Gloryfikowanie sportowców odnoszących sukcesy w czasach powszechnego stosowania dopingu to zły pomysł. Wymazywanie ich z tabel podobnie, może więc pora na nazwanie po imieniu tego, co zostało po Armstrongu i Pantanim.

Nie, nie przegapiłem rocznicy śmierci Pantaniego. Stwierdziłem, że ani nie jest “okrągła” (“Pirat” odszedł od nas 13 lat temu), historię włoskiego kolarza mniej lub bardziej znają wszyscy a przypominanie jej co roku nieco mija się z celem.

Dekadę po znalezieniu ciała zawodnika napisałem tekst, podsumowujący jego karierę i dramat. Choć od tego czasu sprawa jego śmierci i zaangażowania w nią mafii powróciła i wskazuje, że camorra faktycznie miała udział w złamaniu jego życia, do wyjaśnienia pozostaje zupełnie inna kwestia.

Teoretycznie o zmarłych nie powinno mówić się źle. Pytanie tylko, czy “prawda” to “źle”?

Pantani jest wielbiony, traktowany jak idol, ubóstwiany nie tylko przez Włochów. Organizatorzy Giro d’Italia hołubią pamięć o nim, przypominając postać przy okazji prowadzenia etapów na Montecampione czy do sanktuarium w Oropie.

Archiwalne wideo na youtube przypominają o spektakularnej jeździe “Pirata”, który niczym na doładowanym elektrycznie rowerze mija i gubi kolejnych rywali. W imponującym stylu, często stając na pedałach, z zawadiacką miną i z charakterystyczną chustą na głowie faktycznie stał się ikoną.

Do dziś Marco Pantani jest rekordzistą podjazdu na Alpe d’Huez. Nie poprawił go ani Lance Armstrong podczas indywidualnej czasówki ani przyspieszający kolarze ery “marginal gains”.

Pytanie brzmi, czy popisy te należy traktować jako przykład sukcesu sportowego czy wyłącznie jako dokument określonych czasów? Samego Pantaniego szanować nie za wygrane a za charyzmę i odwagę na trasach wyścigów, podobnie zresztą jak Lance’a Armstronga.

Wielokrotnie udowodniono, że twierdzenie, jakoby w warunkach, gdy “biorą wszyscy” i tak wygrywał najlepszy jest błędne. Bjarne Riis nazywany “Panem 60%” od wartości hematokrytu, jaką miał osiągać dzięki kolejnym dawkom EPO pamiętany jest raczej jako postać niesławna, tymczasem Pantani, który również chętnie modyfikował swoją krew (w szpitalu po kraksie zmierzono mu 57,6%) jest bohaterem.

Nawet, jeśli “radośnie” dopingowali się niemal wszyscy, być może po największe zwycięstwa sięgali zawodnicy, którzy robili to najbardziej bezkompromisowo. A ci, którzy granicę już nawet nie rozsądku czy przyzwoitości, ale po prostu bezpieczeństwa grubo przekroczyli, cóż, po prostu umarli.

Nie wiemy ile “brał” Pantani, od kogo i w jaki sposób kupował leki czy kogo korumpował, by otrzymać na nie recepty. Wiemy natomiast, przenosząc się dziesięć lat później, że wielu dziennikarzy i fanów wyżej stawiało szalejącego na podjazdach Giro i Touru Ricardo Ricco, niż defensywnego, mozolnie szukającego sekund przewagi Cadela Evansa czy Rydera Hesjedala. Charakter i spektakl skutecznie przykrywają przykrą świadomość, że pod eksplozją mocy może kryć się niedozwolone wspomaganie.

To Pantani doczekał się pomników, choć, powiedzmy sobie szczerze, w czasach, w których wygrywał, by to osiągnąć, poza typowymi dla sportowca przymiotami musiał, niczym Armstrong, również osiągnąć mistrzostwo w grze poza granicami nie tylko reguł sportu, ale i prawa.

Swoje wygrał, przeszedł nawet do historii, ale cała historia zakończyła się tragicznie.

Zdjęcie okładkowe: Hein Ciere / Wikimedia Commons CC BY 3.0

Skomentuj

Komentarze

Powered by Facebook Comments