnych strojach dyktuje takie tempo, którego na dłużej niż kilka, kilkanaście sekund nie jest w stanie nikt przełamać.

Jeżeli Vincenzo Nibali wkracza do gry dopiero w trzecim tygodniu Giro, gdy peleton zmaga się z prawdziwymi górami i dopiero tam jest w stanie odjeżdżać rywalom to nie znaczy, że wcześniej nie ma ochoty. Wielokrotnie już pokazywał, że mimo najszczerszych chęci nie jest w stanie pojechać szybciej niż 6-6,2W/kg, największe sukcesy osiągał tam, gdzie ważna była również wytrzymałość. Bo aż tak bardzo jak kilku rywali, czyli 6,2-6,4W/kg nie jest w stanie przycisnąć.

Możecie powiedzieć: “no dobrze, ale przecież kiedyś Merckx, Gimondi czy Hinault dawali sobie radę bez tych wszystkich danych a dzięki temu wyścigi wyglądały inaczej”. Owszem, wyglądały inaczej, co wiemy głównie z książek i wywiadów. To raz. Dwa, to, że w owych książkach wspominamy tylko wyjątkowe, największe momenty, w których ówczesne gwiazdy wznosiły się na wybitność a nie codzienność, która mało kogo interesuje.

Nawet Hun Atylla czy Wiking Ragnar pomiędzy plądrowaniem i gwałtami spędzali sporo czasu na rozmyślaniach lub podróżach, nie oczekujmy więc, że każdego dnia podczas wielkiego touru dostaniemy antyczne igrzyska, bo zwyczajnie nie jest to możliwe. I nigdy nie było.

Paradoksalnie takich spektakularnych wyścigów, etapów, akcji wciąż mamy wiele. Nibali, Contador, Froome, Quintana, Sagan, Gilbert, Van Avermarmaet czy nasz Michał Kwiatkowski co jakiś czas jadą po zwycięstwo “w stylu vintage”, ponosząc ryzyko wczesnego ataku, odjazdu w nietypowym dla siebie terenie, zaskakując rywali nietypowym rozwiązaniem czy też wykazując się geniuszem w swojej domenie.

O Fuenta Dé, Formigal, kraksie Kruijswijka i odrodzeniu Nibalego, Froomie pożyczającym rower od Thomasa, solowych akcjach Kwiato, Sagana i Gilberta będziemy czytać za kilka lat tak, jak teraz czytamy o Hampstenie na przełęczy Gavia.

Co więcej, w przeciwieństwie do czasów herosów z przeszłości, bohaterom naszych czasów jest o tyle trudniej, że poziom profesjonalizmu, a co za tym idzie ogólny poziom sportowy jest nie tylko wysoki, ale zdecydowanie bardziej wyrównany.

Nie wystarczy iskra boża, fizjologiczny czy też techniczny fenomen można zrównoważyć siłą bardzo mocnej drużyny a już kilka ekip zbudowanych z zawodników najwyższej klasy doprowadza do klinczu i nie tyle jazdy defensywnej czy zachowawczej, co po prostu ciągłej, bardzo mocnej i niemożliwej do przełamania.

Nie wystarczy też “siła psychiczna”, bo choć ludzki organizm ma spore, często nieuświadomione rezerwy i w krytycznych chwilach potrafi przekraczać granice, to jednak, jak mawiał klasyk “praw fizyki pan nie zmienisz i nie bądź pan głąb”.

Skomentuj

Komentarze

Powered by Facebook Comments