Spora część najlepszych sportowców cierpi na astmę. “Rosyjscy hakerzy” udostępnili dokumenty Światowej Agencji Antydopingowej świadczące o przyjmowaniu zabronionych leków w majestacie prawa. Media grzmią, fani są przerażeni. Justyna Kowalczyk uśmiecha się z satysfakcją.

Trudno powiedzieć, czy “rosyjscy hakerzy” są faktycznie hakerami i czy pochodzą z Rosji. Idea, by osoby ukrywające się pod pseudonimem “Fancy Bears” robiły zamieszanie w rewanżu za wykluczenie z Igrzysk w Rio sporej części olimpijczyków i paraolimpijczyków jest kusząca.

Nazwiska Sereny i Venus Williams, Chrisa Froome’a i Bradleya Wigginsa, Bethanie Mattek, Roberta Hartinga w połączeniu z substancjami, których nazwy kończą się na “zon” czy “on” budzą trwogę i przerażenie.

No bo przecież wszystko, co z apteki to doping a skoro WADA dopuszcza, by ktoś “brał” w majestacie prawa, to gdzieś musi być przekręt.

Co to jest TUE

Therapeutic Use Exemption to “wykluczenie dla celów terapeutycznych”. Oznacza dokładnie tyle, że po przedstawieniu stosownego zaświadczenia sportowiec, w drodze wyjątku, może użyć substancji znajdującej się na liście środków zabronionych.

Co do zasady idea jest słuszna. Kontuzjowany czy też niedysponowany zawodnik lub zawodniczka, tak jak każdy inny człowiek może neutralizować skutki urazu, leczyć zapalenie czy też walczyć z przewlekłą chorobę. Wiele leków ma w składzie substancje, które równocześnie mogą wspomagać osiąganie lepszych wyników, ale w tej, nietypowej sytuacji, może przyjąć zabroniony środek, by tak jak każdy inny obywatel wrócić do zdrowia.

Jeśli ktoś chce być 100% fair, może próbować leczyć się omijając takie leki, ale zazwyczaj nie ma wyboru.

Często “TUE” stosuje się w przypadku leków na astmę, alergię czy leków przeciwzapalnych.

Doping z zaniedbania

Zdarza się, że na skutek zaniedbań administracyjnych lub zwykłego gapiostwa co jakiś czas “na dopingu” wpada zawodnik, który nie dopilnował procedur związanych z TUE. Kontrolowany sportowiec albo nie wie, co znajduje się w składzie zapisanego mu leku, albo zapomina zgłosić, że taką substancję przyjmuje albo też błędy popełnia klub, trener lub nawet lekarz.

By nie szukać daleko, w tym roku pozytywny test na terbutalinę, lek na astmę, zaliczył Simon Yates. Jego grupa, Orica-BikeExchange nie dostarczyła stosownych dokumentów (choć zawodnik na astmę leczy się od dłuższego czasu), czego skutkiem było czteromiesięczne zawieszenie za “niezamierzone stosowanie dopingu”.

Takich przypadków, także w polskim sporcie i kolarstwie było wiele, można nawet wskazać je na imprezach rangi półwyczynowej.

Astma czy alegrie we współczesnym świecie nie są niczym niezwykłym a sport bywa katalizatorem stanu patologicznego. Trudno też odmówić ludziom prawa do uprawiania ulubionej dyscypliny czy też, cierpiących na w sumie drobny problem, wysyłać na paraolimpiadę.

Paradoping zamiast paraolimpiady

Z drugiej strony, dobra procedura i słuszna idea, jak wiele innych jest nadużywana by zyskać przewagę nad konkurentami.

Sztandarowym przykładem takiego działania jest kadra norweskich biegaczy narciarskich. Od lat krucjatę przeciwko “astmatycznym” rywalkom prowadzi Justyna Kowalczyk, która uważa, że jej konkurentki stosują sterydy bez potrzeby i w nadmiernych ilościach.

Niedawne informacje norweskiej telewizji wskazują, że po np. symbicort sięgają zdrowi sportowcy. Lekarz reprezentacji mówi wprost, że zapisuje preparaty prewencyjnie. Wszak uprawianie biegów narciarskich, gdy wdycha się spore ilości zimnego powietrza jest szkodliwe dla płuc i oskrzeli. Sprawę ma zbadać stosowna komisja.

Wygląda więc na to, że wielokrotnie dyskredytowana za otwartą wojnę przeciwko nadużywaniu TUE Justyna Kowalczyk miała rację.

Tego typu praktyki to bowiem nic innego jak wspomaganie wydolności przy użyciu zabronionych substancji, w granicach dopuszczonych przepisami.

W skrócie, gdy paszporty biologiczne i nowe testy ograniczyły możliwości stosowania dopingu krwi, więcej tlenu można dostarczyć “mechanicznie”, stosując leki na astmę rozszerzające oskrzela.

Proste, skuteczne, legalne i znane od lat.

Co więcej, w zasadzie nieskomplikowane do “załatwienia” bo problemy z układem oddychania nietrudno znaleźć u sporej części sportowców.

Czy jest o co kruszyć kopie?

Przede wszystkim “atak” Fancy Bear nie dostarczył nam żadnych nowych informacji. O tym, że Chris Froome stosuje leki na alergię wiemy przynajmniej od 2014r. Brytyjczyk posunął się nawet do tego, by użyć inhalatora na jednym z etapów Criterium du Dauphine. Dane udostępnione przez Fancy Bear są dokładnie tymi, o których wiedzieliśmy wcześniej.

Jak sam kolarz twierdzi, Tour de Romandie i Criterium du Dauphine były jedynymi okazjami, gdy korzystał z TUE, zmagając się z wyjątkowo silnym atakiem alergii. Zrobił to dwa razy w czasie całej profesjonalnej kariery.

Pewnym zaskoczeniem są podobne problemy Bradleya Wigginsa, choć tak naprawdę nie jest to żadna niespodzianka.
Co więcej, trudno szukać w, nawet nadużywanej, procedurze TUE, przyczyny przewagi teamu Sky czy też norweskich biegaczy, choć z pewnością tego typu praktyki wchodzą w “szarą strefę” a nazywanie sportowca korzystającego z tej procedury “100% czystym” staje się dyskusyjne.

O tym, że nadużycia TUE są problemem w wyczynowym kolarstwie napisano już w raporcie CIRC, zimą 2015r. CIRC to “Niezależna Komisja ds Reformy Kolarstwa”, która m.in. miała zbadać aktualną sytuację związaną z dopingiem.

Jeden ze świadków miał zasugerować, że 90% TUE ma tak naprawdę na celu poprawę wydolności a nie realne zwalczanie problemów zdrowotnych. Substancje, z których w majestacie prawa korzystają kolarze mają m.in. umożliwiać lepsze zbicie masy ciała, ekstremalne “wycieniowanie” organizmu przed kluczowymi startami.

Podanym przykładem była utrata 4kg w 4 tygodnie przy użyciu kortykosterydów użytych dzięki TUE, co dało 7% wzrost stosunku mocy do masy. A to już robi różnicę np. między 5,6 a prawie 6W/kg, czyli różnicę między miejscem w top10 a miejscem na podium wielkiego touru.

Tyle tylko, że to wszystko wiemy – my, jako opinia publiczna – od niemal dwóch lat.

Wymuszona dyskusja

Sprawa norweskich biegaczy – znana od dawna, teraz podniesiona przez tamtejsze media czy też “wyciek” danych WADA zmusza do dyskusji.

Media lubią takie tematy. Łatwo przyszyć sportowcom łatkę oszustów. Zawodzili nas już przecież tak wiele razy, że z łatwością możemy przyjąć, że robią to znowu.

Tak czy inaczej, ograniczenia czy też większe restrykcje związane z TUE prawdopodobnie wcześniej niż później zostaną wprowadzone. Sprawa jest o tyle trudna, że często nawet najbardziej radykalni, andydopingowi neofici również będą musieli z “prawdziwego” TUE skorzystać.

Sama Justyna Kowalczyk u progu wielkiej kariery zaliczyła wpadką związaną z niezgłoszonym użyciem deksametazonu. Z kolei Jonathan Vaughters użądlony przez osę nie zastosował sterydów i musiał opuchnięty wycofać się z Tour de France, choć w tym samym peletonie większość jego rywali radośnie stosowała EPO, testosteron i hormon wzrostu.

Patrząc na zamieszanie wokół TUE, może ono faktycznie śmieszyć herosów z przełomu XX i XXIw, którzy o współczesnych atletach i ich rozterkach mogą spokojnie powiedzieć “amatorzy”.

Skomentuj

Komentarze

Powered by Facebook Comments