To nie jest test. To raczej krótka historia o tym, jak bardzo zmienia się sprzęt i jak wiele możliwości daje teraz najprostszy z rowerów górskich: klasyczny hardtail.

Wiosną 2013, czyli “pięć sezonów temu”, kupiłem nowego “górala”. Stary, na kołach 26” był na tyle zużyty, że regeneracja przestała być opłacalna. Trochę na zasadzie randki w ciemno, trochę po głębszym researchu, zdecydowałem się wówczas na aluminiowego Canyona, model Grand AL 8.9.

Założenie było dość proste: chciałem możliwie nowoczesny sprzęt, wyposażony we w miarę rozwojowe komponenty i rozwiązania. Stąd też przednia przerzutka była mocowana w systemie “direct mount”, oba koła miały sztywne osie a łożyska sterów różną średnicę. Jedyne, czego brakowało, to kół tubeless, ale jakoś to przeżyłem. Osprzęt był mieszanką grup Srama od X7 do X9, w komplecie znalazł się Sid Rock Shoxa oraz Mavic Crossride.

#bike #mtb #cycling #instabike #rural #rower #autumn #october #offseason #ride #countryside

A post shared by Marek Tyniec (@xouted) on

Ścigałem się na nim przez dwa sezony w lokalnych zawodach xc i maratonach. Byłem na tyle zadowolony, że robiąc “upgrade” do lepiej wyposażonego, karbonowego roweru bez wahania wybrałem model tego samego producenta.

Po pierwsze, już w wersji aluminiowej pasowała mi geometria, która w węglowym następcy została nieco udoskonalona (m.in. skrócono i tak krótki tył). Po drugie w sensownej cenie kupowałem sprzęt całkowicie “race ready”, na pełnej grupie X.0, bardzo szybkich kołach DT i z topowym widelcem World Cup z hydrauliczną blokadą. Po trzecie, stary rower mógł zacząć pełnić funkcję pełnoprawnej treningówki a w razie problemów, dzięki kompatybilności stać się dawcą organów.

Dwa sezony na karbonowym Grand Canyonie SLX to doświadczenie obcowania z zaawansowanym, nowoczesnym rowerem, gdzie jedynym ograniczeniem jest tak naprawdę moja moc. Bo tego typu sprzęt umożliwia rywalizację właściwie na każdym poziomie zaawansowania i rodzaju trasy.

Tej wiosny (czyli 2017) miałem okazję pojeździć na następcy “Grand Canyona”, czyli modelu Exceed (CF SL 6.9). To zaprojektowana od nowa rama: lżejsza, sztywniejsza i w ogóle naj. A do tego z drobnymi zmianami w geometrii.

Jedyny szkopuł, to że model, do którego miałem dostęp, wyposażony był analogicznie do mojego pierwszego 29era, tyle, że zamiast Srama ma Shimano XT/SLX i Rebę w miejsce Sida. Za to, co ważne, przystosowaną do osi typu Boost. Gdyby miał to, co mój rower “właściwy” pewnie właśnie brałbym kredyt ;).

Dlaczego? Cóż…

Wsiadłem, pojechałem i… doznałem szoku. Jasne, to zupełnie inna rama: w rozmiarze M, w porównaniu do poprzednika ma o 10mm dłuższą, górną rurę (600mm), niższą o tyle samo główkę ramy (90mm) a jej kąt jest o 0,5 stopnia bardziej skierowany w stronę poziomu (69,5). Tylny trójkąt skrócono o 5mm, uzyskując imponujące 427mm, czyli w zasadzie tyle, co w wielu, niezłych rowerach 26”. Baza kół jest krótsza o niespełna 7mm. Do tego przekroje rur mają odmienny kształt, podobnie jak mufa suportu i główka ramy.
Nie spodziewałem, się, że, w teorii kosmetyczne zmiany dadzą tak wielką różnicę.

To wszystko powoduje, że mamy do czynienia z kolejnym pokoleniem roweru do XC.

Co ciekawe, nawet mój aluminiowy 29er z 2013r wciąż sprawdza się w trudnym terenie i właściwie nic nie stoi na przeszkodzie, by po gruntownym serwisie części eksploatacyjnych z powodzeniem brać na nim udział w amatorskich zawodach. Pięć sezonów temu była to na tyle fajna konstrukcja, że zasadniczo się nie zestarzała.

Podobnie carbon z sezonu 2015 jest wciąż konkurencyjną maszyną, na której, jeśli nie wygram w totolotka lub nie dam się uwieść pieniądzom jakieś korporacji, będę jeździł jeszcze ze dwa lata. A może i więcej. Jest lekki, szybki a przeszkody pokonuje się na nim z łatwością.

Ale.

Exceed to nowa jakość. Prostota prowadzenia, wchodzenia w zakręty, skakania i przejeżdżania przez nierówności czy progi jest niesamowita. Postęp, jaki obserwuję na przykładzie ewolucji sprzętu do cross-country projektowanych przez inżynierów Canyona jest niesamowity.

Zastanawiam się nawet, jak potoczyłby się rozwój mtb, gdyby takie rowery pojawiły się na rynku wcześniej: 7, 10, 12 lat temu. Gdzie byłoby współczesne cross country, czy w ogóle moglibyśmy mówić o czymś takim jak “enduro”, skoro “zwykły” (no dobra, całkiem zaawansowany i nie tani) hardtail ma takie możliwości.

Carbon robi swoje, przemyślana geometria robi swoje a nowe standardy (precyzja sterowania, jaką daje Boost jest super!) choć powodują, że domowy park maszyn traci zaletę kompatybilności, tworzą razem niezwykłe połączenie.

Trzeba pamiętać, że jeździłem na najniższym modelu serii Exceed, który, jak każdy tego typu rower miał pewne mankamenty.

Jedyną zaletą tanich kół systemowych jest to, że w ogóle są założone, dzięki czemu możemy na takim rowerze jeździć. O ile nie czuć ich ułomności w przypadku sprzętu na ramie alu, to zaawansowany carbon zwyczajnie upośledzają.

Shimano napęd z dwiema zębatkami produkuje chyba tylko po to, by pokazać, że w przeciwieństwie do swojego konkurenta potrafi produkować działające przednie przerzutki.

Brak tubelessów w sprzęcie za prawie 10 tysięcy jest przykry, bo brak dętek to kolejna zdobycz cywilizacyjna, która powinna zostać wpisana przez ONZ do katalogu praw podstawowych.

Tyle tylko, że takie wady znajdziecie w analogicznym rowerze dowolnej marki. Za wersję “race ready” trzeba zapłacić ok. 3 tysięcy złotych więcej.

W całej sprawie istotne jest jedno: kupując w sezonie 2017 hardtaila takiego jak Canyon Exceed doświadczacie jazdy na rowerze xc na nowo. Bariera wejścia do tej, z pozoru elitarnej, dyscypliny jest mniejsza niż kiedykolwiek. I tak, na trasy maratońskie też się nadaje.

PS Tekst nie jest sponsorowany.

Skomentuj

Komentarze

Powered by Facebook Comments