Movistar i Tinkoff, Quintana i Contador po ataku “w stylu vintage” ugotowali Team Sky i Chrisa Froome’a. Pomocnicy się zagapili a zwycięzca Tour de France zapłacił cenę za pogoń i stracił sporą część szans na wygranie Vuelta a Espana. Mimo, że jak zawsze patrzył na wskazania miernika mocy a w uchu miał słuchawkę z głosem dyrektora sportowego.

To stara prawda, ale nie pierwszy raz została potwierdzona. O przebiegu wyścigu decydują kolarze. Owszem, można im w tym nieco pomóc lub przeszkodzić, ale gdy przychodzi do prawdziwego ścigania to sami zawodnicy podejmują wysiłek i ryzyko.

Najlepsza elektronika nic nie da, gdy zawiodą nogi lub gdy rywal wyjdzie poza schemat zaskakując konkurentów niestandardową akcją.

Czy Chris Froome przegrał już tegoroczną Vuletę? Nie, ale prawie. Ma jeszcze trzy szanse by odrobić trzy minuty straty do Nairo Quintany. A właściwie to cztery, bo wiele zależy od dnia odpoczynku, tego, jak lider zespołu Sky oraz jego pomocnicy zregenerują nie tylko siły, ale też zdruzgotane morale.

“Dopóki oddycham – atakuję”, to cytat z Bernarda Hinault. Słynnego Francuza, wielkiego mistrza lat ‘80 XXw współcześnie skutecznie zastępuje Alberto Contador.

Hiszpan wyraźnie nie ma już nóg takich, jak za swoich najlepszych lat. Nawet wygrane w zeszłym roku Giro d’Italia pokazało, że w peletonie znajdują się mocniejsi od niego rywale. Mimo to Contador wciąż potrafi pojechać “à bloc”, rzucić na szalę nie tylko wszystkie swoje siły, ale też założyć, że w zanadrzu ma jeszcze coś ekstra, co pozwoli mu zwyciężyć.

Coraz częściej ma tylko tyle, ile ma, a własne zasoby pozwalają nie tyle na wygraną, co na zmianę oblicza wyścigu. Na tegorocznej Vuelcie to wystarczyło, by pogrzebać Team Sky i Chrisa Froome’a. W połączeniu z siłą zespołu Movistar dało to chwilową klęskę technokratów i uciechę fanom “kolarstwa w stylu vintage”.

Contador nie pierwszy podczas tej Vuelty spróbował ofensywnej jazdy. Na Lagos de Covadonga również testował swoje możliwości w starciu z Quintaną i w końcówce również zabrakło mu sił. Mimo to wciąż szarżuje bez kalkulacji, choć tak jak jego rywale ma i radio i miernik mocy i aerodynamiczny sprzęt i dostęp do wszystkich nowinek technicznych.

Z kolei Quintana jedzie tak, jak tego oczekiwaliśmy. Korzysta zarówno ze swoich znakomitych parametrów fizjologicznych jak i z faktu, że dysponuje niezmiernie mocną ekipą wiernych pomocników.

Znany ze swojej wytrzymałości najlepiej przetrwał morderczy etap we francuskich Pirenejach (przewyższenie ponad 5200m!) by następnego dnia, w Aragonii, na bardzo krótkim, dynamicznym odcinku poprawić wystarczająco mocno do zapewnienia sobie bezpiecznej przewagi w klasyfikacji generalnej.

Ostatnie kilometry podjazdu Formigal, mimo trudów całego, górskiego weekendu, pojechał dokładnie w takim tempie, z jakim zwykli poruszać się zwycięzcy wielkich tourów. Bez względu na to, czy mówimy o Quintanie, Contadorze, Froomie, Nibalim czy mniej utytułowanych pretendentach, w taki sposób da się jeździć tylko kilka razy w sezonie. Czas Nairo Quintany przyszedł w tym roku na początku września.

W obecnej sytuacji trudno sobie wyobrazić, by zmęczony, podłamany Froome był w stanie pokonać Quintanę. Tyle tylko, że jeszcze kilka dni temu, po zwycięstwie na Pena Cabarga byliśmy przekonani, że to Brytyjczyk idealnie kontroluje sytuację i skuteczną dotrze do czasówki na której wygrywa cały wyścig. Czy będzie jeszcze w stanie zmobilizować się na tyle, by pokonać rywala? Czy ma na to dość sił?

Najważniejsze etapy ostatniego tygodnia Vuelta a Espana:

Środa, 7 września, Castellon – Llucena/Carmins del Penyagolasa (177,5 km). Podjazd do mety 3,5km i aż 12,5% stromizny.
Piątek, 9 września, Calpe. Płaska jazda indywidualna na czas, 37km.
Sobota, 10 września, ciężki (193km), mocno górzysty etap z finałowym podjazdem na Alto de Aitana: aż 21 km; średnio 5,9%.

Skomentuj

Komentarze

Powered by Facebook Comments