Paryż Roubaix to Tour de France wyścigów klasycznych. Szaleńcza gonitwa po brukach, nośny przydomek “Piekła Północy”, dogodny termin łączący się z początkiem sezonu rowerowego dają efekt rozpoznawalności wśród szerszej publiczności. Krótko mówiąc, Paryż Roubaix jest “wow”.

Kolarstwo to prosty sport dla prostych ludzi. Trzeba mieć mocną nogę, paru kolegów do pomocy i umieć przezwyciężyć nieco bólu by minąć linię mety na pierwszym miejscu. Albo przynajmniej do niej dotrzeć.

Problem zaczyna się, gdy spojrzymy na dyscyplinę jako całość. Im dalej w las, tym więcej drzew i sprawa się komplikuje. Toury, etapówki, kategorie, klasyfikacje, grochy, tęcze, góry, sprinty, pociągi, pomocnicy, klasyki, monumenty i czort jeden wie, co jeszcze.

No bo jak to jest, że skoro taki Sagan, Kittel czy Cavendish wygrywa prawie codziennie, to w klasyfikacji generalnej zajmuje setne miejsce? A jeśli Majka to król gór, to czemu szybciej wspina się Froome? A “Kwiato” skoro taki świetny i jest mistrzem świata, to czemu wygrywa tylko dwa, trzy razy w roku? Jeśli do tego dołożymy takie niuanse jak etapy jazdy na czas, ograniczenia związane ze sprzętem, znajdujące się w kolumnie wyścigu pojazdy, fanów wchodzących kolarzom pod koła… robi się niezłe zamieszanie.

Paryż-Roubaix to prosta sprawa i rozwiązuje te wszystkie problemy. To żywe nawiązanie do historii kolarstwa, przypomnienie, jak wyścigi rowerowe wyglądały u zarania. Vintage jest modne a sentymentom poddają się wszyscy, czy tego chcą, czy nie chcą. Wszak “kiedyś, to były czasy”, czyż nie?

Kolarz, który pierwszy melduje się na słynnym velodromie w Roubaix, to zazwyczaj po prostu najmocniejszy wśród tych, którzy kilka godzin wcześniej stanęli na starcie w podparyskim Compiegne (no dobrze, to pierwszy minus dla tego wyścigu, skoro nazywa się Paryż-Roubaix, mógłby się zaczynać przy wieży Eiffla).

W ogóle, klasa zwycięzcy “Piekła Północy” jest trudna do podważenia. Bo nawet, jeśli to postać mniej eksponowana, jak Mathew Hayman, Servais Knaven czy Johan Vansummeren, trudno mówić, by którykolwiek z nich wygrał “fuksem” (tu pewnie włączą się eksperci wspominający a to Nikiego Terpstrę a to zamknięty przejazd kolejowy a to czyjś defekt).

Ba, zdarza się nawet, że zawiązana wkrótce po starcie “ucieczka dnia” dojeżdża do mety, odpada więc zastanawianie się nad tym, po co w ogóle ci szaleńcy jadą tyle godzin przed peletonem, by i tak na kilka kilometrów przed metą dać się złapać przez rozpędzoną grupę jak na prawie każdym etapie wielkiego touru.

Schodząc na jeszcze niższy poziom abstrakcji, każdy, kto ma rower wie, że po bruku jeździ się trudniej niż po asfalcie. Wystarczy rzut oka na ekran telewizora by zobaczyć, że to, z czym walczą uczestnicy wyścigu to nie zwykła, wykostkowana promenada, tylko polna droga, na którą ktoś, kiedyś wysypał trochę kamieni. I po tych, nieregularnych głazach mkną goście na rowerach wyposażonych w cienkie oponki. To działa na wyobraźnię nawet kibica „Pooolskii Białooo Czerwoonych”, któremu kiedyś szwagier dał się karnąć na kolarzówce.

No i do tego ta nazwa… To nic, że “Piekło Północy” nawiązuje nie do kocich łbów i wysiłku, jaki trzeba włożyć w pokonanie trasy słynnego klasyku, a do zniszczeń wojennych, które dotknęły ten region. Ważne, że przydomek jest spektakularny i zwiastuje coś ekstremalnego.

Paryż – Roubaix, choć jest ekstrawagancją w kalendarzu, wyjątkowym festiwalem i żywym pomnikiem tego sportu, to równocześnie kolarstwo w stanie czystym: kumulacja symboliki, emocji i prostoty typowych dla wyścigów rowerowych. I za to go kochamy.

Zdjęcie okładkowe: Ludlum123, flickr, CC BY 2.0

Skomentuj

Komentarze

Powered by Facebook Comments