Niepewność do ostatniego etapu. Ataki każdego dnia. Bardzo mocne tempo i wyjątkowo wyrównany poziom. Do tego garść kontrowersji i nieco niespodziewany zwycięzca. Setne Giro d’Italia było świetne.

Czy to był najlepszy wielki tour ostatnich lat? Ocenimy za kilka sezonów, ponieważ w tej branży kontekst bardzo się zmienia z perspektywy czasu. Jeśli miałbym wytypować kilka elementów, które zostaną w pamięci po 100. Giro d’Italia, byłyby to:

Co dzień, to atak

Na Etnie Nibali i Zakarin. Na Blockhausie Quintana. W Oropie Quintana i Dumoulin. W Bergamo Nibali i Dumoulin. W Bormio Zakarin i Nibali. W Oritisei Pinot i Pozzovivo a Quintana szukał szansy aż 50km przed metą. W Piancavallo znów Pinot, Zakarin i Pozzovivo a na trasie ostatniego ostatniego, górskiego etapu sił próbowali niemal wszyscy walczący w “generalce” kolarze.

Czy jakoś tak, ponieważ trudno zliczyć kolejne próby, które podejmowali zawodnicy w poszukiwaniu przewagi i zysku nad rywalami.

Jeśli doliczymy do tego ofensywną jazdę ekipy Quick Step na etapie do Cagliari czy niespodziewaną wygraną Lukasa Postelbergera pierwszego dnia na Sardynii, wbrew pozorom dostajemy obraz otwartego, nastawionego na ataki ścigania.

Dominator Dumoulin

Tom Dumoulin na szczęście dla siebie zostanie zapamiętany jako pierwszy, holenderski zwycięzca Giro d’Italia a nie ten, który stracił różową koszulkę z powodu wypróżniania się w alpejskiej dolinie. Jednakże przymusowa przerwa, którą musiał zrobić między Stelvio a Umbrailpass na nowo otworzyła rywalizację w klasyfikacji generalnej.

Lider ekipy Sunweb był najmocniejszy w jeździe indywidualnej na czas i de facto nie okazał słabości w górach. Owszem, nie był w stanie kontrolować wszystkich rywali, ale gdy było trzeba potrafił albo zminimalizować straty albo nawet samemu zyskać nieco czasu.

Biorąc pod uwagę, że jego przewaga w czasówkach była sprawą niemal pewną, jako miejsce, gdzie Dumoulin wygrał 100. Giro d’Italia wskazałbym etap z metą na Blockhause. To tam przyjechał zaledwie 24” za Nairo Quintaną i 36” przed Vincenzo Nibalim. Kto wie, być może rozsądniejsza jazda Nibalego w tym dniu dałaby “Rekinowi” zwycięstwo w całym wyścigu a tak, nie oglądający się na rywali Dumoulin idealnie ustawił się przed dalszą częścią zmagań.

Motowpadka i osłabione drużyny

Istotnym elementem całej układanki była kraksa u podnóża wspomnianego Blockhausu. To tam czołówka peletonu zahaczyła o stojący na poboczu, policyjny motocykl. Z walki o różową koszulkę wypadli Mikel Landa i Adam Yates a z całego wyścigu musiał zrezygnować (po kilku dniach) Geraint Thomas. Sky został więc przetrzebiony a zespół późniejszego zwycięzcy, Dumoulina, pozbawiony kluczowego pomocnika w górach, Wilco Keldermana. Co więcej, Vincenzo Nibali również nie mógł korzystać z pełnego wsparcia drużyny, ponieważ po bójce z Diego Rosą wykluczony został Javier Moreno, który na górskich etapach miał pomagać “rekinowi”. Osłabieni byli też kolarze Astany, którzy wystartowali w ósemkę bez tragicznie zmarłego Michele Scarponiego a następnie po kraksie musieli wycofać z rywalizacji Tanela Kangerta.

Jeśli więc mieliście wrażenie mniejszej dynamiki w niektórych momentach, być może przyczyny trzeba szukać m.in. w tych sytuacjach, które zaburzyły układ sił w peletonie.

Tytani szos

Blockhaus i Oropa, te dwa górskie finisze zostały pokonane w imponującym, niezmiernie wysokim tempie. Z kolei, biorąc pod uwagę kulminację trudności i dystansu całego wyścigu (było to najdłuższe Giro od 2000r), również jazda w ostatnim, niezwykle górzystym tygodniu, była na najwyższych obrotach.

To także wskazuje, dlaczego de facto żaden z faworytów nie zyskał na podjazdach wyraźnej przewagi. “Soczysty” atak Quintany czy Nibalego dający minutę czy dwie przewagi nad Dumoulinem oznaczałby wejście w rewiry mocno sugerujące niedozwolone wspomaganie. W ostatnich sezonach kolarze i tak jeżdżą już niebezpiecznie szybko a skoro w peletonie Giro spotkało się kilku zawodników, będących w stanie utrzymać tak wysokie tempo, trudno się dziwić, że było im ciężko zgubić konkurentów.

Ostatnie kilometry ostatniego, górskiego etapu mogą zapaść w pamięć na dłużej jako piękny przykład desperackiej walki “wspinaczy” z “czasowcami”. To klasyk kolarskiego gatunku, o którym czytamy we wspomnieniach z dawnych lat a w tym roku mogliśmy go, ponownie, oglądać na trasie Giro d’Italia.

Świetni zwycięzcy etapowi

Pierre Rolland, Tejay van Garderen, Omar Fraile, Jan Polanc, Gorka Izagirre i jadący po koszulkę najlepszego “górala” Mikel Landa wygrywali po znakomitych “ucieczkach dnia”. Do tego czterech pierwszych kolarzy klasyfikacji generalnej: Dumoulin (x2), Quintana, Nibali i Pinot oraz najlepszy “młodzieżowiec”, ósmy w generalce Bob Jungels wygrywali etapy, podejmując ryzyko śmiałych akcji.

Cztery odcinki padły łupem Fernando Gavirii, najlepszego sprintera wyścigu, swoją passę kolejnych wielkich tourów z wygranymi etapowymi kontynuował Andre Greipel a Caleb Ewan to nowa gwiazda finiszy z peletonu. Jedynie Lukas Postelberger i Silvan Dillier sprawili niespodzianki, które ubarwiły rywalizację w kontekście całego wyścigu.

O tym, jak ciężko było na tym Giro coś ugrać przekonali się i Landa i Rolland, którzy musieli wykazać się sporą cierpliwością, zabierając się do kolejnych ucieczek a także rewelacja wyścigu, Jan Hirt, który podobnie jak oni często był z przodu, ale swojego etapu się nie doczekał (za to zajął dobre, 12. miejsce w klasyfikacji generalnej).

Pełna satysfakcja

Krótko mówiąc, jako kibic kolarstwa jestem w pełni usatysfakcjonowany. Choć postać Toma Dumoulina wzbudza we mnie mieszane uczucia, m.in. ze względu na jego brak opanowania w wypowiedziach dla mediów, kolarze jadący w 100. Giro d’Italia zapewnili mi trzy tygodnie świetnej, sportowej rozrywki. Co więcej, przynajmniej kilka momentów zapisze się na dłużej w historii wyścigu i przy kolejnych, okrągłych rocznicach, będziemy je wspominać jako ważne i wyjątkowe.

Zdjęcie okładkowe: Foto LaPresse – Fabio Ferrari, materiały prasowe RCS

Skomentuj

Komentarze

Powered by Facebook Comments