Cyklokarpaty to maratony rowerowe, na których co roku chętnie się pojawiam. To fajne zawody organizowane z ambicją i zaangażowaniem. O tym, jak zrobić maraton, na który uczestnicy chcą wrócić a bloger interesuje się nim nawet, gdy nie ma podpisanej umowy o współpracę zapytałem odpowiedzialnego za serię Kellys Cyklokarpaty, Grześka Prucnala.

Marek Tyniec: Jak to jest, że się nie wymieniamy bannerkami a mimo to teraz rozmawiamy?
Grzegorz Prucnal: Tak mówisz, że się nie wymieniamy? Ale chyba się czytamy i o sobie wiemy. Nie jestem przekonany, czy wymienianie się bannerkami jest potrzebne, żeby o sobie mówić. Bannerek gdzieś wiszący jest, cóż, tylko bannerkiem.

MT: Ludzie się bardzo lubią wymieniać bannerkami. To czasem jest takie clou całej umowy o współpracy.
GP: I logo, które koniecznie musi być w określonym rozmiarze, nie mniejszym niż logo innego partnera. Może dlatego się nie wymieniamy, że będziesz chciał jeszcze większy ten bannerek i braknie nam miejsca na stronie?

MT: Niekoniecznie, ale do meritum. Kiedy się Cyklokarpaty zaczęły?
GP: 2008 rok. Więc wkrótce będziemy mieli dziesięciolecie.

MT: A ty ogarniasz Cyklokarpaty od samego początku?
GP: Cyklokarpaty na początku wyglądały tak, że na jesieni 2007r było spotkanko osób, które organizowały kilka maratonów na Podkarpaciu: w Pruchniku, Komańczy, Przemyślu. Byłem też ja, miałem zajmować się stroną internetową wyścigów ale się tak poskładało, że w trakcie sezonu przejąłem też część spraw stricte maratonowych i tak już zostało.

MT: I teraz jesteście serią… no właśnie jak to nazwać? Regionalną? Ogólnopolską? Bo lubimy nazywać, że coś jest “jakieś”. Np. “największy w tej części Europy”. Jakie są zatem Cyklokarpaty?
GP: Na pewno jesteśmy największą serią maratonów rowerowych “w tej części świata”. Nie wybiegamy bardzo ani na zachód ani na północ. Staramy się pokazać nasze imprezy jak największemu gronu uczestników, ale nie planujemy robić imprez gdzieś pod Warszawą czy Wrocławiem.

MT: Użytkowników macie raczej tych bardziej lokalnych?
GP: Średnio zawodnicy mają do nas dwie godziny drogi. To jest maksymalnie, ile chcą poświęcić. Myślę, że w większości imprez rowerowych w tym momencie to tak wygląda. Jest ich tyle, są niemal w każdej miejscowości w kraju, że głupio byłoby jechać dłużej niż te dwie godziny. Ale mimo to zachęcamy wszystkich, aby nas odwiedzili, bo pod Warszawą czy pod Wrocławiem nie zobaczy się tego co u nas.

MT: Gdy sobie przypominam, że jeszcze niedawno robiliśmy po 20tys kilometrów rocznie autem jeżdżąc na zawody, to było jakieś zupełne wariactwo. A jak dobrze pójdzie, to w tym roku będę miał większość wyścigów nie dalej niż 80km od domu.
GP: Czyli ty też nie zapuszczasz się gdzieś dalej?

MT: No nie…
A powiedz mi, robicie zawsze na koniec sezonu dość obszerną ankietę… Co z niej wynika? Jaki czynnik decyduje o tym, że ludzie przyjeżdżają właśnie do Was, nie licząc odległości oczywiście.
GP: Przede wszystkim doceniają atmosferę. Gdy czytam sobie te podsumowania, a jest co czytać, bo kilkaset osób wypełnia tę ankietę i często daje nam solidnie popalić, przede wszystkim pokazując, w którą stronę nie iść, to wskazują atmosferę. I wydaje mi się, że tworzą ją właśnie sami zawodnicy, których jest coraz więcej i którzy coraz chętniej do nas przyjeżdżają. A potem oni mówią nam, jak chcą, żeby Cyklokarpaty wyglądały i my staramy się spełnić te oczekiwania.

MT: Mnie się nie do końca tak wydaje, że to “tylko” ludzie. To znaczy niewątpliwie też, ale ja nie zakładam, że uczestnicy maratonów są inni na Podkarpaciu a inni na przykład na Mazowszu. Co do zasady jesteśmy podobni. Tym bardziej, że ja nie startuję w żadnej serii maratonów jako całości, więc wszędzie jestem gościem, więc mam jakieś porównanie. I u was jest jakoś fajniej i mam wrażenie, że to jest też trochę wasza zasługa.

GP: Może to jest ta kwestia, że staramy się słuchać. Nie tylko, że robimy tę ankietę, ale na bieżąco rozmawiamy z zawodnikami, cały czas można przecież coś poprawiać. Kiedy jest wola, żeby coś zmienić, to po prostu to robimy. Nie jesteśmy zamknięci na schematy, poszczególne imprezy nie są robione od A do Z według tego samego scenariusza, może to jest to, co nas wyróżnia.

MT: Mam też wrażenie, że wykonujecie wiele takich drobnych, ale ważnych gestów,które z mojego, zawodowego punktu widzenia są właściwie czystym marketingiem, ale bardzo przyjemnym w odbiorze..
GP: … dostałeś od nas kartkę w tym roku?

MT: Dostałem! Była super i o kartki chciałem właśnie zapytać. Ile ich wysłaliście?
GP: Kilka tysięcy. Mieliśmy w okolicach 2000 zdjęć, które były otagowane i mam nadzieję, że nie były otagowane błędnie, więc zawodnicy dostali właściwe.

MT: Ale przecież to jest koszt…
GP: No jakiś koszt jest, ale sposób, w jaki to zadziałało, zawodnicy te kartki publikowali, przekazywali sobie o nich informację.

MT: Zwłaszcza, że to nie były byle jakie zdjęcia.
GP: Zgadza się, to były bardzo fajne zdjęcia. Fotografowie, którzy z nami współpracują robią bardzo dobre zdjęcia i my je chętnie wykorzystujemy. Z kartkami była taka historia, że zaplanowaliśmy ich wysyłkę, kiedy publikowaliśmy kalendarz. Troszkę zawiodła poczta, bo doszły kilka godzin później, kalendarz opublikowaliśmy w poniedziałek wieczorem, a zaczęły do was dochodzić we wtorek, ale i tak jesteśmy zadowoleni, bo zawodnicy dobrze to odebrali, mogą mieć cały czas kalendarz przed sobą i planować starty u nas.

MT: Wysyłacie też smsy. Dużo smsów. O ile się orientuję, nikt inny tego nie robi. Nie jesteście najwięksi, ale jak na nasz rynek są to dość progresywne działania. Więksi i bogatsi tego nie robią.
GP: Nam najbardziej zależy na tym, żeby zawodnicy, którzy decydują się do nas przyjechać, nie denerwowali się przed samym startem tym, co muszą zrobić, gdzie pójść, zapłacić itd. Teraz (rozmawialiśmy na początku marca, przyp. MT) mamy ok. 900 numerów zarezerwowanych, w tamtym roku o tej porze mieliśmy 500-600. Coraz więcej osób myśli o tym, żeby u nas wystartować. Informując zawodników wcześniej, że i nam i im będzie łatwiej, jeśli zarejestrują się z wyprzedzeniem, pokazujemy, że nam na nich zależy.Stąd też opłaty startowe są tak zrobione, że jadąc na zawody będzie można zapłacić jeszcze przez telefon, z drogi, mniej niż kilka chwil później w biurze.. Lubimy się spotykać z zawodnikami, ale wolimy na samym starcie a niekoniecznie w biurze, gdy się irytują, że muszą czekać na obsługę.

MT: Jest jeszcze jeden wyróżnik, z którym was kojarzę. Dyplomy, pucharki i to, co jest na nich napisane jest mocno nieformalne. Skąd taki pomysł?
GP: Dlaczego nieformalne?

MT: Zamiast “dyplom za miejsce” jest czasem napisane “uszanowanko”
GP: A ile już dyplomów dostałeś w swoim życiu?

MT: Trochę
GP: No właśnie. A ten pamiętasz. Nas to nic nie kosztuje, żeby zrobić fajny dyplom. Przecież jest fajnie dostać coś, co zachowasz jako przyjemną pamiątkę.

MT: Z mojego punktu widzenia to wygląda tak, że jednak dość mocno myślicie o uczestnikach swoich maratonów.
GP: No tak, przecież robimy je właśnie dla nich, nie robimy ich dla siebie.

MT: Niby tak, ale znam takie powiedzenie, że zawsze na końcu jest aspekt finansowy imprez rowerowych. Nie wiem, jak to teraz wygląda, ale zwykło się mówić, że jest pewien limit uczestników, poniżej którego nie opłaca się robić maratonu. Wyprowadź mnie z błędu, ale u was czasami do, powiedzmy, 500 uczestników trochę brakuje.
GP: Zgadza się, często nie ma 500 osób, ale ważne jest to, jak się wydaje pieniądze, które się otrzymuje od zawodników. Jeśli poruszamy kwestię dyplomów, to te dyplomy i tak trzeba zrobić, ponosząc ich koszt…

MT: …ale można dać plastik z hurtowni medali, albo np. grawerowane drewienko, które ktoś musi wymyślić, zaprojektować, trzeba zapłacić grafikowi itd.
GP: Gdy dostaniesz plastikowy medal, to wrzucisz go do szuflady albo przy najbliższej okazji do kosza. A gdy dostaniesz coś ciekawego, zrobionego specjalnie z myślą o tobie i o tej imprezie, to nie musi być wielki, szklany puchar, którego i tak nie masz gdzie postawić, to za tym idzie twój następny start u nas. A wtedy koszt tego przygotowania wygląda inaczej.

MT: Przy ostatnich porządkach wielu medali faktycznie się pozbyliśmy. A drewienka z Cyklokarpat zostały i służą za podstawki pod kawę.
GP: Dla wielu zawodników, i tych, którzy stają na podium regularnie i tych, którzy stają tylko od czasu do czasu, to jest ważne, jak zostaną wyróżnieni. Kilka lat temu jeden z zawodników pochwalił się na facebooku tym, że palił naszymi statuetkami w kominku, opinie były różne. Tak czy inaczej to, jak wygląda puchar czy statuetka wyraża nasz szacunek do uczestników, do ich wysiłku i rywalizacji.

MT: A propos zawodników. Gdy ktoś “z zewnątrz” do was przyjedzie, to może się zdziwić poziomem sportowym, jaki prezentują stali bywalcy Cyklokarpat. Mam wrażenie, że ludzie trochę nie mają ze sobą kontaktu, wyjazd poza swój region oznacza, że tam mogą czyhać bardzo mocni rywale. Co może przekonać zawodnika, takiego trenującego i zaangażowanego, żeby wybrał sobie Cyklokarpaty jako cel sportowy?
GP: Jest u nas wielu bardzo dobrych zawodników. Czasy uzyskiwane na trasach są co roku poprawiane. Dobrze jest się “przeciągnąć” z takimi zawodnikami, którzy u nas startują.

MT: A nie korci was, żeby zaprosić do siebie czołówkę ogólnopolską? Mieliście przecież doświadczenie z organizowaniem eliminacji Pucharu Polski.
GP: Mieliśmy, owszem, ale wolimy to doświadczenie traktować jako jednorazowy wypadek przy pracy. Jesteśmy trochę zrażeni do działań PZKolu, nie umniejszając roli, jaką odgrywały osoby bezpośrednio zaangażowane w Puchar, ale póki co nas do tego nie ciągnie.

MT: Czyli w maratonowym Pucharze Polski nie było “wartości dodanej”?
GP: Zawodnicy startują, przyjeżdżają sędziowie, którzy chcą wykonywać pracę, za którą my już komuś zapłaciliśmy i on to robi dobrze (mam na myśli np. pomiar czasu), do tego dochodzą różne interpretacje i rozbieżności w regulaminach. Do tego na Pucharze Polski były problemy z dekoracją, nikt nad tym nie panował, sami zawodnicy chyba nie byli do tej idei przekonani.

MT: To skoro nie Puchar Polski, to co może przekonać zawodników wyczynowych, żeby u was startowali? (poza tym, że nie mogą, bo działa przepis o imprezach zabronionych). Pieniądze?
GP: Wiesz co, sporo osób z elity startowało u nas w zeszłym roku poza klasyfikacją z numerem “VIP”. Chcieli przyjechać, żeby pościgać się z naszymi zawodnikami i na naszych trasach. To czy ktoś taki jest w wynikach czy nie, nie jest dla mnie wyznacznikiem imprez, jakie robimy. Zapraszamy zawodników elity, zawsze ich miło witamy, ale czy mamy o to specjalnie zabiegać, takim czy innym kosztem, cóż, raczej się do tego nie przykładamy.

MT: Pytam, bo mam na myśli zawody np. w Czechach czy na Słowacji i tam jest coś, czego u nas brakuje, czyli prestiż konkretnych imprez, które w danej miejscowości są organizowane przez wiele lat, są stałym punktem kalendarza, ważnym wydarzeniem, na którym pojawiają się “wszyscy”.
GP: Poniekąd też tak działamy, robiąc imprezy w tych samych miejscach przez kilka sezonów. Na zachodzie lokalne ośrodki promocji dbają o to, żeby impreza była u nich co roku, razem z gminą budując swoją markę. U nas tak nie ma, ciężko znaleźć lokalnych, stricte urzędowych działaczy, którzy stwierdzą, że takie zawody to dla nich coś dobrego. Zawsze wiele zależy od wyników wyborów samorządowych, po których czasami okazuje się, że pieniądze będą, owszem, na sport, ale np. na piłkę nożną. Tym bardziej, że choć dla zawodników liczy się trasa, niekoniecznie chcą wracać w te same miejsca, bo chcą odkrywać nowe szlaki.

MT: W tym roku macie bardzo dużo imprez…
GP: 14, tyle samo co rok temu. Zaczynamy trochę wcześniej, odstępy między kolejnymi eliminacjami są trochę większe, większa jest też rozpiętość geograficzna, od Horyńca całkiem na wschodzie po Rzyki koło Andrychowa, gdzie będzie fajna, górska, impreza. Myślę, że większej ilości zawodników będzie u nas łatwiej wystartować.

MT: To ilu macie takich zawodników, którzy zaliczają 100% imprez?
GP: Mamy nawet takiego, który w zeszłym roku zaliczył dwie “generalki”. Ponieważ do klasyfikacji liczy się 7 startów, on przejechał 7 na dużym i 7 na średnim dystansie. Sporo było takich osób, które przejechały wszystkie imprezy. Wręczaliśmy im potem dyplomy w ramkach i palce nas trochę bolały od pakowania.

MT: Mimo wszystko trzeba być mocno zdeterminowanym, żeby brać udział w tylu maratonach w sezonie…
GP:…albo nas lubić

MT: Czyli myślisz, że to się sprowadza głównie do lubienia albo nie lubienia? Do sentymentu?
GP: Wiesz co… zdrowy tryb życia można prowadzić zawsze i wszędzie, ale coś musi cię ciągnąć, żeby ciągle spotykać się z tymi samymi ludźmi w mniej więcej tych samych miejscach. To, że ja byłem na wszystkich, naszych imprezach, to nie znaczy, że każdy musi na nich być.

MT: Czyli co… Puchar Polski nie?
GP: Póki co nie…

MT: Cały czas lokalnie…
GP: tak, cały czas lokalnie.

MT: i… jesteście po prostu mili?
GP: Tak, jesteśmy mili. Dzisiaj nawet rozmawiałem prezesem jednego z klubów, które u nas nie jeździły i dowiedziałem się, że dzięki temu, że u nas do “generalki” liczy się właśnie 7 imprez, to może pogodzić starty w Cyklokarpatach ze startami w innych zawodach, trochę pozwiedzać. Może faktycznie jest tak, że jesteśmy mili?

Zdjęcia użyte w tekście możecie znaleźć na facebooku cyklokarpat.

Skomentuj

Komentarze

Powered by Facebook Comments