Aerodynamika, pozycja, liczenie gramów, sekund, ułamków kątów… Tak, to wszystko ma niezaprzeczalny sens, ale w piramidzie potrzeb ważniejsze są podstawy. Czy “marginal gains” dla amatora może być czymś więcej, niż tylko zabawą?

Rozłóż, popraw, złóż

“Filozofia marginal gains”, została upowszechniona a raczej wypromowana przez Team Sky. To nie tak, że wcześniej nikt jej nie stosował. Wielu perfekcjonistów w każdej dziedzinie sportu, życia czy nawet przemysłu od lat działa w ten sposób.

W skrócie ta “filozofia” polega na rozłożeniu maszyny czy też procesu na czynniki pierwsze, usprawnieniu każdego z nich z osobna o choćby 1% by po złożeniu całości cieszyć się z wyraźnie poprawionych osiągów.

Jeśli weźmiemy pod lupę życie kolarza zawodowego, bez zaburzania cennej homeostazy i, w teorii, bez łamania przepisów: zarówno antydopingowych jak i tych ograniczających modyfikacje sprzętu można, stosując “zyski marginalne” zbudować całkiem pokaźną przewagę.

Poprawić można niemal wszystko: od klamerki w bucie, przez materac, na którym zawodnik śpi po wyścigu, umiejscowienie mocowania hamulców, obciążenie w czasie treningu po tak widoczne elementy jak kształt kasku, materiał i krój koszulki czy typ użytego na danym etapie koła.

Gwałtowne przyspieszenie

Patrząc na to, jak bardzo zmienił się zawodowy peleton w ostatnich latach, trudno podważyć skuteczność takich działań.

Postęp w dziedzinie aerodynamiki jest gigantyczny. Dzięki powszechnemu życiu kompozytów, kolarze jeżdżą na sprzęcie stawiającym minimalny opór powietrzu nie tylko podczas etapów jazdy na czas, ale nawet w górach, gdzie również daje im to przewagę.

W sytuacji, gdy dopuszczalna masa roweru jest regulowana przepisami, zamiast dociążać sprzęt odważnikami, stosuje się bardziej ergonomiczne siodła, nie ma też obaw przed użyciem cięższych elementów umożliwiających dodatkową analitykę. Zysków wagowych szuka się za to w stroju, kasku czy butach, które również muszą być “aero”.

Kolarze szukają też różnicy w oporach toczenia. Standardem stały się szersze, paradoksalnie nie tylko bardziej komfortowe, ale i szybsze opony. Najlepsi stosują cermiaczne łożyska, zyski dają również preparaty do smarowania łańcucha (na specjalne okazje stosuje się odpowiednio “impregnowane”).

Za kilkaset euro można na takich – dosłownie – drobiazgach oszczędzić kilkanaście watów. Dokładając do tego udowodnione w tunelu aerodynamicznym zyski związane z aerodynamiką okazuje się, że kolarz ery “marginal gains” na czasówce czy podjeździe jest szybszy o kilkadziesiąt a bywa, że i kilkaset sekund a do kluczowych momentów wyścigu dojeżdża mniej zmęczony.

Słynna “linia oddzielająca zwycięstwo od przegranej” jest bardziej wyraźna niż można by się spodziewać.

Nowy kask? A może więcej snu?

A jak to wygląda “w normalnym życiu”? Czy sportowiec trenujący i startujący w zawodach, jednak łączący to z pracą na etacie lub choćby na jego połówce powinien skupiać się na takich samych “zyskach marginalnych” co zawodowcy?

Czy kupno nowego kasku za tysiąc złotych, na który trzeba zapracować biorąc nadgodziny da lepszy wynik na niedzielnym wyścigu niż poświęcenie tychże godzin na sen?

Co lepiej się sprawdzi? Sesja bikefittingu czy może proste siedzenie przed komputerem w celu unikania zbędnego napięcia mięśni, kontuzji stawów i zmęczenia?

Nowe suplementy poprawiające transport tlenu zapewne poprawią stosunek mocy do masy, ale czy w taki sam sposób jak dwa, trzy kilogramy mniej zyskane dzięki odstawieniu przynajmniej części słodyczy?

Skutkiem kosztownego zgrupowania w ciepłych krajach bardziej niż zwyżka formy może być przetrenowanie a główną korzyścią nie przejechane kilometry a oddech od codziennych trosk, czyli nic innego, jak klasyczne wakacje. O ile oczywiście “obóz treningowy” nie zostanie zmieniony w “obóz koncentracyjny”, ponieważ skłonność do przesady to kolejny kawałek układanki, który bardziej niż brak ceramicznych łożysk bruździ amatorowi kolarstwa.

Rolą wynajętego trenera bywa więc często nie tylko wyznaczenie właściwych stref obciążenia i prawidłowe ułożenie planu kolejnych ćwiczeń, ale też powstrzymywanie skłonnego do autodestrukcji pasjonata przed wykonywaniem nadmiernej ilości niedostosowanych do możliwości sesji.

Serce i rozum

Prawda jest taka, że choć nie można negować “marginal gains”, których poszukują zawodowcy, dla amatora zestaw usprawnień nad którymi powinien się pochylić jest zupełnie inny. Nawet dla tego, który trenuje kilkanaście a może i dwadzieścia kilka godzin w tygodniu.

Czy to oznacza, że należy odrzucić wszystkie zdobycze techniki, aerodynamiki i ergonomii, skupić się wyłącznie na podstawach a dopiero po ich zoptymalizowaniu zająć się detalami?

Skoro poprawiając podstawy i to nie o 1% a kilkadziesiąt procent możemy stanąć na podium, może nie warto zawracać sobie głowę takimi bzdurami jak nowy kask, obcisła koszulka czy bardziej dopasowane siodło?

Cóż… nie do końca tak jest. Po pierwsze, jeśli mamy możliwość, to czemu nie zająć się wszystkimi elementami, zachowując oczywiście rozsądne proporcje między wagą każdego z nich. Po drugie, jakby na to nie patrzeć i jakkolwiek poważnie do sprawy nie podchodzić, to przecież jest nasze hobby, pasja, sposób na spędzanie “wolnego” czasu. Nawet, jeśli dla wielu z nas to bardzo ważny element codziennego życia. Zatem odbieranie sobie przyjemności, radości i satysfakcji związanej z  “zabawą w zawodowca” i życie w ascezie wyłącznie dla zasad to spory błąd.

Być może 5W zysku które daje nowy kask i 15W zdobyte po bike fittingu nie zmienią zera w bohatera, ale świadomość, że jest to “bardziej pro” i związany z tym entuzjazm mogą dać większy zastrzyk energii niż tabletka z kofeiną.

A poza tym, przecież i tak chodzi o zabawę, czyż nie?

Zdjęcie okładkowe: Jaguar MENA, flickr, CC BY 2.0

Skomentuj

Komentarze

Powered by Facebook Comments