Pora przestać rozpamiętywać spektakularne zwycięstwa ery EPO. Podziękować Pantaniemu, Arsmtrongowi, ale też jednoznacznie ocenić. Minęło już dość czasu, by móc sobie na to pozwolić.

Colin O’Brien w swojej książce podsumowującej 100 edycji Giro d’Italia nie kryje sympatii do postaci Marco Pantaniego. Ba, charakterystyczna sylwetka włoskiego kolarz zdobi różową okładkę tego wydawnictwa.

Tymczasem być może to jest właśnie pora, by ostatecznie pożegnać się z pamięcią o słynnym Włochu. Podziękować mu za emocje, których dostarczył, chwile sportowych uniesień, które przeżyliśmy gdy atakował jak wściekły na podjeździe do sanktuarium w Oropie, śmigał na zjazdach z Marmolady w charakterystycznej pozycji czy popisywał się bezkompromisowym rajdem w deszczowych Alpach jadąc po żółtą koszulkę lidera Tour de France.

Ale biorąc pod uwagę, że Pantani, tak jak zresztą i Lance Armstrong byli dla wielu ludzi wspaniałą inspiracją, trudno pogodzić się z faktem, że te wszystkie, wyjątkowe wydarzenia były tak naprawdę iluzją.

Tak jak iluzją były “kosmiczne” biegi Bena Johnsona, magiczne przemiany sprinterów w królów gór czy rekordowe czasy podjazdu na Alpe d’Huez.

Włosi (choć nie tylko) pielęgnują wspomnienia po Pantanim. Kolejne edycje Giro d’Italia nawiązują do jego osiągnięć. Każdorazowa wizyta w Oropie przypomina o jego genialnej jeździe. Pomnik na przełęczy Mortirolo to okazja, by za każdym razem, gdy peleton tamtędy przejeżdża, opowiadać historię zwycięstw “Pirata”.

Zwycięstw, które tak naprawdę nigdy nie miały miejsca, tak jak miejsca nie miało słynne “spojrzenie” Armstronga na Alpe d’Huez i jego siedem zwycięstw w Tour de France. Tak jak nie było rywalizacji tegoż Armstronga najpierw z Pantanim a następnie z Janem Ullrichem.

Gwiazdom sportu, nie tylko kolarstwa, lat ‘80, ‘90 i wczesnych ‘00 nie można odmówić charyzmy, zaangażowania i siły charakteru charakteru. Jednal ich postawa odcisnęła piętno na wyborach i karierach kolejnych pokoleń, tak jak zainspirowała wielu, tak i wielu złamała.

Paradoksalnie, w erze “czystego”, “czystszego” czy też, jeśli wolicie określenia maksymalnie zachowawcze, “bardziej kontrolowanego” kolarstwa mamy niemal tyle samo spektakularnych akcji, co w wykonaniu herosów “ery epo”.

Tour de France 2011 był świetny z rewelacyjnym pojedynkiem Schlecka z Evansem i ich bojami na alpejskich przełęczach.

Contador, wyraźnie słabszy niż przed dyskwalifikacją, wydzierający triumf w Vuelta a Espana na etapie do Fuenta De przeszedł do historii wielkich tourów niczym najwięksi mistrzowie z dawnych lat.

Być może odrodzenie Nibalego, w którym wydatnie pomógł zarówno pech rywali wywracających się jeden za drugim na zjazdach z przełęczy Agnello, jak i niebagatelny udział Michele Scarponiego również stanie się inspiracją i trafi na karty kolejnych książek.

O ile oczywiście za kilka lat wciąż będziemy mieli pewność, że, w przeciwieństwie do wyczynów Pantaniego czy Armstronga, bohaterowie drugiej dekady XXIw byli sportowcami a nie magikami.

Bo pamiętajcie, popularne stwierdzenie, że skoro wszyscy brali, i tak wygrywał najlepszy, jest błędne. To, że spora część najlepszych zawodników stosowała podobne metody nikogo nie usprawiedliwia i nie legitymizuje osiąganych rezultatów.

Co wszyscy przeżyliśmy, to nasze. Ale pora, by te wspomnienia przykryła nieco grubsza warstwa kurzu. Którego przez jakiś czas nie będziemy ruszać, aż trochę zapomnimy.

Zdjęcie okładkowe: Brian Townsley, flickr cc BY 2.0

Skomentuj

Komentarze

Powered by Facebook Comments