By ekscytować się mistrzostwami Europy w kolarstwie torowym, trzeba być nie lada koneserem tego sportu. By równocześnie nie doceniać zdobytych tam przez Polaków medali, trzeba wykazać się pewną dozą ignorancji.

Sukces w Saint-Quentin-en-Yvelines

Torowe Mistrzostwa Europy rozegrano w tym roku w drugiej połowie października we Francji. Dla wielu zawodników były one rozgrzewką przed rozpoczynającym się sezonem torowym: Pucharem Świata czy popularnym “sześciodniówkami”.

Polska reprezentacja przywiozła z nich pięć medali: złoty drużyny sprinterów, trzy srebrne: Adriana Teklińskiego w scratchu, Justyny Kaczkowskiej na 3km oraz drużyny kobiet na 4km a także brązowy Katarzyny Pawłowskiej w wyścigu punktowym.

W klasyfikacji medalowej dało nam to 9. miejsce. Zamiana jednego srebra na złoto spowodowałaby awans na miejsce 5.

Krótko mówiąc sukces. Tyle, że…

W tym roku liczyły się Igrzyska

I w zasadzie tylko Igrzyska. To w Rio de Janeiro bito rekordy świata, to w Rio kolarze i kolarki przechodzili do historii. Dla reprezentacji Polski start w Brazylii był średnio udany. Nie tylko nie obyło się bez kontrowersji (sprawa startu Małgorzaty Wojtyry w omnium, nerwowy finał keirinu, wykluczenie drużyny kobiet i emocjonalny post na blogu Katarzyny Pawłowskiej), to jeszcze sportowo nasi torowcy wypadli poniżej oczekiwań.

Owszem, porównując dane historyczne spisali się nieźle, ale do Rio pojechali zbierać punkty lub nawet medale niezbędne Polskiemu Związkowi Kolarskiemu i naszemu kolarstwu jako takiemu by zapewnić wysoki poziom finansowania dyscypliny z Ministerstwa Sportu i Turystyki.

Paradoksalnie dwa medale dla kolarstwa, czyli 18% wszystkich medali zdobytych przez Polaków w Rio przywieźli szosowiec Rafał Majka i kolarka górska, Maja Włoszczowska. Do tego Maciej Bodnar i Katarzyna Niewiadoma dołożyli dwa szóste miejsca na szosie. Ten wynik z torowców wyrównał tylko Damian Zieliński w keirnie.

Biorąc pod uwagę nacisk, jaki PZKol kładzie na tor: zarówno komunikacyjnie, emocjonalnie czy (co najważniejsze) finansowo, zdecydowanie coś poszło nie tak. Tym bardziej, że zarówno sprinterzy jak i drużyna kobiet byli szybsi na jesiennych ME niż na “najważniejszym starcie czterolecia”.

Przypomina się casus polskich lekkoatletów, którzy zmietli konkurencję podczas tegorocznych mistrzostw Europy a na Igrzyskach nie zawiedli tylko przedstawiciele rzutów.

ME to nie jest ogórek

By wystartować w mistrzostwach kontynentu, trzeba być w ścisłej czołówce swojego kraju w swojej dyscyplinie. By zakwalifikować się tam do finału, trzeba być znakomitym sportowcem. By wygrać medal, wybitnym.

Nawet, jeśli część największych gwiazd jest po sezonie, zakończyło karierę po Igrzyskach, zbiera siły lub też zalicza obowiązkowe tourne po krajowych i światowych mediach.

Nazwijmy sprawę po imieniu: bez względu na to, czy to judo, biegi na średnim dystansie, kolarstwo torowe lub zaklinanie robaków, na imprezy mistrzowskie jeździ elita. Jasne, czasem, jak w tym roku na ME, swoją szansę mogą dostać młodsi lub mniej utytułowani zawodnicy, ale podium mistrzostw kontynentu nie czeka na ludzi z ulicy.

Co więcej, jak słusznie zauważył Tomasz Jaroński, nasza kadra była młoda, dzięki czemu można śmiało powiedzieć, że nawet przy nie najlepszej obsadzie ME jako takich, mamy solidne “zaplecze” dla Olimpijczyków.

Ze swojej strony dodam też, że doświadczenie zwycięstwa jest cennym elementem budowania kariery przyszłego mistrza tak samo jak dla ciągłości szkolenia jako takiego. Nawet, jeśli dla części medalistów podium ME to szczyt możliwości, to jest to osiągnięcie dostępne dla nielicznych, pokazuje cel, do którego można dążyć i traktować jako element budowania sportowej kariery.

Skąd zatem niechęć do toru

Cóż, kolarstwo torowe to sport elitarny. Obiektów jest niewiele, sprzęt drogi, możliwości doświadczenia przez amatorów i pasjonatów niewiele.

W naszych realiach proporcje między popularnością i powszechnością poszczególnych konkurencji a zaangażowaniem ze strony Polskiego Związku Kolarskiego są niewątpliwie zaburzone.

Z jednej strony przyczyną jest Ustawa o Sporcie i realia finansowania dyscyplin związane z wynikami na Igrzyskach Olimpijskich. Dziesięć kompletów medali czeka na torowców podczas IO. Na szosie są 4, w mtb tylko 2.

Równocześnie Związek został niemal dekadę temu obarczony prezentem-pomnikiem jednego z poprzednich prezesów, czyli obiektem w Pruszkowie.

Połączenie tych dwóch elementów powoduje, że głupio byłoby nie inwestować w tor i torowców. Tym bardziej, że ze względu na charakter dyscypliny w tym wypadku łatwo wskazać ojca, lub ojców sukcesu.

O ile medale Włoszczowskiej i Majki czy inne sukcesy na szosie to dzieło zawodowców, częściowo lub niemal całkowicie niezależne od Związku, o tyle w wynikach torowców, w tym medalach ME, udział “centrali” jest wyraźnie większy.

Oczywiście szkoda, że pozostałe konkurencje kolarskie, w tym te nieolimpijskie, nie mają takiego wsparcia jak tor. Związek, choć mógłby, de facto nie angażuje się w organizację innych imprez niż torowe. Gros budżetu przeznaczany jest na kadrę i sprzęt torowców w sytuacji, gdy zawodnicy i organizatorzy mtb lub cyclocrossu funkcjonują w zupełnie innych realiach.

Tyle tylko, że sami kolarze nie są temu winni. Zatem, gratulacje dla naszych medalistów i powodzenia na Pucharze Świata!

Zdjęcie okładkowe: ICMA Photos, CC BY SA 2.0, flickr

Skomentuj

Komentarze

Powered by Facebook Comments