Fabian Cancellara, “Purito” Rodriguez, Frank Schleck, Ryder Hesjedal czy Bradley Wiggins. Pokolenie kolarzy, którzy dostarczali nam emocji rywalizując na trasach najważniejszych wyścigów ustępuje miejsca młodszym. Godni następcy są już gotowi by przejąć ich rolę w sensie sportowym, pytanie, czy wniosą do kolarstwa równie wiele, co kończące swoje kariery gwiazdy.

Generacja przełomu, zawodnicy, którzy wchodzili w zawodowstwo, gdy rządzili nim Armstrong, Ullrich, Michele Ferrari i Eufemiano Fuentes. Kończą, gdy kolarze są kontrolowani kilkanaście razy w roku, muszą precyzyjnie deklarować swoje miejsce pobytu a dyskwalifikację można zaliczyć nawet bez pozytywnego wyniku testu antydopingowego. Wystarczą nieprawidłowości w profilu zapisywanym w “paszporcie biologicznym”.

Bradley Wiggins dokonał rzeczy wielkich. Rozpoczął karierę jako wybitny torowiec, zdobywając trzy złote medale olimpijskie. Następnie przeniósł się na szosę, zrzucił każdy, zbędny gram, wygrał Paryż-Nicea, Tour de Romandie i Criterium du Dauphine. Był trzeci w hiszpańskiej Vuelcie, wygrał Tour de France oraz tytuły mistrza olimpijskiego i mistrza świata w jeździe indywidualnej na czas. Następnie podjął wyzwanie “Piekła Północy”, gdzie zajął 9. miejsce, pobił rekord świata w jeździe godzinnej z imponującym rezultatem 54,526km, dostał tytuł szlachecki, założył własną drużynę, powrócił na tor, gdzie został mistrzem świata a karierę zakończył zdobywając olimpijskie złoto w drużynie, równocześnie bijąc po raz kolejny rekord świata. Gdyby nie “Fancy Bear”, afera związana z TUE i tajemniczą paczką z medykamentami, dostarczoną mu w 2011r, byłby niemal “świętym”, ikoną wyrzeczeń, możliwości transformacji, taktyki i słynnych “marginal gains”. Tak czy inaczej, jest jedną z najbardziej zasłużonych i utytułowanych postaci w kolarstwie zawodowym początków XXIw.

Fabian Cancellara również był kolarzem uniwersalnym, ale bardziej niż na etapówkach, skupił się na klasykach. Genialny specjalista jazdy indywidualnej na czas, zaczynający od prologów a następnie zdobywca czterech tytułów mistrza świata i dwóch mistrza olimpijskiego, gdy tylko peleton wjeżdżał na brukowane drogi Flandrii i północnej Francji, stawał się najpoważniejszym rywalem dla lubujących się w takim ściganiu Belgów. Owszem, towarzyszyły mu oskarżenia o współpracę z Eufemiano Fuentesem, był też pierwszym kolarzem otwarcie podejrzewanym o stosowanie dopingu mechanicznego, mimo to obronił się nienagannym stylem, postawą fair i charyzmą. Tym bardziej, że wszystkie plotki póki co były tylko plotkami. Ma na swoim koncie siedem wygranych “monumentów” (po trzy razy Paryż-Roubaix i Ronde van Vlaanderen, raz Mediolan Sanremo), jest ikoną Strade Bianche (trzy zwycięstwa i pamiątkowa tablica przy trasie), siedem etapów Tour de France i trzy Vuelta a Espana. Przy tym wszystkim zaskarbił sobie serca kibiców drobnymi gestami jak choćby symbolicznym piwkiem na mecie “Flandrii”, walecznością przy powrotach po kolejnych, przykrych kontuzjach, jako wieczny rywal Toma Boonena i oddany pomocnik na trasach wielkich tourów. Nawet, jeśli podczas pożegnania z Paryż-Roubaix upadł na torze podczas rundy honorowej na słynnym welodromie, jego odrodzenie na olimpijskiej czasówce w Rio jest jednym z jaśniejszych momentów sezonu 2016.

Nieco opornie z peletonem żegnał się Joaquim “Purito” Rodriguez. Zwycięzca Walońskiej Strzały i dwukrotny triumfator Giro di Lombardia zapamiętany zostanie z tego, że przegrał dwa, w zasadzie już “wygrane” wielkie toury w sezonie 2012: Giro d’Italia i Vuelta a Espana. Jego pogromcami stali się Ryder Hesjedal, dzięki wytrwałości, bezkompromisowości i lepszej jeździe na czas oraz Alberto Contador, po zaskakującym ataku na etapie do Fuenta De. Choć “Purito” często uznawany był za przegranego, trzeba pamiętać, że stał na podium każdego z wielkich tourów (raz Giro, raz Tour i trzy razy Vuelta), do tego był mistrzem ataków na krótkich, ale morderczo stromych podjazdach. Karierę chciał zakończyć medalem olimpijskim w Rio de Janeiro, ale jedyne, co zdołał tam osiągnąć, to piąta lokata. Następnie wahał się, czy nie kontynuować ścigania w barwach Bahrain-Media u boku Vincenzo Nibalego, ale postanowił zrezygnować z aktywnej rywalizacji na rzecz kierowniczej roli w nowym zespole.

Wspomniany przy tej okazji pogromca Rodrigueza z Giro d’Italia, Ryder Hesjedal również kończy karierę po sezonie 2016. Mój sentyment do postaci Kanadyjczyka wiąże się przede wszystkim z faktem, że na szosę przeszedł z kolarstwa górskiego. Drugim, istotnym elementem jest ten, że sporą, tę lepszą, część swojej kariery, spędził w drużynie Jonathana Vaughtersa, deklarując “czyste kolarstwo”, mimo wcześniejszych grzechów dopingowych w zespole Lance’a Armstronga.

Dopingowe kontrowersje były także udziałem Franka Schlecka, który choć współpracował z Eufemiano Fuentesem i wpadł na stosowaniu diuretyku, w sumie nie ścigał się z tych powodów ledwie 1,5 roku. Był solidniejszym, mniej chimerycznym, ale też odrobinę mniej utalentowanym z braci Schleck. Mimo to stał na podium Tour de France, wygrał Tour de Suisse i Amstel Gold Race a co najważniejsze, karierę zakończył później, w dobrej kondycji, bez syndromu wypalenia i ze sprawnymi stawami kolanowymi w przeciwieństwie do bardziej błyskotliwego, młodszego brata Andy’ego.

Sezon 2016 był też ostatnim dla takich zawodników jak Jean-Christophe PeraudMathew Goss, Linus Gerdeman, Fabian Wegman, czy nasz Sylwester Szmyd, który pomagał Ivanowi Basso, Damiano Cunego i Gilberto Simoniemu a którego największym sukcesem w karierze była wygrana na Mont Ventoux podczas Criterium du Dauphine. Po kontuzji z peletonem żegna się też lubiany Bartosz Huzarski.

Poza nielicznymi wyjątkami, zawodowym peletonem rządzą teraz kolarze urodzeni po 1990r. Sportowi millenialsi, którzy już niemal całkowicie zastąpili mające burzliwą przeszłość pokolenie X.

Skomentuj

Komentarze

Powered by Facebook Comments