Brytyjscy torowcy wchodzą na szczyt co cztery lata, zaskakując świat kolejnymi rekordami. Nino Schurter w ciągu dziewięciu sezonów zdobył trzy olimpijskie medale, ale oprócz tego na spółkę z Julienem Absalonem zdominował Puchar i Mistrzostwa globu. Greg Van Avermaet choć “złoty”, ma jeszcze wiele do udowodnienia. Dla każdego Igrzyska są czym innym i znaczą co innego.

Zawodowcy, mężczyźni, ścigający się cały sezon w World Tourze Igrzyska traktują raczej jako dodatek, wyróżnienie a bywa, że i szczególny honor związany z reprezentowaniem kraju na ogólnoświatowym święcie sportu.

Trudno jednak postawić znak równości między nietypowym wyścigiem o mistrzostwo olimpijskie a posiadającym wiekową tradycję monumentem takim jak Paryż-Roubaix czy Mediolan-Sanremo.

Jasne, nie można powiedzieć, że Greg Van Avermaet, mistrz z Rio de Janeiro to słaby kolarz. Belg jest czołową postacią wyścigów klasycznych, potrafi walczyć w tygodniowych etapówkach oraz wygrywać odcinki wielkich tourów. Mimo to olimpijskie złoto to pewnego rodzaju zamiennik. W klasykach wciąż jest niespełniony, mimo 31 lat wciąż nie wygrał Ronde Van Vlaanderen (stał dwa razy na podium), Gandawa-Wevelgem, E3 Harelbeke czy Paryż-Roubaix. Jego największym sukcesem były więc do tej pory zwycięstwa w Paryż-Tours i Omloop Het Nieuwsblad. Trochę mało jak na Belga z mistrzowskimi aspiracjami. Z pewnością więc, mimo złotego medalu, po każdym nieudanym, czyli niewygranym starcie będzie pytany o to, kiedy w końcu wygra coś ważnego na brukach.

Z kolei dla Fabiana Cancellary mistrzostwo olimpijskie w jeździe na czas to piękne zakończenie kariery, w której brakuje jedynie indywidualnego tytułu mistrza świata ze startu wspólnego. Szwajcar zamknął klamrą lata od Pekinu do Rio w czasie których zaliczył m.in. dwa dublety Flandria-Roubaix, potrafił nadal wygrywać na czas i był jedną z najważniejszych postaci w peletonie. Symboliczne, nieco niespodziewane zwycięstwo w Rio to koniec jego historii, moment piękny i wzruszający zarazem.

O ile dla mężczyzn szosa na igrzyskach to głównie wymiar symboliczny, o tyle w kolarstwie kobiecym medale olimpijskie to trofea o większym znaczeniu. Damski peleton nie jest ani tak eksponowany, ani tak medialnie “dopieszczony” ani też, przede wszystkim, tak dofinansowany jak męski.

Impreza mistrzowska, pokazywana przez wszystkie telewizje świata to okazja do promocji zarówno kobiecego kolarstwa jako takiego, ale też własnego nazwiska.

W Rio, zwłaszcza ze startu wspólnego, dostaliśmy wielkie emocje, wysoki poziom sportowy a co za tym idzie dowód, że kobiece kolarstwo może być równie interesujące co męskie. A zatem zasługuje na większą uwagę niż codzienne pozostawanie w cieniu męskiego peletonu. Anna van der Breggen potwierdziła, że jest jedną z największych gwiazd damskiego kolarstwa, nas z kolei cieszy, że ważną rolę w wyścigu odegrały Polki na czele z Katarzyną Niewiadomą.

Z jazdą na czas nie było już tak dobrze. Złoto zdobyła Kristin Armstrong, która powróciła do sportu z emerytury i w cuglach wygrała próbę indywidualną w Rio. Srebro Olgi Zabielińskiej, Rosjanki niedawno jeszcze zawieszonej za doping budzi spore kontrowersje, zatem kobiece kolarstwo szosowe wraca z Rio wzmocnione, choć nie bez uszczerbku na wizerunku.

Po szosie przyszedł czas na tor. Tor, którym zawładnęli Brytyjczycy. Zdobyli 6 z 12 możliwych tytułów, pobili też dwa rekordy świata i dwa olimpijskie. To przypadek tyle imponujący co intrygujący. W czasie czteroletniego czasu między Igrzyskami, przez purystów nazywanego Olimpiadą, Brytyjczycy, owszem, są zaliczani do czołówki, ale zazwyczaj przegrywają z Australijczykami, Nowozelandczykami czy Francuzami.

Wszystkie siły zachowują na tydzień zmagań o olimpijskie medale. Forma, sprzęt, masa ciała, wszystko jest na najwyższym poziomie wyczynu. Efekt? Dominacja, wątpliwości, kontrowersje, ale przede wszystkim zawłaszczenie sobie tej odmiany kolarstwa.

Bradley Wiggins wygrywając złoto na czwartych, kolejnych Igrzyskach Olimpijskich stał się jednym z najwybitniejszych kolarzy w historii. Jason Kenny, nawet jeśli nagiął przepisy w keirinie, z trzema tytułami z Rio jest sześciokrotnym mistrzem olimpijskim a Laura Trott z dwoma sukcesami w Brazylii ma ich na koncie cztery. Australijczycy, Francuzi, Holendrzy, Duńczycy, Niemcy czy Chińczycy byli dla nich tłem. Podobnie jak Polacy.

Gdyby nie bite przez Brytyjczyków rekordy, można by mieć wątpliwości, kto jest lepszy. Czy ten, kto przez kilka sezonów dominuje na torach całego świata, czy ten, kto raz na jakiś (konkretnie cztery lata) wzbija się ponad wszystkich. Fakt bycia najszybszym na naszej małej planecie wyrażony rekordem wątpliwości te rozwiewa. Tym bardziej, że choćby czasy osiągnięte w wyścigu na dochodzenie podczas Igrzysk w Londynie wytrzymały próbę czasu i zostały poprawione dopiero w Rio.

Na koniec zostawiłem mtb. W wyścigach na rowerach górskich wydarzyło się wiele. Po pierwsze, kolarzem spełnionym stał się Nino Schurter. Wielkrotny mistrz świata, zdobywca Pucharu Świata miał już brąz i srebro, teraz ma jeszcze złoto. W wieku trzydziestu lat de facto nic już nie musi. Osiągnął wszystko, co mógł i w takich sytuacjach zawsze intrygujące jest, jak dalej będzie prowadził swoją karierę.

Na drugim biegunie jest Jenny Rissveds. Wschodząca gwiazda cross country w Rio wygrała pierwszy seniorski tytuł w olimpijskiej odmianie mtb. Tu sprawa wygląda nieco inaczej, ponieważ w ostatnich sezonach mieliśmy wysyp wielkich talentów w kobiecym XCO, które jednak nie ustabilizowały formy na tyle, by stwierdzić, czy są tylko efemerydą, czy też zdominują cross country na wiele lat.

Srebrna i brązowa medalistka, czyli Maja Włoszczowska i Catharine Pendrel to przykłady właśnie takich, długo świecących gwiazd. Polka z Kanadyjką wielokrotnie konkurowały o tęczową koszulkę mistrzyni świata i choć nie są takimi dominatorkami jak Schurter, podobnie jak on właściwie nic nikomu nie muszą już udowadniać. Medale w Rio to kolejny, piękny wpis w ich imponującym, sportowym CV.

Start Petera Sagana w wyścigu mtb zamiast na szosie pokazuje natomiast, że mistrz świata może pozwolić sobie na taką fanaberię i zaryzykować porażkę, ponieważ dla niego IO nie są najważniejszym wydarzeniem w karierze. Jasne, nikt nie powie, że Słowak pojechał w Rio “dla jaj”, tym bardziej, że w wyścigu ze startu wspólnego triumfował jego rywal z wyścigów klasycznych (co sugerowałoby, że sam Sagan również byłby w stanie wygrać), ale rodzaj artystycznego performance’u, jaki wykonał wskazuje, że kto jak kto, ale on Igrzysk nie potrzebuje.

Zdjęcie okładkowe: Philip Pryke, flickr, cc by 2.0

Skomentuj

Komentarze

Powered by Facebook Comments