Przełaj Trzech Szczytów, Tro Bro Leon, Leadville 100, Strade Bianche, Schaal Sels… Ściganie na rowerach przestaje być już atrakcyjne. By wyścig zyskał rozgłos i stał się wydarzeniem, na które czekamy, musi mieć w sobie “to coś”. W naszym kalendarzu takich imprez nie ma. Lub jest bardzo niewiele.

Poziom zblazowania współczesnych społeczeństw żyjących w tej bogatszej części świata sięga zenitu. Chcemy więcej, mocniej, dotychczasowe bodźce przestają nam wystarczać. Cóż, takie czasy.

W poszukiwaniu nowych doznań do sportu garnie się więcej i więcej chętnych. By zgromadzić większą grupę widzów, tradycyjne imprezy zmierzają w stronę ekstremy.

Dla amatorów organizowane są biegi, gdzie chętni, poza wysiłkiem, na drodze do mety są mrożeni, rażeni prądem i zanurzani w błocie. Zawodowcom zwiększa się dystanse, prowadzi ich w miejsca dotychczas zarezerwowane tylko dla partnerów Red Bulla.

Same wyścigi kolarskie również idą w stronę ekstremy. Na fali tęsknoty i mody na “vintage” w kalendarzu pojawiają się kolejne imprezy, w czasie których szosowców zrzuca się z asfaltu. To już nie tylko bruki Flandrii i Paryż-Roubaix. To toskańskie szutry “białych dróg”, polne dukty w Bretanii lub jazda “po czym popadnie” na trasie Schaal Sels.

Gdy spojrzymy na mtb, trzeba przede wszystkim powiedzieć o ekstremalizacji cross country. Panie i panowie odziani w cienką lycrę zmuszani są do skakania z dropów, walki na rock gardenach, zjazdów po schodach z bali i bóg jeden wie do czego jeszcze. Poziomu trudności tras niektórych XC nie powstydziłby się downhill sprzed kilku sezonów a i obecnie kłopoty mieliby na nich uczestnicy imprez enduro.

Choć wydaje się, że jazda na “góralu” dostarcza dość doznań sama w sobie, mtb wciąż cierpi na niedostatki popularności. Stąd też branża szuka nowych pomysłów, wprowadzając na rynek nowe typy sprzętu, co daje użytkownikom dostęp do nowych bodźców.

Zatem teraz rzućmy okiem na nasze podwórko. Czy w polskim kolarstwie mamy jakieś wydarzenia, które powodują żywsze bicie serca? Czy mamy jakieś zawody, które są inne niż wszystkie i powodują, że czekamy na nie cały rok a opowiadając o nich kolegom z pracy wzbudzamy szczere zainteresowanie?

Cóż… jeśli się przyjrzeć bliżej kalendarzowi, śmiało mogę wytypować tylko jeden taki wyścig. Jest nim podjazd na Śnieżkę. Organizowany od 26 lat, prowadzący w miejsce na co dzień niedostępne dla rowerzystów, drugi, najwyższy szczyt w kraju nie licząc Tatr. Nawet, jeśli zwycięzca wspina się na Śnieżkę w mniej niż 50 minut, jest to niewątpliwie “coś”.

Oczywiście trudno nie wymienić Tour de Pologne. To jedyny wyścig World Touru na północ od Alp i na wschód od dawnej granicy RFN. Impreza Czesława Langa od kilku sezonów ma w miarę stały układ, który jej niewątpliwie służy. Gliczarów nazywany “Ścianą Bukovina” nie będzie pewnie nigdy Mur de Huy lub choćby Jaizkibel, ale ma potencjał, podobnie jak czasówka ulicami krakowskiego starego miasta. Do tego, by zwróciły uwagę światowych mediów jest im niestety daleko.

Reszta wyścigów szosowych w kraju to, jakby to powiedzieć, po prostu wyścigi. Czasem na lepszym, czasem na gorszym poziomie sportowym, ale trudno powiedzieć o nich coś więcej, niż to kto wygrał. O ile oczywiście kogoś to interesuje.

Spójrzmy jeszcze na scenę amatorską. Niemal przez cały rok tysiące kolarzy przemierzają kraj, jeżdżąc z wyścigu na wyścig. Zbierają punkty, walczą o pucharki, reprezentują barwy sponsorów lub grup koleżeńskich. Szosa, mtb, zimą przełaje. Jest co jeździć.

Porównajmy to jednak z „bliską zagranicą”. Słowacy mają choćby swojego “Horala”. Maraton mtb liczący 133km i 4900m przewyższenia. Trasa prowadzi przez Kralovą Holę, jeden z dwóch “świętych” szczytów w tym kraju. Z kolei Czesi mogą pochwalić się imprezami takimi jak Rallye Sudety, gdzie właściwy dystans ma 113km i prawie 4000m w pionie. Poza samymi wartościami bezwzględnymi warto dodać okoliczności przyrody: tłem jest “Skalne miasto”, cel wycieczek reklamowanych w biurach podróży w całej Polsce. To solidne imprezy z wieloletnią tradycją, dla wielu tamtejszych zawodników „must do” każdego sezonu.

Czy u nas są takie wyścigi? Czy układając swój kalendarz startów wpisujecie do niego wydarzenia będące poza zestawem klubowo-towarzyskich zobowiązań, na tyle atrakcyjne, by poświęcić dla nich część sezonu?

Patrząc na minione pół roku, z przyjemnością stwierdzam, że uniknąłem rutyny. Było fajnie. Ciekawie. Momentami w miarę ekscytująco. Nawet, jeśli nie wszystko poszło tak jak miało pójść a wyników trochę brakuje, czego doświadczyłem, to moje.

Tyle tylko, że mimo blisko dwudziestu startów trudno mi wskazać imprezę, która mogłaby wzbudzić błysk w oku np. kolegów i koleżanki w biurze. Cóż, jeżdżę sobie na tym rowerze. Znajomi też jeżdżą. Ba, niektórzy z nich to zawodowcy. Ale w sumie to nuda, panie. Nudaaaa.

 

 

*Tak, wiem, “epicki” to zły neosemantyzm i błąd. Ale pasuje ;)

Zdjęcie okładkowe: Strade Bianche, fot. ANSA/CLAUDIO PERI, materiały prasowe RCS

Skomentuj

Komentarze

Powered by Facebook Comments