Mario Cipollini – ikona kolarskiego sprintu przełomu XX i XXIw. Wybitny sportowiec, równie spektakularny na szosie co poza nią. Nie ukrywam, że jego postać robiła na mnie wielkie wrażenie. Tym chętniej zmierzę się z legendą.

Włoch uwodził. Sposobem jazdy, autorytetem, charyzmą i zdecydowaniem. Doprowadził do perfekcji metodę rozgrywania finiszu z peletonu polegającą na ustawianiu “pociągu” kolejnych zawodników doprowadzających sprintera na idealnej pozycji na kilkaset metrów przed metą.

Szokował strojami, prowokował zachowaniem, intrygował wypowiedziami. Dobrze wyglądał, często wygrywał, był, i nadal jest, showmanem.

Gdy po zakończeniu kariery zaczął własnym nazwiskiem firmować rowery, napis “MCipollini” na ramie zdobi konstrukcje równie efektowne i wulgarne co zawodnicza kreacja ich twórcy.

To wszystko, mniej więcej wiemy. Pytanie na dziś brzmi: faktycznie jak dobrym sprinterem był Mario Cipolini. Bo to, że swoją osobowością uwiódł tysiące fanów kolarstwa na całym świecie nie pozostawia najmniejszych wątpliwości.

Zacznijmy od najważniejszego, czyli rekordu zwycięstw etapowych w Giro d’Italia. We współczesnym sporcie, charakteryzującym się dalece posuniętą specjalizacją, poprawienie każdego osiągnięcia mistrzów z przeszłości to wielka sprawa.

Cipolliniemu sięgnięcie po 42 triumfy we włoskim tourze zajęło 14 lat (1989-2003). Ostatnie etapy wygrywał w bólach i niewiele zabrakło, by Binda pozostał najskuteczniejszym kolarzem w historii Giro d’Italia.

Przed podobnym wyzwaniem w najbliższych sezonach będzie stał Mark Cavendish. Brytyjczyk będzie się zmagał z poprawieniem rekordu Eddy’ego Merckxa w Tour de France. Jeśli do pięciu brakujących mu triumfów na etapach “Wielkiej Pętli” dołoży jeszcze pięć w innych, wielkich tourach (Vuelta lub Giro), wyprzedzi Cipolliniego w klasyfikacji obejmującej wszystkie trzytygodniówki.

Cavendisha przywołałem nie bez powodu. Podobnie jak Cipollini był mistrzem świata, podobnie jak Włoch zwyciężył w Mediolan-Sanremo i podobnie jak on potrafi sobie radzić na niektórych, brukowanych klasykach.

Dla kolejnej generacji kolarzy to właśnie zawodnik z wyspy Manx jest punktem odniesienia, tak jak dekadę wcześniej był nim Cipollini.

Choć “Super Mario” był niewątpliwe super-sprinterem, miał w swojej karierze gorsze i lepsze chwile, znajdował też rywali równie skutecznych w pewnych obszarach co on w innych.

Erik Zabel, choć nie tak spektakularny, potrafił wygrać Mediolan-Sanremo aż 4 razy i 3 razy w Paryż-Tours (oba klasyki to raj dla sprinterów) a do tego brylował na etapach Tour de France, gdzie aż sześć razy triumfował w klasyfikacji punktowej, podczas gdy Cipollini zrobił to tylko raz.

Z kolei Oscar Freire sięgnął trzykrotnie po tęczową koszulkę mistrza świata a Alessandro Petacchi potrafił wygrać aż dziewięć etapów podczas jednego Giro, podczas, gdy Mario “tylko” sześć.

Warto wreszcie zwrócić uwagę na fakt, że co do zasady, biorąc zwłaszcza pod uwagę czasu, w których ścigał się Cipollini, udawało mu się unikać większych ognisk dopingowego smrodku. Nie oznacza to oczywiście, że Mario był najczystszym z czystych, sukcesu na tym polu należy raczej szukać w jego statusie gwiazdy. Tak czy inaczej, poza chwilowym zamieszaniem wokół afery Puerto jego wizerunek nie był raczej związany z poważnymi aferami.

Dziedzictwem włoskiego sprintera są oczywiście zwycięstwa, rekordy i mistrzostwo świata, ale prawda jest taka, że w pamięci fanów zapisał się nie tylko dzięki wynikom sportowym a dzięki charyzmie i charakterowi.

Można być mistrzem, nie będąc przy tym gwiazdą. Można być rekordzistą, a nie pobudzać wyobraźni tłumów. Postać Mario Cipolliniego przyciągała widzów na trasy wyścigów i przykuwała fanów przed telewizorami, wpatrzonych w rozpędzony, czerwony a później “pasiasty” pociąg rozprowadzający Włocha w drodze po kolejne triumfy.

Zdjęcie okładkowe: Eric HOUDAS, wikimedia commons, CC BY SA 3.0

Skomentuj

Komentarze

Powered by Facebook Comments