Walońska Strzała zdominowana przez kolarzy zespołu Gewiss-Ballan jest symbolem kolarstwa spod znaku EPO. To wyścig, który pozbawił złudzeń tych, którzy wierzyli, że mogą walczyć o zwycięstwa w najważniejszych zawodach tylko przy pomocy “sił natury”.

Jeśli śledzicie wypowiedzi, wywiady, książki, w których skruszeni dopingowicze opowiadają o swoich doświadczeniach z nielegalnym wspomaganiem, łatwo wskażecie dzień, w którym “umarło czyste kolarstwo”.

Środa, 20.04.1994 to symboliczna data, po której nic już nie było takie samo. Każdy, kto miał nadzieję, że może coś zdziałać bez epo, stracił ją wtedy na dobre. Michele Ferrari, będący wówczas lekarzem zwycięskiej drużyny otwarcie stwierdził, że przyjmowanie wpływającego na produkcję krwinek hormonu jest podobnie niebezpieczne co wypicie kilku litrów soku pomarańczowego.

Ponieważ użycie EPO było wówczas niewykrywalne a nawet nie stosowano jeszcze limitów poziomu hematokrytu, pierwsza połowa lat ‘90 XXw była czasem wolnej amerykanki.

Marco Pantani bił kolejne rekordy na alpejskich podjazdach a w wiosennych klasykach sprinterzy nie zrzucali “z blatu” na stromych, ardeńskich wzniesieniach.

Choć to Bjarne Riis, który wygrał Tour de France 1996 w barwach grupy Telekom, a w sezonach 1994-1995 jeździł w zespole Gewiss-Ballan zyskał przydomek “Pan 60%” pochodzący od poziomu hematokrytu, jaki miał uzyskać dzięki wspomaganiu EPO, Duńczyk nie był jedynym, który celował w takie wartości.

Z czasem okazało się, że nie jest to wcale tak radosna i beztroska praktyka, ponieważ nadmiernie zagęszczona krew powodowała kłopoty z krążeniem, doprowadzając do problemów zdrowotnych a nawet śmierci młodych sportowców.

Tak czy inaczej, wiosną 1994 jeszcze mało kto myślał o takich bzdurach. Michele Ferrari skutecznie opiekował się zawodnikami Gewiss-Ballan, którzy wygrali Tirreno-Adriatico, Mediolan-Sanremo a na trasie Walońskiej Strzały bez widocznego wysiłku odjechali rywalom na 50km przed metą.

Moreno Argentin, Giorgio Furlan i Jewgienij Bierzin mocniej przycisnęli na pedały, utrzymali tempo przez kolejne kilometry i dotarli do słynnego “Muru” w miejscowości Huy. Tam łaskawie stanęli na pedałach i z ekstremalnie niską kadencją dojechali do mety, jak gdyby nigdy nic.

Pierwszy minął ją Argentin, tuż za nim zameldował się Furlan a Bierzin był trzeci, jednak prawdopodobnie nie czuł się pokrzywdzony, ponieważ miesiąc później triumfował w Giro d’Italia, gdzie pokonał Miguela Induraina i Marco Pantaniego.

Jeśli wierzyć filmowi “The Program”, było to jedno z tych wydarzeń, które skierowało Lance’a Armstronga w ramiona Michele Ferrariego. Amerykanin, nie jedyny zresztą, skoro już podjął decyzję pozostania w zawodowym peletonie, postanowił grać wedle obowiązujących zasad a w ciągu następnej dekady doprowadził, zorganizowany wspólnie z włoskim fizjologiem system do perfekcji, która dała mu siedem zwycięstw w Tour de France.

Riis, Virenque, Pantani i wielu, wielu innych wybrało tę samą drogę. I tak to poszło dalej, przez kolejne afery i skandale: Festiny, Pantaniego, Oil for drugs, Puerto aż do wprowadzenia systemu ADAMS i paszportów biologicznych, gdy tempo peletonu na chwilę spadło.

Skomentuj

Komentarze

Powered by Facebook Comments