W życiu nie sądziłem, że okażę się taki postępowy. A jednak! Po obradach komisji konkursowej Bike-Expo wiem, że wcześniej czy później wszyscy będziemy mieli rowery elektryczne.

Tak jak rok temu, tak i przed tegorocznymi targami w Kielcach uczestniczyłem w obradach komisji konkursowej. Tym razem producenci i dystrybutorzy sprzętu dostarczyli nam okazji do zdecydowanie bardziej wytężonej pracy.

W pracach w komisji najciekawsze jest to, że grono jurorów jest bardzo różnorodne, zawiera w sobie użytkowników i entuzjastów niemal każdej odmiany jazdy na rowerze.

Nie spodziewałem się, że znajdę się w tej, bardziej postępowej części jury. Ba, nie spodziewałem się też, że po kilku dyskusjach przekonam się do sensowności nie tylko istnienia, co nawet posiadania roweru elektrycznego.

W międzyczasie i zupełnie niezależnie dostałem prasówkę agencji obsługującej Shimano, zawierającą wyniki badania dotyczącego właśnie “elektryków”. Są one zaprezentowane w modnej i popularnej formie infografiki, którą możecie zobaczyć poniżej:

infografika-shimanosteps

Jak zapewne słusznie zauważy większość z Was, ta infografika to klasyczny przykład “content marketingu”. Co więcej, z kilkoma stwierdzeniami w niej zawartymi zwyczajnie się nie zgadzam.

E-bike nie jest ekologiczny. Jasne, jest bardziej “czysty” od motocykla, skuteru czy auta, ale mimo wszystko w stosunku do klasycznego roweru produkcja silnika a przede wszystkim akumulatora oraz ich późniejsza utylizacja to spore obciążenie dla środowiska.

Co więcej, “commuting”, czyli jazda do pracy czy na zakupy, którą większość ankietowanych wskazuje jako cel użytkowania roweru nie ma zbyt wiele wspólnego z poprawą kondycji fizycznej.

Ostatnio, chcąc oszczędzić nieco czasu i korzystając z dobrej pogody kilka razy dojeżdżałem do pracy moją szosówką, zamiast “mieszczuchem”. Z ciekawości włączyłem licznik, by sprawdzić odczyty z miernika mocy. Wydatek energetyczny wyrażony w kcal jak i obciążenie treningowe wyrażone w TSS były absolutnie zaniedbywalne. Ok, do pracy mam blisko (niespełna 3km), ale nawet, gdybym miał dwa i pół raza więcej (czyli wciąż mieściłbym się w granicach opłacalności dojazdu rowerem), nie spaliłbym więcej niż 150kcal a TSS nie wyniósłby więcej niż 10. Czyli tyle co nic. Dla poprawy kondycji dużo lepszym rozwiązaniem byłby marsz.

Mimo wszystko jestem kolarzem, do tego przychodząc do pracy mogę się ubrać jak chcę. Gdy pomyślałem o osobie, która z powodu organizacyjnych regulaminów musi się trzymać “dress-code’u”, do tego np. wiezie ze sobą komputer i pudełka z jedzeniem stało się jasne, że e-bike może być dla niej idealnym rozwiązaniem.

Szansa na zapocenie wyjściowej koszuli zdecydowanie spada, podobnie jak czas przejazdu. Wspomaganie przy pokonywaniu niewielkich, miejskich wzniesień jak np. wiadukty nie podnosi tętna, dzięki czemu pozbywamy się jednej z popularnych barier wejścia odstręczających od wybrania roweru jako środka komunikacji miejskiej.

Sam też chętnie przygarnąłbym “elektryka”, tyle, że w jakiejś niewielkiej wersji “cargo”. Zakupy robię na trzech placach targowych w centrum miasta, oddalonych od siebie o ok. 2km każdy. Wspomagany elektrycznie cargo-bike rozwiązałby spory problem z parkowaniem auta i umożliwił kupno warzyw, owoców, ekologicznego nabiału czy “swojskich” wędlin na cały tydzień, oszczędzając mi sporo czasu i energii przed treningiem czy zawodami. Jazda z plecakiem, siatką i wyładowanym koszykiem na kierownicy nie jest, mimo wszystko ani przyjemna, ani szybka, ani przyjemna, gdy trzeba rozpędzić “mieszczucha” ruszając ze świateł.

Idąc dalej, zdarzało mi się widywać w krakowskim Lasku Wolskim ojca z synem. Ojciec na uniwersalnym fullu wyższej klasy a za nim dziarsko pomykająca na doładowanym mtb wczesno-nastoletnia pociecha. W ten sposób mogą spędzić więcej czasu razem, dojeżdżając w miejsca, gdzie nie byliby w stanie wspólnie dojechać a wycieczka ma większą szansę na to, by zapaść w pamięć jako przyjemne doświadczenie. Ten sam casus można spokojnie zastosować do osób nieco starszych czy też prezentujących większą różnicę wytrenowania. Tu, tak samo jak w przypadku “commutingu” kluczem jest: obniżenie bariery wejścia.

To właśnie w ostatnich sezonach robi cała branża rowerowa. Fatbike’i, koła w rozmiarach “plus”, kolejne odmiany rowerów szosowych: gravele, “endurance”, “adventure”. To wszystko powoduje, że na rower może wsiąść większa grupa użytkowników. Dojechać dalej, wyżej, wygodniej.

Tu właśnie przyszło dla mnie największe, osobiste zaskoczenie. Przestałem się zastanawiać czy “gravel” lub inny “endurance” to “prawdziwa szosówka”. Tak jak przestałem rozważać, czy “ebike” to jeszcze rower czy już skuter. Jeśli jest zbudowany na nowoczesnym systemie takim jak właśnie Steps, Bosch czy Yamaha, i faktycznie wyłącznie wspomaga, ma “odcięcie” w odpowiednim momencie i nie napędza roweru “od zera”, fajnie rozwija ideę, zamiast ją wypaczać.

Co więcej, w określonych ramach widzę też i elektrykę w wydaniu sportowym. To ciekawe, że każdy z tych “nowych”, prezentowanych początkowo jako zabawowy czy też rekreacyjny sprzęt rowerowy dość szybko znajduje entuzjastów chcących się na nim ścigać.

Biorąc pod uwagę co powyższe, widzę tylko dwie wady e-bike’ów (tak jak i innych, nowych koncepcji roweru).

Po pierwsze, nie mam takiego sprzętu w wersji np. mtb gdzie przechowywać. Na “model nieskończonej liczby rowerów + 1” trudno sobie pozwolić w normalnych warunkach lokalowych.

Po drugie, w wydaniu miejskim nie trzymałbym roweru wartego kilka tysięcy, przypiętego do słupa na ulicy. Narażonego na kradzież i ulegającego stopniowej biodegradacji (poza akumulatorem ;).

Skomentuj

Komentarze

Powered by Facebook Comments