Spojrzenie – symbol. Kilka sekund, jeden obraz, który podsumowuje całą epokę historii Tour de France. Piętnaście lat temu Lance Armstrong zdeklasował rywali na podjeździe Alpe d’Huez.

Tak, teraz wszyscy wiemy, na czym polegało ówczesne kolarstwo. Poza tym, że zawodnicy ciężko trenowali, zaczynali skupiać się na aerodynamice a najbogatsze ekipy korzystały z dobrodziejstw, jakie niosą ćwiczenia z pomiarem mocy, na porządku dziennym było zinstytucjonalizowane i organizowane przez drużyny wspomaganie farmakologiczne.

Wiemy też, że doping w różny sposób działa na różne organizmy a ze względu na ograniczony dostęp do zabronionych środków, szanse i tak nie są równe, nawet, jeśli wszyscy mniej więcej biorą to samo.

Po tym, niezbędnym wstępie przejdźmy do rzeczy. W sezonie 2001 Lance Armstrong mierzył się z Janem Ullrichem, miał to być pojedynek decydujący o pozycji najlepszego kolarza etapowego tamtych czasów.

Jeśli popatrzymy na trasę 88. Wielkiej Pętli, w porównaniu ze współczesnymi standardami będzie wyglądała dość egzotycznie. Ponad 175km jazdy na czas (z czego 108 to próby indywidualne!) a etapy górskie skomasowano w pięciodniowym bloku w środku wyścigu (wcześniej rozegrano jeszcze górzysty odcinek w Alzacji). Między Alpami a Pirenejami był dzień przerwy, jednak czas ten kolarze poświęcili na podróż a nie, dość typowy dla Touru, “transferowy” etap wzdłuż wybrzeża Morza Śródziemnego.

Prolog w Dunkierce przebiegł bez większych niespodzianek (wygrał Christophe Moreau, Armstrong i Ullrich zanotowali 3. i 4. rezultat, właściwie na remis). Najważniejszym wydarzeniem dnia był upadek młodej gwiazdy, jadącego w futursytycznych okularach Davida Millara.

W kolejnych dniach rywalizowali sprinterzy, wszyscy czekali na etap numer pięć, czyli drużynową czasówkę. W deszczowych warunkach kolarze US Postal popełnili błąd. Christian Vande Velde poślizgnął się na mokrych pasach, podcinając Roberto Herasa. Musiało minąć kilka chwil, zanim Armstrong z kolegami zorganizowali się na nowo, rozpędzili i zaczęli jechać w dobrym tempie. Niespodziewanymi zwycięzcami etapu zostali kolarze Credit Agricole, ale równie ważna, co kłopoty US Postal, była porażka zespołu Telekom i Jana Ullricha. Niemcy, mimo upadku rywali nie zdołali ich pokonać, w związku z czym przed etapami górskimi Ullrich tracił do Armstronga już prawie pół minuty.

Mimo to, wszyscy oczekiwali dość standardowego scenariusza, w którym faworyci skupią się na rywalizacji między sobą na najważniejszych, gróskich etapach.

Tymczasem wydarzyło się coś zupełnie niespodziewanego. Na dojeździe do Alp, na etapie nr 8. z Colmaru do Pontalier, w deszczu i zimnie zawiązała się ucieczka, która dojechała do mety… ponad pół godziny przed peletonem! Liderem został sprinter z ekipy Credit Agricole, Stuart O’Grady, ale wyraźną przewagę nad Armstrongiem i Ullrichem zyskali Francuz Francois Simon a przede wszystkim obiecujący “góral” z Kazachstanu, Andrei Kiviliev.

Na starcie pierwszego, górskiego etapu z metą na Alpe d’Huez Armstrong i Ullrich tracili do Simona 31 a do Kivilieva 13 minut!

To teoretycznie zmieniało wszystko i stawiało pod znakiem zapytania szanse kolarzy uważanych przed wyścigiem za faworytów. A mimo to Lance Armstrong postanowił zabawić się kosztem swoich rywali.

Na trasie przez przełęcze Glandon i Madeleine oddał inicjatywę kolarzom Telekomu, ustawił się z tyłu topniejącej grupy (kolarze Telekomu musieli robić selekcję, by pozbywać się mających przewagę uciekinierów z poprzedniego dnia). Wyglądało to tak, jakby główny faworyt przeżywał trudne chwile, zatem jego konkurenci próbowali wykorzystać moment i zgubić go jeszcze przed finałowym podjazdem na Alpe d’Huez.

Tymczasem u podnóża słynnego wzniesienia Armstrong wraz z pomocnikami przesunął się na czoło grupy, mordercze tempo nadał Jose “Chechu” Rubiera i jeszcze przed dojazdem do pierwszego zakrętu wszyscy, poza Armstrongiem byli kompletnie “ugotowani”. Kilka chwil później Armstrong obejrzał się do tyłu, zobaczył, że nie ma na co dłużej czekać i sam przyspieszył w niewiarygodny sposób.

Na mecie zameldował się na mecie jako pierwszy, z czasem podjazdu 38’01”, trzecim w historii, równym dokonaniu Marco Pantaniego z 1994r. W swojej karierze zdołał poprawić ten rezultat tylko o sekundę, trzy lata później podczas indywidualnej czasówki. Z kolei Ullrichowi, pozostawionemu bez pomocników i zmęczonemu wcześniejszymi kilometrami pokonywanymi w mocnym tempie a także koszmarnie zakwaszonemu po pierwszym przyspieszeniu Rubiery wspinaczka zajęła równe 40’. I wcześniej (1997) i później (2004) wjeżdżał na Alpe d’Huez ok. 1,5 minuty szybciej.

Kolejne etapy to była już czysta formaloność. Ekipa Ullricha jak i sam Niemiec podejmowali próby walki, ale zarówno w górach jak i na czas Armstrong i jego pomocnicy zdominowali resztę peletonu. Wyrazem bezsilności Ullricha był jego upadek do rowu na pirenejskim etapie oraz przegrana nie tylko z Armstrongiem ale i Igorem Gonzalezem Galdeano podczas ostatniej, długiej czasówki prowadzącej przez burbońskie winnice.

Fakt faktem Simon i Kiviliev jechali dzielnie i bronili się długo. Armstrong przejął prowadzenie od Simona po 12 etapie, natomiast Kiviliev stracił miejsce na podium na rzecz Belokiego dopiero po ostaniej czasówce.

Przewaga Armstonga była druzgocąca. W klasyfikacji generalnej z Ullrichem wygrał o 6’44”, z Belokim o 9’05” a z dziesiątym, Michaelem Boogerdem o… 22’38”.

W całej tej historii zdumiewał styl, w jakim Lance Armstrong i jego drużyna rozgrywali wyścig. Poza wpadką na słynnym, deszczowym, ósmym etapie całkowicie kontrolowali sytuację. Dominowali w każdym terenie a sam Armstrong zaskakiwał ekstremalnie dynamiczną jazdą na wysokiej kadencji.

Dodatkowo opinia publiczna wciąż była urzeczona jego powrotem do sportu po chorobie nowotworowej oraz działalnością charytatywną. Mimo niedawnej “afery Festiny” fani i dziennikarze nie mogli lub nie chcieli wierzyć, że doping w zawodowym peletonie jest powszechny, zaawansowany i de facto obligatoryjny. Dominacja Armstronga i jego pomocników zaczynała jednak budzić pewne podejrzenia, które zostały oficjalnie potwierdzone dopiero kilkanaście lat później.

Skomentuj

Komentarze

Powered by Facebook Comments