Tour de Pologne 2016, storpedowany przez niesprzyjające warunki atmosferyczne zakończony. Do mety dojechała mniej niż połowa startujących kolarzy, o zwycięstwie zadecydował etap z Wieliczki do Zakopanego. Tim Wellens spisał się na medal udowadniając, że jest solidnym specjalistą tygodniowych etapówek. Co jeszcze zapamiętamy z 73. Tour de Pologne?

Do tegorocznego TdP podchodziłem ze sporymi nadziejami. Patrząc na listę startową można było się spodziewać ciekawej rywalizacji, zarówno na etapach sprinterskich jak i w klasyfikacji generalnej.

Początkowo wydawało się, że Etixx-Quickstep będzie robił na finiszach co chce. Tymczasem końcówka pierwszego etapu z Radzymina do Warszawy miała nieco niespodziewany przebieg. Davide Martinelli, który miał rozprowadzać etatowego sprintera belgijskiej drużyny, Fernando Gavirię “pociągnął” zbyt mocno, zrobiła się za nim dziura, nie pozostało mu nic innego jak samotnie wytrzymać nadane tempo i pojechać po zwycięstwo.

tdp2016-3

Gaviria z kolegami lepiej porozumiał się dzień później, w Katowicach, gdzie sprawę rozegrali perfekcyjnie, natomiast w Nowym Sączu znów się pogubili i oddali zwycięstwo Włochowi z zespołu Trek Segafredo, Niccolo Bonifazio.

A później przyszedł armagedon. No, może bez przesady, ale “polskie lato”, czyli wyraźne ochłodzenie połączone z rzęsistym deszczem na podhalańskich drogach zmieniły oblicze wyścigu. Kolarze doznawali hipotermii, wywracali się na wąskich, górskich drogach, nie było komu nadawać tempa ani trzymać peletonu w ryzach.

Samotnym rajdem popisał się tam Tim Wellens i gdyby tylko taką akcję przeprowadził na Giro d’Italia lub Tour de France, przeszłaby ona do legendy. A tak, cóż, zapewnił sobie w ten sposób zwycięstwo w Tour de Pologne, notując swój trzeci triumf w worldtourowym wyścigu etapowym, po dwóch wcześniejszych sukcesach w Eneco Tour.

Etapu nie ukończyła połowa zawodników, albo z powodu upadków, albo z powodu wychłodzenia, albo… po prostu mając w perspektywie kolejny dzień jazdy po podhalańskich podjazdach w ulewie.

W życie wszedł więc “protokół pogodowy”: kierownictwo wyścigu w porozumieniu z sędziami i kolarzami odwołało, planowany jako królewski, etap. Co ciekawe, kilka godzin przed zawodowcami na jednej rundzie z Bukowiny przez Gliczarów rywalizowali amatorzy w “Tour de Pologne Amatorów” i było ich ponad tysiąc! Biorąc pod uwagę pogodę i fakt, że w wakacyjne weekendy dojazd w okolice Zakopanego bywa utrudniony, frekwencja przewyższająca niejeden maraton mtb rozgrywany na obrzeżach aglomeracji robi spore wrażenie.

Ilość wody, która do popołudnia znalazła się na szosach stała się jednak niebezpieczna dla rozegrania wyścigu zawodowców, zatem jedyne, co pozostało to wrócić do hotelu, wysuszyć się i czekać na poniedziałkową czasówkę w Krakowie.

Próbę ze startem i metą na Rynku Starego Miasta pewnie wygrał Alex Dowsett, jeden z najlepszych specjalistów jazdy indywidualnej (jego rekord godzinny pobił tylko Bradley Wiggins) a Wellens pewnie obronił prowadzenie w “generalce”.

Czy zatem był to wyścig bez historii, do tego storpedowany przez fatalną pogodę? Zdecydowanie nie! Wellens wygląda obecnie na specjalistę właśnie takich, górzystych etapówek. Gaviria to jedna ze wschodzących gwiazd sprintu a Dowsett to ścisła czołówka jazdy na czas. Nawet przetrzebiony przez ulewy i zimno peleton prezentował wysoki poziom i bardzo, bardzo szkoda tego załamania pogody.

Elementem, który budzi kontrowersje jest długość etapów. 240, 218, 225 i odwołane 198km to bardzo dużo, zwłaszcza w tygodniowym wyścigu. Krótsze odcinki dają szansę na bardziej dynamiczne ściganie, co sprawdziło się i w wielkich tourach i w innych tygodniówkach. Być może gdyby zawodnicy mieli po 10-20% dystansu mniej do pokonania, nawet w trudnych warunkach do mety w Krakowie dojechałoby ich więcej.

tdp2016-2

Mimo to formuła wyścigu jako taka okrzepła i broni się dość dobrze. Nieco pokręcony finisz na Karowej w Warszawie jest ciekawym rozwiązaniem, sprint w Katowicach, na który kolarze zakładają największe możliwe przełożenie wpisał się już do tradycji. I choć “świątynia sprintu” jest na Via Roma (finisz Mediolan-Sanremo) albo na Polach Elizejskich to tego typu “wariacka” końcówka etapu na pełnej szybkości jest jakimś elementem wyróżniającym spośród setek innych płaskich etapów w kalendarzu. Z kolei górzysta końcówka na Podhalu równoważona przez czasówkę wokół krakowskiego Rynku sprawdziła się wiele razy, zawiodła dopiero w tym roku z przyczyn obiektywnych.

Krótko mówiąc, po drobnych korektach i powrocie do sierpniowego terminu, gdy Tour de Pologne nie będzie przyćmiony sławą i rozgłosem Tour de France, można śmiało powiedzieć, że mamy u siebie bardzo fajny wyścig. Nie “kolarską ligę mistrzów”, ale solidne ściganie na dobrym poziomie. I tego będę się trzymał.

PS. Miałem napisać o żenującym poziomie komentarza w czasie relacji na żywo prowadzonych przez TVP, ale się powstrzymam. Wszyscy wiemy, jak było, może jeszcze się do tego zbiorę, choć to bardzo ciężki i przykry temat. Na wyróżnienie zasługuje za to niezła kronika TdP prezentowana wieczorem oraz wejścia w telewizji śniadaniowej, w sam raz dla “casualowego” widza.

Zdjęcia: Szymon Gruchalski, materiały prasowe Lang Team.

Skomentuj

Komentarze

Powered by Facebook Comments